Społeczeństwo

Jeszcze wyżsi

Po co Polakowi doktorat?

O dzisiejszym doktoracie mawia się czasem, że można go porównać do dawnego magisterium. O dzisiejszym doktoracie mawia się czasem, że można go porównać do dawnego magisterium. Z Jan / PantherMedia
Jest ich już ponad 40 tys. Doktorat to dziś po części strategia na przeczekanie kryzysu, ale też przejaw tęsknoty za elitarnością i prawdziwym wykształceniem.
Na pytanie, czy tytuł doktora zwiększa szanse na rynku pracy, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Niektórzy twierdzą nawet, że doktorat może zaszkodzić.benis arapovic/PantherMedia Na pytanie, czy tytuł doktora zwiększa szanse na rynku pracy, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Niektórzy twierdzą nawet, że doktorat może zaszkodzić.
Masowość licencjatów i magisteriów sprawia, że dla zdolnych studentów bywają one rozczarowaniem. Dopiero podczas studiów doktoranckich są traktowani indywidualnie.Tomasz Waszczuk/PAP Masowość licencjatów i magisteriów sprawia, że dla zdolnych studentów bywają one rozczarowaniem. Dopiero podczas studiów doktoranckich są traktowani indywidualnie.

Artykuł w wersji audio

20 lat temu na polskich uczelniach kształciło się niespełna 3 tys. doktorantów. W tym roku na samym Uniwersytecie Warszawskim jest ich więcej. Są wydziały, na których liczba doktorantów przekracza liczbę studentów na studiach licencjackich i magisterskich. W czasie niżu demograficznego to oni powoli stają się racją istnienia wyższych uczelni. Pojawiają się jednak pytania, czy masowość doktoratów nie przekłada się na ich jakość i czy kryteria przyznawania tytułu się nie obniżyły. Ostatnio wróciły one za sprawą kontrowersji wokół pracy doktorskiej Marka Goliszewskiego, prezesa Business Centre Club. Obronił ją na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Problem w tym, że jego promotor jest współtwórcą BCC, a Goliszewski zasiada w radzie biznesu przy wydziale. Były też wątpliwości i zastrzeżenia co do poziomu pracy. Minister nauki i szkolnictwa wyższego Lena Kolarska-Bobińska zapowiedziała, że kryteria przyznawania tytułu zostaną przeanalizowane i podwyższone.

Łowcy okazji

Skąd ten masowy pęd do wiedzy? Studia doktoranckie są korzystne i dla doktorantów, i dla uczelni. Kiedyś doktorantów traktowano tam trochę jak tanią siłę roboczą. Mają obowiązek prowadzić zajęcia dydaktyczne ze studentami i profesorowie lubili na nich zwalać te najbardziej niewygodne. Ale studentów jest coraz mniej. W ostatnich 10 latach ich liczba spadła o pół miliona. A to oznacza mniej grup, mniej zajęć, mniej godzin dydaktycznych.

– Pojęcie taniej siły roboczej odeszło na uczelniach do lamusa. Kadra naukowa niechętnie dzieli się zajęciami, bo sama ma kłopot z wypełnieniem pensum. Na doktorantów patrzy trochę jak na imigrantów, którzy przyjeżdżają, żeby zabrać pracę autochtonom – mówi prof. Arkadiusz Chrudzimski z Instytutu Filozofii na Uniwersytecie Szczecińskim.

Ale mimo to doktorant się uczelni opłaca. Po pierwsze, to prestiż. Nie wszystkie jednostki naukowe mają prawo do nadawania tytułów doktorskich, choć coraz częściej słychać narzekania, że mogą to robić nawet bardzo słabe uczelnie. Opłaca się także samodzielnym pracownikom naukowym, bo nowa ustawa o tytule profesorskim wymaga wypromowania trzech doktorantów, a nie jednego, jak kiedyś.

Po drugie, doktorant to pieniądze. Ministerialna dotacja na niego jest pięciokrotnie wyższa niż na studenta niższego stopnia. Ale nie tylko.

– Tradycyjna ścieżka kariery naukowej, czyli studia, doktorat, konkurs na adiunkta, jest dziś właściwie zabetonowana i doktoranci świetnie zdają sobie z tego sprawę. Dlatego stają się specjalistami od zdobywania grantów i są w tym bardzo skuteczni, a to jest nieziemska robota – mówi Mariusz Czubaj, profesor antropologii kultury w warszawskiej SWPS. – Stali się więc młodymi biurokratami oblatanymi po świecie i w cyberprzestrzeni, znającymi języki obce lepiej niż ich profesorowie. Są niesłychanie potrzebni uczelniom aplikującym po wszelkie środki finansowe.

Zbieracze punktów

Tylko czy sam doktorat opłaca się doktorantowi? Czy nie jest czteroletnią przechowalnią przed startem na rynek pracy? Przedłużeniem młodości ze zniżkowym biletem na komunikację? – Może trochę tak – przyznaje Tomek, doktorant studiów humanistycznych. Na czwartym roku zaczął się zastanawiać, czy szukać pracy, czy kontynuować naukę. W końcu wybrał doktorat. Wiadomo, jaka jest sytuacja na rynku, zwłaszcza dla humanistów. Większość znajomych albo wybrała drugi kierunek, albo studia podyplomowe, albo robi doktorat. – Sam widzę, że są dwa rodzaje doktorantów. Jedni żyją pracą naukową, publikują, jeżdżą na konferencje, a drudzy to ci, którzy poczuli, że nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić, gdy się okazało, że oferty pracy same nie przychodzą – tłumaczy.

Z obserwacji prof. Chrudzimskiego wynika, że ok. 10 proc. to osoby, które przychodzą na studia doktoranckie z bardzo sprecyzowanym planem naukowym i konsekwentnie go realizują. Reszta wybiera doktorat trochę z braku innych perspektyw. Decydują, żeby jeszcze trochę postudiować, poszerzyć perspektywy, rozwinąć się intelektualnie. I to jest wybór racjonalny, nawet biorąc pod uwagę elementarne kwestie bytowe. Doktorant ma ubezpieczenie zdrowotne, zachowuje studenckie zniżki, a czas studiów wliczany jest do okresu pracy. Do tego dochodzi system stypendialny. Na stypendia doktorskie w wysokości 1–1,5 tys. zł może liczyć ok. 30 proc. To oczywiście oznacza, że dwie trzecie ich nie otrzymuje, ale mogą aplikować o inne stypendia: programowe, rektorskie, ministerialne, współfinansowane przez Unię Europejską, no i granty. Do wzięcia są całkiem przyzwoite pieniądze. Starsi pracownicy naukowi narzekają nawet, że zbyt duże; że doktorant ma się dziś jak pączek w maśle, bo za ich czasów tak dobrze nie było. Dlatego niektóre uczelnie podejmują nawet decyzję o wstrzymaniu stypendiów doktoranckich.

Doktoranci z kolei narzekają, że konieczność wiecznego aplikowania o stypendia i granty zmienia studia w wyścig szczurów; że nie konkurują ze sobą jako naukowcy, ale o punkty, od których zależy przyznanie stypendium. A w tym systemie bardziej opłaca się na przykład napisać dwie słabe publikacje niż jedną naprawdę dobrą. Niebezpieczeństwo popadnięcia w grantozę jest realne. Żeby się utrzymać, doktoranci stają się zakładnikami grantowej nowomowy i tabelek Excela. – To jest korozyjne dla idei studiów, zwłaszcza humanistycznych. Punktomania może ją zabić – przyznaje antropolog kultury prof. Wojciech Burszta z SWPS. – Uczy wyrachowanego myślenia, które nie zawsze idzie w parze z pasjami. Doktoranci przykrawają studia do możliwości stypendialnych. Żyją od grantu do grantu, a to może oznaczać od Sasa do Lasa, zamiast pracować nad książką, która ich fascynuje. Najzdolniejsi studenci stają się łowcami grantów i najpóźniej piszą pracę doktorską, bo nie mają na to czasu.

Z drugiej strony system punktów dotyczy całego świata nauki. Wprowadzono go po to, by ograniczyć uznaniowość, nepotyzm i kumoterstwo. – Jak każdy system musi się dotrzeć i jest podatny na nadużycia, ale zahamował proceder promowania miernych doktorantów przez miernych profesorów. A to była największa bolączka polskiej nauki – przekonuje prof. Chrudzimski.

Dzieci Bolonii

O dzisiejszym doktoracie mawia się czasem, że można go porównać do dawnego magisterium. Może jest w tym trochę przesady, ale nie do końca. Na studia idzie połowa młodych ludzi z każdego rocznika. Licencjat to prawdziwa masówka, fabryka dyplomów o znikomej wartości. Po nich można rozpocząć magisterkę na zupełnie innym kierunku, co oznacza, że są to dwuletnie, kadłubowe studia. Często młodzi ludzie nie bardzo potrafią uzasadnić, dlaczego wybrali ten kierunek, a nie inny. Kadra naukowa bywa załamana ich poziomem. Wykładowcy wiedzą, że muszą mówić prosto, nie używać za dużo metafor i związków frazeologicznych, nie liczyć na znajomość kodów kulturowych, a co kwadrans dobrze jest wpleść mem, obrazek albo anegdotę dla podtrzymania uwagi. Czasem mówią, że nie czują się jak wykładowcy akademiccy, ale sprzedawcy usług edukacyjnych. Dopiero doktoranci gwarantują jakiś poziom i możliwość prawdziwej akademickiej rozmowy.

Ten boom na doktoraty to właśnie po części tęsknota za elitarnością i prawdziwym wykształceniem; efekt tzw. systemu bolońskiego, który wprowadził trzystopniowy poziom studiów. Masowość licencjatów i magisteriów sprawia, że dla zdolnych studentów bywają one rozczarowaniem. Dopiero podczas studiów doktoranckich są traktowani indywidualnie. Od początku dostają opiekuna, który pomaga im budować naukowe plany.

– Szkoła traktuje nas rewelacyjnie – ocenia Katarzyna Borzym, doktorantka w Szkole Głównej Handlowej. – Na studiach licencjackich i magisterskich byliśmy częścią masy. Natomiast teraz czujemy się pełnoprawnymi partnerami w rozmowie z pracownikami naukowymi.

Według prof. Burszty doktorat to najlepiej funkcjonujący segment systemu bolońskiego. Nawet ci, którzy trafili na uczelnię z powodu sytuacji na rynku pracy, to nie są ludzie przypadkowi. Chcą się rozwijać, są aktywni. Często powrót na uczelnię następuje po kilku latach od magisterium. Odchowają dzieci, ogarną się życiowo i podejmują studia doktoranckie z autentycznej intelektualnej potrzeby. – Dziś życie studenckie przeniosło się na poziom doktorancki. To oni zakładają koła, wydawnictwa, kluby dyskusyjne. Integrują środowisko. A przy tym świetnie znają języki obce. Nawiązują kontakty zagraniczne na równej stopie, a nie, jak my kiedyś, w charakterze petentów. Studia doktoranckie, mimo że coraz bardziej masowe, to nie jest fabryka – przekonuje prof. Burszta.

Ilość oczywiście musiała mieć wpływ na jakość prac doktorskich. Poziom jest zróżnicowany. Są wydziały, na których słaba praca nie ma szans, ale są i takie, gdzie przechodzą prace wtórne, ćwiczebne, które gdzie indziej wystarczyłyby co najwyżej za magisterium. – Tragedii nie ma. Nie spotkałem się jeszcze z pracą, która byłaby całkowitą żenadą. Owszem, trafiają się irytująco niedorobione, ale to jednak całkowicie inny poziom niż magisteria – ocenia prof. Chrudzimski.

Kryptointeligenci

Na pytanie, czy tytuł doktora zwiększa szanse na rynku pracy, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Niektórzy twierdzą nawet, że doktorat może zaszkodzić. – Można powiedzieć, że doktorat blokuje możliwość zatrudnienia w przeciętnej polskiej szkole, bo doktoranci postrzegani są przez dyrektorów jako potencjalne zagrożenie. Boją się, że w przypadku konkursu mogą przegrać – mówi Tomek. – Mimo że moja praca magisterska została wyróżniona w ogólnopolskim konkursie i miałem spore osiągnięcia na studiach doktorskich, nie udało mi się zdobyć pracy w szkole. Udzielam korepetycji i w rozmowach z rodzicami uczniów zawsze podkreślam, że jestem doktorantem. Niestety, to jest praca „na czarno”.

Anna Paszczyk, doktorantka na wydziale Historii UW, też nie ma złudzeń. Liczy na to, że studia pomogą się jej rozwinąć naukowo, ale nic poza tym. – Gdybym starała się o pracę w korporacji, to mogłoby nawet zaszkodzić. Wiem od znajomych, że ubiegając się o stanowisko w dużej firmie, lepiej zataić, że się robi doktorat – opowiada. – Prawdopodobnie chodzi o to, że ludzie boją się lepiej wykształconych od siebie i spodziewają się, że doktorant będzie się wymądrzał.

Rynek pracy jest dziś taki, że gwarancji zatrudnienia nie ma właściwie nikt. Według prof. Burszty bilans mimo wszystko wypada na plus. Nie tylko dla uczelni i doktorantów, ale także dla społeczeństwa, bo ci młodzi ludzie, odbiegający wiedzą i świadomością od przeciętnej, to ostatni bastion inteligencji. Nawet jeśli będzie to inteligencja bezrobotna.

Polityka 42.2014 (2980) z dnia 14.10.2014; Społeczeństwo; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Jeszcze wyżsi"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną