Społeczeństwo

Powołani

Dlaczego młode kobiety idą do zakonu

Jeszcze w latach 50. nawet niespokrewnieni z matką księdza mieszkańcy wsi na Podlasiu całowali ją w rękę. Jeszcze w latach 50. nawet niespokrewnieni z matką księdza mieszkańcy wsi na Podlasiu całowali ją w rękę. Tiziana Fabi/AFP / EAST NEWS
Sukienka zakonna nie jest modna. Co zatem wciąż skłania młodych ludzi do wyboru drogi, która w dzisiejszym świecie wydaje się tak anachroniczna i niezrozumiała?
Badania polskich i zachodnich socjologów religii wskazują, że kandydatek na zakonnice od dawien dawna dostarczały w przeważającej liczbie rodziny wielodzietne.anyka/PantherMedia Badania polskich i zachodnich socjologów religii wskazują, że kandydatek na zakonnice od dawien dawna dostarczały w przeważającej liczbie rodziny wielodzietne.

Ojciec 20-letniej studentki błaga o pomoc. Ada, studentka lingwistyki stosowanej, ładna, mądra, perfekcyjny angielski, kochająca konie. Rak? Nie, ona chce iść do zakonu św. Teresy z Kalkuty czy czegoś w tym rodzaju. Matka grozi samobójstwem.

Rodzice Ady – urzędnik i dyrektorka szkoły – nie to, że niewierzący, ale zupełnie niekościelni. Bywają na mszach żałobnych, na pogrzebach przyjaciół. Kościoły zwiedzają za granicą na wakacjach. Może zamienili nam w szpitalu dziecko na inne? – płacze matka.

Ada zwlekała z wiadomością do ostatniej chwili. Prawie wszyscy, co wynika z relacji kandydatów, chłopców i dziewczyn zwanych przez Kościół powołanymi, mówią rodzicom, że idą do zakonu, do seminarium na dzień, kilka dni przed wyjazdem z domu. Są już w tych miejscach umówieni, w torbie niezbędne rzeczy. Ani dżinsów, ani markowej bluzy, z życiem tym, którym dotąd żyli, już amputowanym.

Zakonnica ze zgromadzenia elżbietanek opowiada, że też zwlekała. Nim wyjechała ze znajomą do miejscowości, w której mieścił się zakon, oświadczyła, że ma coś ważnego do zakomunikowania. – Jesteś w ciąży? – spytali rodzice. Nie, to coś piękniejszego. Idę do klasztoru. Zarządzili areszt domowy. Babcia pilnowała klucza od drzwi wyjściowych.

Niektórzy siłą prowadzą do psychiatry, psychologa, pokazują badania lekarskie: opamiętaj się, ojcu grozi zawał. Płaczą, błagają. Mam tylko ją i dla niej żyję – wyjawia matka w internecie. Czy ona zdaje sobie sprawę z tego, co mi robi?

Rodzice siostry elżbietanki musieli wyjechać. Zmyliła czujność babci-stróża, uciekła. Kilka dni później w zakonie zjawiła się matka: pakuj się, wracasz do domu. Dziewczyna odmówiła. W takim razie nie mam już córki – powiedziała matka.

W walce o dziecko-narkomana wrogiem są narkotyki. Niegodny córki damski bokser, którego trzeba będzie zapewne utrzymywać – też wróg. Albo oszalała praca, która wzięła syna w korporacji w niewolę. Ale tu wroga jakby nie ma. Mam walczyć z tym, co na górze? – pisze w internecie zrozpaczona matka – jak?

I kto na starość poda szklankę wody, będzie ostoją i pociechą? Córka próbuje przekonać, że nie idzie do klasztoru zamkniętego na głucho. Może otrzymać zwolnienie, żeby się chorym rodzicem opiekować do końca. I potem wrócić za kratę – mówi Kazimierz Malinowski, franciszkanin z kurii warszawskiej. Jolanta Olech, siostra urszulanka SJK, socjolog z wykształcenia, pamięta o zakonnicy mającej dziesięcioro rodzeństwa. Kiedy matka zachorowała, tylko ona pospieszyła jej z pomocą. Pozostali nie mieli na to czasu. Do Ady nie trafiają żadne argumenty. Zakon albo śmierć.

Z wielodzietnych i jedynacy

Z badań socjologów religii wynika, że opór rodziców bywa jednak skuteczny. Zwłaszcza jeśli powołanie odkryje w sobie jedynak, jedynaczka. Poczucie utraty dziecka może być wtedy dominujące – jak śmierć, jak porzucenie. Na uroczystościach odbywanych z okazji kolejnego etapu ślubów czy święceń dziękuje się często rodzicom, że oddali dziecko Kościołowi. Nie dali go – mówi biskup krakowski Grzegorz Ryś. Złożyli ofiarę nie z dziecka, lecz z siebie. To oni cierpią najbardziej.

Toteż z reguły nie przyjmowano kiedyś jedynaków do zakonów i seminariów. Teraz mają oni wstęp wolny, ale stanowią nie więcej niż kilka procent powołań.

Badania i polskich, i zachodnich socjologów religii wskazują, że kandydatów na księży i zakonnice od dawien dawna dostarczały w przeważającej liczbie rodziny wielodzietne. Ale dziś wielodzietność nie jest już tak częsta jak kiedyś, toteż od lat 70. księża, zakonnicy i zakonnice rekrutują się przede wszystkim z dużych rodzin (połowa powołań) z kilkorgiem dzieci i tak zapewne zostanie. Będzie też zapewne przybywać jedynaków, bo i takich rodzin przybywa.

Powołanych przyjmowano kiedyś wyłącznie z rodzin dobrych, pełnych, bez skazy rozwodowej, bez kryminalistycznych zaszłości, nałogów, gorliwie praktykujących. Ktoś w internecie skarży się, że on, kleryk, i ojciec pijak spod jednego dachu – czy to można pogodzić?

Już można. Powołania się kurczą, to i wychowanek domu dziecka ma możliwość, i dziecko rozwodników, agnostyków, bez ślubu kościelnego też. U nas w seminarium uczył się syn samobójcy – informuje jego kolega w internecie. Kiedyś nie do pomyślenia.

Takiego syna urodziła

W wiejskim liceum ogólnokształcącym w Suchowoli na Białostocczyźnie, które skończyłam, uczniowie niemal w 100 proc. pochodzili ze wsi, najczęściej z bardzo biednych rodzin. Co roku z każdej klasy maturalnej co najmniej kilku szło do seminarium. Reszta z sukcesem wybierała głównie medycynę i politechnikę.

Mieć księdza w rodzinie to splendor większy niż z inżyniera czy doktora, choć zdobycie tych profesji w dziejach chłopskich rodów było możliwe po raz pierwszy dopiero po wojnie.

Księży natomiast mogło być już kilku. Zygmunt Jończyk, badając strukturę powołań w archidiecezji poznańskiej do lat 70., ustalił, że z rodzin „kapłańskich” pochodziło ponad 70 proc. księży i 17 proc. wśród zakonnych. Takie rodziny „kapłańskie” uważano, nie tylko w tej części kraju, za lepiej postawione w społeczności. Pochodzące z nich dzieci miały np. większe szanse na znalezienie dobrej partii w małżeństwie.

 

Jeszcze w latach 50. nawet niespokrewnieni z matką księdza mieszkańcy wsi na Podlasiu całowali ją w rękę, bo takiego syna urodziła. W mojej Suchowoli – taśmowej dostarczycielki księży – kobiety szły do zakonu jednak rzadko. Splendor zakonnicy był o niebo mniejszy również z tego względu, że ksiądz z dobrej parafii mógł rodzinę nie tylko uhonorować, ale i wesprzeć finansowo, zakonnica zaś – wcale. Ona zresztą haftuje serwetki, pełni służbę przy ołtarzu, usługuje w parafii – mniej więcej to, co w domu.

Nikt w wiejskich społecznościach pewnie nie rozpaczał z powodu wyboru przez syna czy córkę życia duchownego. To był zaszczyt, nie strata. Z badań socjologów religii wynika, że trzy czwarte rodziców przejawiało radość i czuło dumę.

Co więcej, badania klasyka socjologii religii Piotra Tarasa pokazują, że tylko 4 proc. rodziców alumnów seminarium duchownego, w którym ksiądz Taras prowadził badania, odradzało im wybór tej drogi. Lecz już w nowszych badaniach Czesława Podlewskiego w latach 80. w seminarium w Katowicach trzy czwarte rodziców nie namawiało dziecka, żeby przywdziało suknię duchowną. Ale i tu procent sprzeciwiających się decyzji i popadających w żałobę po niej jest niewielki – 2 proc.

Sugerując albo tylko akceptując wybór syna – wbrew temu, co się często myśli – większość rodziców robiła to ze względów religijnych. Profity materialne były na dalszym miejscu. Bo też powołani wyrastali w rodzinach głęboko wierzących, gorliwie praktykujących i od najmłodszych lat byli w te praktyki wdrażani. Bo rodzina – twierdzą księża badacze – to pierwsze seminarium w życiu kleryka.

Piotr Taras twierdzi, że pragnienie kapłaństwa dla syna w takich rodzinach występuje dziewięciokrotnie częściej niż w obojętnych religijnie i dwukrotnie częściej niż w chłodnych. Im bardziej religijne społeczeństwo, tym powołań więcej. I odwrotnie. Francuski badacz Ferdynand Boulard zrobił następujące wyliczenie: jeśli w ciągu 5 lat diecezja wyda 40 kapłanów, to wiara ludzi jest słaba. Jeśli 40–60 – jest anemiczna, 60–80 – dość głęboka, jeśli 100 – jest dobra, powyżej stu – wiara jest solidna.

Przez ciche powiewy

W ostatnich dekadach nie badano w Polsce powodów spadku powołań, zadowalając się słuszną skądinąd konstatacją, że liczba powołań zależy od religijności społeczeństwa. W latach 90. – pisze socjolog religii Józef Baniak – wystąpił powolny i regularny ich spadek w porównaniu z rosnącą liczbą w latach 80. i pierwszej dekadzie pontyfikatu Jana Pawła II. Papież Franciszek gwałtownego wzrostu powołań jeszcze nie spowodował.

Nie ma też badań, które próbowałyby wyjaśnić, dlaczego młodzi mężczyźni i kobiety idą teraz do służby Kościołowi. Powody powołań kobiet do zakonów, zwłaszcza kontemplacyjnych, zawsze wydawały się badaczom mało zajmujące: idą bo idą, bo służba Bogu powinowata jest ze służbą rodzinie.

Badaczy nie interesuje nawet tak ciekawa kwestia, że zamknięte dla świata zakony kontemplacyjne mają się całkiem dobrze. Nie narzekają na nabór i porzuca je mniej zakonnic niż otwarte, funkcjonujące poza zakonną kratą w kościelnych i świeckich instytucjach opiekuńczych i wychowawczych.

Zmieniła się geografia powołań. Od dawien dawna to głównie słabo wykształceni rodzice ze wsi dostarczali Kościołowi funkcjonariuszy. Dziś jest podobnie, twierdzi Józef Baniak, nastąpił jednak wzrost powołań z rodzin robotniczych i inteligenckich. I z miast. Powołania się demokratyzują. Stosunek do nich rodziców z pewnością także. Dramat rodziców Ady, jedynaczki z Poznania, pompowanej od dzieciństwa angielskim, jazdą konną i Bóg wie czym jeszcze, dotyka także zapewne nowej generacji rolników ze wsi, często już wykształconych, którzy też ładowali w angielski i nie czują satysfakcji, a tylko gorycz utraty nadziei pokładanej w dziecku.

Większość kandydatów pełniło funkcje ministrantów, brało udział w organizacjach kościelnych, w życiu parafii, w ruchu oazowym. Pójście do seminarium, do zakonu jest dla nich naturalną konsekwencją drogi, choć, mówi biskup Ryś, ich gorliwość religijna bywa powierzchowna i nie zawsze dowodzi prawdziwej wiary, którą nabędą w seminarium.

Nade wszystko, tak jak w ubiegłych dekadach, ogromne znaczenie ma wpływ charyzmatycznych duchownych – proboszczów, zwłaszcza młodych, służących za autorytety.

 

Jak kociaka

Być może w malejącej puli powołań wzrasta liczba tych niepojętych, powstałych z tajemnego przyciągania, z organicznej potrzeby mistycyzmu, który wydaje się kandydatom jak świeże źródło w świecie wypełnionym konsumpcją.

Ada cytuje znalezione gdzieś zdanie: Bóg przychodzi nie przez wicher ogromny i ogień, lecz przez ciche powiewy. Na Adę powiało znienacka i wciąż nie odpuszcza. Jeśli ojciec wytrzyma z zawałem serca, pójdzie mimo wszystko do klasztoru.

Siostra Jolanta Olech jest także z powiewu. Do 24 roku życia uważała się za niewierzącą i żyła jak wszyscy młodzi ludzie. „Aż Bóg wziął mnie za kark i wrzucił do zakonu jak kociaka”.

Choć najczęściej powołanie nie jest iluminacją, gromem z jasnego nieba, lecz długim, mozolnym, pełnym wahań i napięć dojrzewaniem do decyzji – mówi siostra Olech. Przymus, potrzeba transcendencji. Głód Boga, jak to nazywa jedna z niedoszłych zakonnic, która założyła rodzinę i nie jest nieszczęśliwa, ale wciąż tęskni za zakonem jak za rajem, który mógłby być rajem większym niż małżeństwo.

Bywają heroiczne drogi do sukienki. Biskup Ryś opowiada o chłopaku, który skończył budowlankę, pracował kilkanaście lat, nie porzucając myśli o seminarium. Powiedziano mu, że bez matury nic z tego, więc ją z trudem zrobił i klerykiem został. W zakonie siostry Olech była zakonnica, która straciła męża i jedyne dziecko. Przywdziała habit po tych dramatach w wieku 60 lat – zawsze pogodna, pomagająca ludziom ze wszystkich sił. Idzie się, bywa, do klasztoru po strasznych dramatach. Pewna dziewczyna ze Śląska, towarzyszyła w górach grupie anonimowych alkoholików. Kilkoro porwała lawina. Przeżyła szok. Też poszła do klasztoru.

Szukając siebie

16-letnich panienek (zakochały się w różańcu i właśnie adoptowały dziecko poczęte, ale pytają w internecie, czy do zakonu można wziąć kotka, pieska albo konia) nie przyjmuje się do zakonu, jak bywało. Radzi się zrobić maturę, skończyć studia (60 proc. zakonnic ma wyższe wykształcenie), trochę pożyć. 24 lata, nawet więcej, będzie w sam raz. Chłopakom też: żyj pełną parą, zakochaj się w dziewczynie, nawet postudiuj i dopiero wtedy. Kiedy Jan Paweł II pytał krakowskich kleryków, dlaczego wybrali seminarium, powiedzieli, że nie mają pojęcia dlaczego, ale wiedzą, że są na właściwym miejscu.

W dawnych czasach stan duchowny bywał ucieczką od biedy lub staropanieństwa, dziś zdarza się to rzadziej. Rozwichrzonym psychicznie, szukającym azylu wydaje się jedyną szansą, ale takich posyła się na terapię psychologiczną albo do wolontariatu w ośrodkach charytatywnych. I mogą ponowić starania o przyjęcie. Jeśli nie uładzą się ze sobą i ze światem, i tak długo nie zagrzeją miejsca w zakonie, mówi siostra Olech. To nie jest miejsce dla neurotyków.

Poukładani i nieneurotyczni też odchodzą z seminarium i z zakonów lawinowo przed święceniami i po nich. Jak poetycko pisze włoski socjolog ksiądz Alessandro Manenti, brak im odwagi zatracenia siebie w służeniu Bogu i wypływającej z tego radości i wolności wewnętrznej. Dochodzą do wniosku, że się pomylili albo poznali ziemską miłość swego życia. Łatwiej jest odejść do czegoś lub kogoś niż w puste miejsce – mówi biskup Ryś. Zerwanie, jak każdy rozwód, zawsze jest trudne, choć nie towarzyszy mu już niegdysiejszy ostracyzm społeczny. Nie powiodło się, trudno. Tyle jest teraz w końcu rozstań – z rodziną, z firmą, pracą – taki czas.

Wśród tych, którym brakło sił na rozstanie, bywają w zakonach kobiety zgorzkniałe, zasiedziałe od lat, z przywarami bez cugli. To często od nich uciekają młode, spragnione prawdy i czystości dziewczyny. Bywają cyniczni albo pokręceni z samotności jak druty kolczaste zakonnicy i księża.

Lecz spotkać też można habitowych szczęśliwych, jak w każdym miejscu, w którym człowiek czuje się u siebie. To na nich patrząc rodzice, którzy rwali sobie włosy z głowy z rozpaczy, że dziecko marnuje sobie życie, dają za wygraną. W końcu nie umarło. Jest, żyje. Pracuje pożytecznie dla chorych, niedołężnych, dla dzieci. I tylko wnuków żal…

Polityka 41.2014 (2979) z dnia 07.10.2014; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Powołani"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Zanim padły strzały II. Czarna wołga i tajemnicze fiolki pod kopalnią „Sosnowiec”

Jesienią 1981 r. w tłum górników kopalni „Sosnowiec” poleciały fiolki z duszącą substancją. Sprawców do dzisiaj nie znaleziono. Także motyw pozostaje niejasny, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że celem było wywołanie wrzenia w kraju i sprowokowanie siłowej konfrontacji.

Jan Dziadul
21.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną