Społeczeństwo

Wykrajanie Warszawy

Stołeczni spadkobiercy dekretu Bieruta

Dekret Bieruta objął 14 tys. ha miasta i 24 tys. majątków, szacowanych dziś na 20, może nawet 40 mld zł. Dekret Bieruta objął 14 tys. ha miasta i 24 tys. majątków, szacowanych dziś na 20, może nawet 40 mld zł. Krystian Trela / Reporter
Warszawa to największe w Polsce targowisko nieruchomości, i to najdroższych. Na pośrednictwach i wykupywaniu roszczeń można zarobić dziesiątki milionów złotych. Kim są ludzie, którzy się tym zajmują?
Maciej Marcinkowski, właściciel odzyskanej działki tuż obok kolumny Zygmunta, stawia na niej biurowiec Business with Heritage.Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta Maciej Marcinkowski, właściciel odzyskanej działki tuż obok kolumny Zygmunta, stawia na niej biurowiec Business with Heritage.
Drugi z lewej: król warszawskich nieruchomości Maciej Marcinkowski, pierwszy z prawej: Maksymilian Marcinkowski, prezes Senatorska Investment Sp. z o.o., obok: Małgorzata Winiarek-Gajewska, wiceprezes NDI SA, z lewej: Dariusz Skowroński, wiceprezes NDI SAwww.ndi.pl Drugi z lewej: król warszawskich nieruchomości Maciej Marcinkowski, pierwszy z prawej: Maksymilian Marcinkowski, prezes Senatorska Investment Sp. z o.o., obok: Małgorzata Winiarek-Gajewska, wiceprezes NDI SA, z lewej: Dariusz Skowroński, wiceprezes NDI SA

Mimo że od zmiany ustroju minęło już 25 lat, stalinowski dekret Bieruta z 1945 r. wciąż obowiązuje. Jednym podpisem odbierał większości warszawiaków własność ich nieruchomości – po to, by sprawniej odbudowywać stolicę. Dziś nikt objęty działaniem dekretu nie jest już właścicielem – nawet jeśli urodził się i wychował w domu wybudowanym przed wojną przez ojca i nigdy nikomu niesprzedanym. A ponieważ nie istnieje ustawa reprywatyzacyjna, na mocy której dawni właściciele mogliby się starać o ponowne wpisanie ich do ksiąg wieczystych – o odzyskaniu prawa własności decydują, w każdej sprawie z osobna, sądy lub urzędnicy.

Wydarzenia nabrały tempa – a sprawy o mienie rozmachu – po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2011 r., który otworzył drogę do odszkodowań za zabrane dekretem Bieruta nieruchomości inne niż przeznaczone pod budownictwo jednorodzinne. Tak więc do końca tego roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych musi się wyprowadzić z Pałacu Przeździeckich przy ul. Foksal. Braniccy odzyskali swój pałac przy ul. Miodowej, gdzie przez lata urzędowała stołeczna administracja, a teraz próbują odzyskać Pałac Wilanowski. Władze dzielnicy Śródmieście musiały oddać kamienicę przy Żurawiej, a Zarząd Transportu Miejskiego Pałac Błękitny przy Senatorskiej. Ważą się losy Królikarni: sąd nakazał zwrot muzeum rodzinie Krasińskich. A to dopiero początek. Dekret Bieruta objął 14 tys. ha miasta i 24 tys. majątków, szacowanych dziś na 20, może nawet 40 mld zł. W 2013 r. odszkodowania zasądzone na rzecz właścicieli od miasta wyniosły już 650 mln zł. A roczna dotacja dla Warszawy, uchwalona od tego roku na trzy lata, po to, by stolica nie zbankrutowała, to 200 mln. – Mamy obowiązek wypłacać odszkodowania ze środków własnych, potem dostaniemy zwrot, ale tylko do wysokości 200 mln – mówi Marcin Bajko, dyrektor stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami, od 2003 r. zajmujący się sprawami dekretowymi. – Więc prowadzimy rozmowy i próbujemy rozkładać wypłaty odszkodowań na raty. Szacuje, że niezałatwionych spraw dekretowych jest jeszcze w Warszawie ok. 14 tys. W sądach toczy się dziś ok. 8 tys. postępowań o zwrot nieruchomości lub odszkodowanie, gdy zwrot w naturze nie jest możliwy.

Uwłaszczeni

Najsprawniej odzyskiwanie idzie tym, którzy z byłymi właścicielami nie mają nic wspólnego. Beneficjentami reprywatyzacji bez ustawy są w jednej trzeciej (według szacunków urzędników miejskich, bo prawnicy działający w tym segmencie mówią nawet o 75 proc.) ludzie, którzy po prostu kupili bądź zdobyli roszczenia. Jak król warszawskich nieruchomości 56-letni Maciej Marcinkowski, właściciel odzyskanej działki tuż obok kolumny Zygmunta, na której stawia biurowiec Buisness with Heritage. Nad wizualizacją budynku budzącego liczne zastrzeżenia warszawskich architektów oraz UNESCO (Starówka jest na Liście Światowego Dziedzictwa) pracował m.in. syn urzędniczki ratusza. Półtora roku później urzędniczkę zwolniono.

Marcinkowski jest także właścicielem m.in. parceli przy Krakowskim Przedmieściu, na której stał niegdyś pałac Karasia, działki na placu Defilad pod Pałacem Kultury, ogródka jordanowskiego przy ul. Szarej, gdzie chciał wybudować apartamentowce, ale się nie udało, kamienicy w alei Szucha – same najlepsze warszawskie adresy. I pewnie wielu innych nieruchomości.

Wrocławski biznesmen, w latach 80. właściciel firm polonijnych, działał w sektorze telekomunikacyjnym, dziś razem z synem, synową i starszą siostrą Elżbietą Marcinkowską-Berckmuller ma kilka spółek budowlanych, m.in. Szara Invest, Senatorska Investment, Premium DS, Rock Capital Management, Rock Capital Management Amboa, Rock Capital Management Delta, Rock Capital Management Baltra, 1 Rock Capital Management i Monzap, której jedynym akcjonariuszem jest Falcon Investment Group Ltd. Marcinkowski zasiada w radzie fundacji Semper Polonia, której patronuje Aleksander Kwaśniewski. Jest w tej chwili największym potentatem na warszawskim rynku roszczeń. Pozwał stowarzyszenie Miasto Jest Nasze za opublikowanie w sieci mapy warszawskiej reprywatyzacji, infografiki przypominającej pajęczynę: na górze jest prezydent miasta Hanna Gronkiewicz-Waltz, na samym dole siatki właśnie Marcinkowski.

W reprywatyzacyjnym biznesie jest też od lat Marek Mossakowski, który prowadził antykwariat – jak ojciec, właściciel sklepu ze starociami i sztuką w suterenie w centrum Warszawy. O ojcu Mossakowskiego zrobiło się głośno, gdy okazało się, że kupił kolekcję sztuki od Pawła Piskorskiego. Ta umowa sprzedaży miała dokumentować pochodzenie dużego majątku polityka. Oryginał umowy zaginął, ale biegli na podstawie kopii twierdzą, że podpis antykwariusza jest sfałszowany, a prokuratura podważa sam fakt transakcji. W toczącym się obecnie w tej sprawie procesie jego syn – zwany w Warszawie Kamienicznikiem – zeznawał jednak po myśli Piskorskiego, choć nie utrzymywał wtedy kontaktów z ojcem.

Sam w swoim antykwariacie koncentrował się na sprzedaży akcji przedwojennych spółek. To też okazał się dobry biznes, pomagający w procederze reaktywowania przedwojennych spółek. Potem poszedł w przejmowanie nieruchomości, bo to teraz najlepszy interes. Zaczął od tego, że kupił roszczenia od restauratorów z warszawskiej Starówki, którym kibice Legii w 2002 r. zdemolowali lokal. I dostał odszkodowanie od klubu piłkarskiego. Założył stowarzyszenie Poszkodowani, by łatwiej znaleźć przedwojennych właścicieli warszawskich i ich spadkobierców. Skupuje roszczenia i odzyskuje kamienice razem z lokatorami.

Znany jest z tego, że dla lokatorów nie ma żadnych względów. Nie jest właścicielem wszystkich odzyskanych przez siebie kamienic (m.in. przy Hożej, Kłopotowskiego, Floriańskiej, Francuskiej, Krakowskim Przedmieściu), budynki często zapisane są na inne osoby, ale je nadzoruje. Przejął też kamienicę przy ul. Brzeskiej – tę, w której mieszkała Jolanta Brzeska, słynna działaczka ruchu lokatorskiego, której spalone zwłoki znaleziono w Powsinie. Do dziś nie złapano mordercy.

Są jeszcze inni znani odzyskiwacze. Na przykład mecenas Jan Stachura roszczenia zaczął skupować jeszcze w PRL. Ma na koncie kilkadziesiąt nieruchomości dekretowych odzyskanych dla siebie i dla swoich klientów. Wokół odzyskiwania narosły więc cwaniackie biznesy. Jest w Warszawie około 100 grup lub osób, które wyspecjalizowały się w „odzyskiwaniu” tego, co nigdy do nich nie należało.

Krociowe zyski z warszawskich nieruchomości kuszą, bo to naprawdę duże pieniądze. Metr niezabudowanej działki w centrum Warszawy to od 10 do 20 tys. zł. Kamienica w dobrym stanie, pod dobrym adresem, po opróżnieniu z lokatorów może być warta od kilku do nawet kilkudziesięciu milionów złotych. W Alejach Jerozolimskich, w samym centrum, kamienica z 1912 r. jest do kupienia za 35 mln zł.

Zdeterminowani

Paradoksalnie, reprezentanci biznesu bywają potrzebni także prawowitym właścicielom. To najczęściej ludzie starsi, niezbyt majętni, już na starcie drogi o odzyskanie swoich nieruchomości napotykają zaporę, dla wielu nie do przejścia. Jest nią wymóg dokonania wpisu sądowego przy wnoszeniu sprawy o zwrot nieruchomości w wysokości 5 proc. wartości sporu, czyli wartości gruntu czy kamienicy. To są setki tysięcy złotych. Gdy Stanisław Aronson, człowiek legenda, powstaniec, spytał o należący do rodziny pasaż handlowy, który mieścił się w pobliżu dawnej ulicy Gęsiej, usłyszał tylko: żaden problem, proszę złożyć wniosek do sądu i opłacić wpis. 5 proc. to było wówczas 1 mln zł; dziś maksymalny pułap ograniczono do 100 tys. zł. Był oburzony. Jego zdaniem państwo odwróciło się plecami do prawowitych właścicieli.

Docieranie do nich, przekonywanie, że nie mają szans na samodzielne odzyskanie własności to jedno – ale sięga się także i po prostsze metody. Dowodzą tego wysokie ceny, jakie płaci się na warszawskiej giełdzie staroci na Kole za wiekowy papier i atrament. Za przedwojenną pieczęć notariusza trzeba zapłacić nawet ponad pół miliona złotych. I amatorów nie brakuje. Bo dzięki nim w sposób praktycznie niewykrywalny można podrobić stary akt własności. Takie podejrzenie pojawiło się przy transakcji przejęcia jednej z kamienic przy ul. Bagatela w Warszawie. Zgłosił się człowiek z pełnym kompletem dokumentów na prawa do kamienicy. Urzędnikom ratusza wydało się to zbyt piękne, aby było prawdziwe. Dokumenty poddano specjalnej analizie pod kątem fałszerstwa. Biegli stwierdzili, że jakkolwiek można określić wiek papieru, dokumentu, pieczęci, to nie można stwierdzić, kiedy sam dokument został wytworzony. Sprawa odzyskiwania jest w toku.

Wyrugowani

Urzędnicy miejscy twierdzą, że oddają wszystko zgodnie z prawem. – To sądy decydują, co powinno być oddane, my nie mamy na to wpływu – mówi dyrektor BGN Marcin Bajko. – A w konsekwencji musimy przedkładać interes prywatny nad publiczny. To sądy orzekają zwroty siedzib urzędów, szkół, placów zabaw, kamienic z lokatorami. Także takich, do których roszczenia kupiono od właścicielki staruszki za 50 zł. Mało tego, potrafią potem zasądzić odszkodowanie za bezprawne użytkowanie takiej nieruchomości przez miasto. Właściciel odzyskanej kamienicy wylicza sobie, ile by zarobił na czynszu od lokatorów przez 10 lat. Tylko 10, bo to termin przedawnienia roszczeń finansowych. Dlatego miasto nie może się starać w sądzie o zwrot kosztów poniesionych na odbudowę kamienicy w latach 50. czy generalny remont w 70. Jednym słowem, miejscy urzędnicy twierdzą, że mają związane ręce.

Żeby ratować, co się da, z tej reprywatyzacyjnej pożogi, przejmują, gdzie mogą, majątki faktycznych spadkobierców. Przeważnie niewielkie nieruchomości, domki jednorodzinne zamieszkane przez spadkobierców przedwojennych właścicieli. Ci dekretem Bieruta tracili prawo własności, ale ponieważ dana nieruchomość nie była na razie miastu potrzebna, rodzina zostawała w domu. A dzisiaj miasto w determinacji sięga właśnie po te nieruchomości. Po przejęciu domów nie wyrzuca na bruk, tylko podpisuje umowy najmu. Ale dla ludzi, którzy mieszkali od kilku pokoleń w – jak im się wydawało – własnym domu, marna to pociecha.

Tak stracił dom rodzinny Ryszard K. z Targówka Fabrycznego na warszawskiej Pradze. Niedawno podpisał, już jako lokator, umowę najmu z urzędem gminy. Czynsz nie jest wysoki, ale Ryszard K. nie może zrozumieć, dlaczego po raz drugi zabrano im dom. Pierwszy raz w 1945 r., ale wtedy zabierali wszystkim. Jego ojciec złożył wniosek o przyznanie czasowej własności, tak jak przewidywał dekret Bieruta, i przez 50 lat nie doczekał się odpowiedzi. To wystarczyło, żeby Biuro Gospodarki Nieruchomościami przysłało mu pismo z propozycją zawarcia umowy dzierżawy lub wydania nieruchomości w terminie miesiąca, pod rygorem skierowania sprawy na drogę sądową.

Dopiero niedawno sąd uznał, że prawowitym właścicielem dwóch niewielkich domków na 600-metrowej działce jest miasto. – Wiele rodzin z naszego osiedla straciło prawo własności do domów – mówi Hanna Nerć, nauczycielka i przewodnicząca Rady Osiedla, sąsiadka Ryszarda K., której teściowa dostała identyczne pismo. – Nam się udało, choć sprawy były bardzo podobne. Jej teściowa po tym, jak sąd oddalił pozew miasta o wydanie nieruchomości, złożyła wniosek o zasiedzenie. Wygrała.

Podobnie dzieje się w całej Warszawie, zwłaszcza w dzielnicach domów jednorodzinnych – na starym Mokotowie, Saskiej Kępie, Żoliborzu. Dekret Bieruta przewidywał bowiem zwrot wywłaszczonych nieruchomości (zabierano je w celu odbudowy i rozbudowy stolicy) pod warunkiem złożenia wniosku o przyznanie własności czasowej (dzisiejsze użytkowanie wieczyste). Urzędy miały uwzględniać wnioski, jeżeli nie kolidowały z planami zabudowy. W praktyce jednak albo wydawano decyzje odmowne (ze względów politycznych i ideologicznych, by ukarać posiadaczy), albo pozostawiano wnioski bez odpowiedzi.

Zasiedzeni

W najlepszej sytuacji są ci przedwojenni właściciele lub ich spadkobiercy, którym odmówiono prawa do czasowego użytkowania gruntu. Jeżeli tylko na ich działkach nie powstała np. droga publiczna, mogą wnioskować o unieważnienie decyzji wydanej z rażącym naruszeniem prawa. Bo prawo, czyli dekret Bieruta, zalecało wydawanie zezwoleń. Wszyscy inni wciąż mają sytuację niepewną. – W najgorszym położeniu są ci, którzy wniosku dekretowego o czasowe użytkowanie nie złożyli lub nie są w stanie tego udokumentować – mówi mecenas Ireneusz Rotko z Kancelarii Rotko i Wspólnicy. – Im pozostaje tylko walczyć w sądzie o zasiedzenie, o ile nie podpisali umowy dzierżawy, co sprytni urzędnicy miejscy zawsze proponowali. Podpisanie takiej umowy sprawia, że traci się uprawnienie do zasiedzenia nieruchomości.

Ale nawet jeżeli nie dali się złapać (urzędnicy kuszą niskim czynszem i tłumaczą, że dzierżawa to prawie to samo co własność, nikt ich z domu wyrzucać nie będzie), tych najbiedniejszych często nie stać na wyłożenie 10 tys. zł, żeby wytoczyć sprawę o zasiedzenie. Do tego dochodzą koszty adwokackie. Zwyczajowa stawka w Warszawie to 10 proc. wartości odzyskanej nieruchomości. Jeżeli ktoś odzyskuje coś, czego nie ma, po to, żeby sprzedać, to jest to do zaakceptowania. Gorzej jeżeli mieszka tam „od zawsze” i w dodatku sprzedać nie może, bo nie ma się gdzie podziać.

Tymczasem miasto na wszelki wypadek stara się przerwać bieg zasiedzenia (w przypadku warszawskich przedwojennych właścicieli jest to 30 lat, bo Sąd Najwyższy orzekł w swoim wyroku, że zasiadują nieruchomości w złej wierze). I stąd tzw. rugi. Zaczęła je w 2005 r. ekipa ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, choć PiS szło do wyborów, obiecując zwrot zagrabionego przez komunistów mienia. Wysłano 2,6 tys. żądań wydania mienia. Potem władzę w mieście przejęła Platforma Obywatelska, także obiecując reprywatyzację i uporządkowanie kwestii własnościowych. Urzędnicy ratusza kontynuują rugi poprzedników. A projekt warszawskiej ustawy reprywatyzacyjnej, firmowany przez prezydent Gronkiewicz-Waltz, nigdy do Sejmu nie trafił.

Zaprojektowani

Gotowy do procedowania projekt wisi na stronie internetowej miasta w zakładce „dla mieszkańców”. Zauważyli go posłowie Twojego Ruchu i zamierzają, po drobnych poprawkach, złożyć w Sejmie jako swój. W połowie listopada. Po to, żeby – jak mówi Andrzej Rozenek – „przystawić pistolet do głowy kolegom i koleżankom z PO i położyć ustawę na stole, tak by nie mogli się wycofać i powiedzieć, że jej nie ma”.

To już drugi projekt ustawy reprywatyzacyjnej, jaki powstał w ratuszu (pierwszy urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz napisali w 2008 r.) – i niejedyny gotowy. W tym samym mniej więcej czasie powstał projekt poselski warszawskich parlamentarzystów PO. Podobno też jest skończony, ale autorzy twierdzą, że nie są w stanie wskazać źródeł finansowania ustawy, które zaakceptowałby minister finansów. Projekt przewidywał zwrot w naturze, a tam gdzie to nie jest możliwe, 20 proc. odszkodowania, zaś dla tych, co wniosków dekretowych nie złożyli, rekompensaty.

Nikt nie wie, ile w ciągu 25 lat napisano projektów ustaw reprywatyzacyjnych. Część pozostała na etapie zapowiedzi, część utknęła w partyjnych szufladach w trakcie konsultacji. Najczęściej przeszkodą nie do pokonania okazywały się finanse, a raczej brak zgody Ministerstwa Finansów na wypłacanie odszkodowań z budżetu państwa. Bo chodzi o ogromną kwotę: kilka lat temu miejscy urzędnicy szacowali ją na ok. 15 mld zł. A wielu polityków z innych regionów nie zgadza się, by wszyscy płacili solidarnie na stolicę. Do tego niektórzy uważają, że wypłacanie odszkodowań do jakiejś kwoty (np. 20 proc.) byłoby sprzeczne z konstytucją. Zrobiono tak przy okazji ustawy o mieniu zabużańskim, ale tam chodziło o rekompensaty z tytułu pozostawienia nieruchomości poza obecnymi granicami Rzeczpospolitej Polskiej, nie o odszkodowanie za własność przejętą przez państwo polskie.

Biuro Analiz Senatu wydało specjalne opracowanie dotyczące kilkunastu projektów, które do parlamentu trafiły. Jeden, rządowy projekt AWS dotyczący reprywatyzacji w stolicy, doczekał się nawet uchwalenia w 2001 r., ale zawetował go prezydent Kwaśniewski. Dlatego, że nie dotyczył przedwojennych właścicieli nieposiadających polskiego obywatelstwa oraz ze względu na wysokie koszty. Prezydent odesłał wtedy obywateli do sądów, wskazując, że to najwłaściwsza droga dochodzenia swoich roszczeń. – Sądy orzekają bardzo różnie, decyzje urzędnicze są arbitralne, mamy takie sprawy, w których ani jedna decyzja miasta nie jest zgodna z prawem – mówi Aleksander Grabiński, prezes stowarzyszenia Dekretowiec. – Bez ustawy nie ma szans na normalny proces reprywatyzacji w Warszawie. Choć sądy w ostatnich latach wyraźnie stały się łaskawsze dla byłych właścicieli i ich spadkobierców. – Zmieniła się sędziowska ekipa – mówi jeden z warszawskich adwokatów zajmujących się odzyskiwaniem nieruchomości. – Peerelowskie togi, dla których dekret był takim samym prawem jak regulacje kodeksów czy konstytucja, odeszły na emerytury.

Równi i równiejsi

Na taką łaskawość urzędniczą liczą też odzyskiwacze, jak opisywany już Maciej Marcinkowski. Należy do niego działka obok Pałacu Kultury od strony ul. Emilii Plater, na której ma prawo wybudować 200-metrowy biurowiec. Do rozpoczęcia inwestycji są mu potrzebne sąsiednie działki należące do miasta. W zeszłym roku prezydent miasta podjęła decyzję o ich sprzedaży biznesmenowi bez przetargu za 15 mln zł. Jednak transakcji nie sfinalizowano. Za to w tym roku miasto zaproponowało Marcinkowskiemu zamianę: działki na pl. Defilad za boisko liceum im. Zamoyskiego przy ul. Foksal, do którego biznesmen też kupił roszczenia i domagał się zwrotu.

Wymiana za boisko obejmuje jeszcze jedną działkę dla Marcinkowskiego o nieznanej lokalizacji, powierzchni i cenie. Taką uchwałę przegłosowali w lipcu warszawscy radni. Dyrektor Bajko tłumaczy, że dwie działki na pl. Defilad o łącznej powierzchni 700 m kw., które miasto dało Marcinkowskiemu, są mniej warte niż boisko przy Foksal, którego miasto dać nie chciało. Dlatego trzeba dołożyć coś jeszcze. I że tych działek na pl. Defilad nikt inny poza Marcinkowskim by od miasta nie kupił, bo plan zagospodarowania, uchwalony kilka lat temu, przewiduje biurowiec w tym właśnie miejscu, na działce Marcinkowskiego i dwóch miejskich.

Ale nie każdej warszawskiej szkoły ratusz broni tak zaciekle. Gimnazjum językowe z ul. Twardej musi się wyprowadzić do innej siedziby, bo najpierw kupił roszczenia, a potem odzyskał nieruchomość od miasta Marcinkowski. – Szkoła przy Twardej była tak podzielona między tych, co mają roszczenia, że nie mogła dalej istnieć w tym miejscu – twierdzi dyr. Bajko.

Bez ustawowego uregulowania reprywatyzacji zawsze będą wątpliwości co do każdego orzeczenia urzędników. Zwłaszcza że odzyskiwanie przedwojennego mienia stało się po prostu dobrym biznesem, a nie zadośćuczynieniem i przywracaniem sprawiedliwości.

Polityka 44.2014 (2982) z dnia 28.10.2014; Społeczeństwo; s. 27
Oryginalny tytuł tekstu: "Wykrajanie Warszawy"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną