Społeczeństwo

Bocian w słoiku

Wieś znów jest w modzie

„Bociany” – obraz Józefa Chełmońskiego, 1900 r. „Bociany” – obraz Józefa Chełmońskiego, 1900 r. Wikipedia
Rozmowa z prof. Rochem Sulimą, antropologiem kultury, o tym, co dziś znaczy wiejskość i do czego nam ona służy.
Prof. Roch Sulima, historyk i antropologLeszek Zych/Polityka Prof. Roch Sulima, historyk i antropolog

Joanna Podgórska: – Przeprowadził się pan na wieś pod Iłżą, gdzie podobno mieszka jeszcze trzech innych profesorów, a po drugiej stronie kapliczki jeszcze jacyś doktorzy habilitowani. Ucieczki z miasta to nowy trend?
Prof. Roch Sulima: – To jest tendencja ogólnoeuropejska. Antropolodzy brytyjscy piszą o współczesnej obsesji na punkcie wsi i postrzeganiu jej jako „spektaklu”. Dla mitologii społeczeństwa ponowoczesnego nie jest już ona sferą produkcyjną, rolniczą, ale przestrzenią kreowania inności kulturowej, pokusą spotkania z naturą, a zarazem przestrzenią do kupienia i konsumpcyjnego skolonizowania. Odnowiła się też potrzeba drugiego adresu. To się zaczęło już w międzywojniu, kiedy to było nobilitujące w kręgach towarzyskich. Dziś nowa klasa średnia, nasze mieszczaństwo, też chce mieć drugi adres, bo to może sytuować wyżej w prestiżu niż posiadanie apartamentu w Warszawie. Nowa klasa średnia poszukuje, różniącego ją od innych, swojego wzorca obyczajowego. Ale tęsknota za wsią to szersze zjawisko. Naszą epokę charakteryzuje potrzeba permanentnej inności, stąd być może pokusa takiej przestawki geograficznej. Dlatego wynoszenie się z miast na wieś będzie, mam wrażenie, trwałą tendencją. Jak czytamy w raporcie „Polska wieś 2014”, w populacji wiejskiej mieszka już ok. 8 proc. przybyszów z miasta, a ok. 40 proc. mieszczuchów chciałoby się przeprowadzić na wieś.

Tęsknota za mityczną arkadią?
To za proste. Ten topos już się trochę zużył. Istotną treścią naszej współczesności jest pewien rodzaj nostalgii i nasza klasa średnia uczyniła ją jednym ze stylów swojej egzystencji. To się może mieścić w tym samym geście kulturowym co np. nostalgia za PRL. Chybotliwa egzystencja współczesna potrzebuje mocnych emocjonalnych wsporników. Kłopoty egzystencjalne mogą zagłuszać dziś przyjemność podróżowania, zakupów albo właśnie przesiedlenia się. Nie jest to już nostalgia za falującymi łanami zbóż, sielskością, ale za swoistą, politurowaną na wysoki połysk – wiejską surowością. A więc za studnią z żurawiem, za teatrem weselnych bójek czy porzuconym w sadzie trabantem, który może stać się obiektem estetycznym. Drugi powód to nuda, jako czysta forma społeczna. Tak chyba było w moim przypadku. Mnie się po prostu znudziło w mieście. Moja wieś jest bardzo ciekawa. Mam 8 km do Leśmianowskiej Iłży, kilkanaście kilometrów do Wielgiego i Gardzienic Jacka Malczewskiego, kilkanaście do Sycyny Kochanowskiego. To bardzo ważny trakt kultury polskiej, przejeżdża tędy Wiesław Myśliwski do Sandomierza. Bywa tu Dorota Masłowska, Agnieszka Drotkiewicz, przyjeżdżają na seminaria moi doktoranci.

Mieszczanie szukają na wsi egzotyki?
Raczej możliwości spotkania ze swojską innością. Standardy życia w mieście i na wsi się wyrównują, a chłopi już ani żywią, ani bronią, ale wieś nadal charakteryzuje się odmiennością krajobrazu. Jest on coraz bardziej krajobrazem bez właściwości i świetnie nadaje się do zagarnięcia, estetycznego skolonizowania. Z powodzeniem działają tu różne grupy animatorów kultury. Wiele środowisk artystycznych czy naukowych uczyniło wieś terenem eksploracji, ale już nie poznawczej. Działają z tubylcami, niekoniecznie dla nich, ale by się samopotwierdzać. Miejscowi są partnerami, jednak mitologia „dobrego dzikusa” pod swojską strzechą, stworzona w czasach romantyzmu, ciągle funkcjonuje.

A miejscowi nazywają przesiedleńców aliantami. Oni są ciągle obcy.
To świadczy o pewnej spoistości społecznej wsi, czego w miastach już nie ma. Przybysze wyróżniają się trochę innym stylem życia, ale za ich sprawą widać wyraźnie coś, co można nazwać estetyzacją przestrzeni domowej. W mojej wsi rozgranicza się podwórka na część roboczą i przydomową, wyłożoną kostką Bauma ze stolikiem i grillem, bo ognisk się już nie pali. Jeśli chodzi o śmieci, dokonał się prawdziwy przewrót kopernikański. Pamiętam, kiedy we wsi stanęły pojemniki na śmieci, moja sąsiadka narzekała: cholera, co to za fanaberie, przecież śmieci zawsze się wyrzucało do lasu. Dziś prawie wszyscy segregują.

Większość Polaków ma wiejskie rodowody, a przez lata wieś była synonimem obciachu. Słowo „wiejski” brzmiało obraźliwie. To się zmienia?
W ostatnich latach toczy się dyskusja o tym, by nie wstydzić się chłopskiego rodowodu. Ten kompleks społeczny został w pewnej mierze przezwyciężony. Wieś była świętym tematem sztuki, literatury, a w czasach PRL także bardzo ważną figurą gier politycznych. Dziś spojrzenie na wieś się odideologizowało, a nawet odpolityczniło. Wieś staje się towarem na rynku. Zarówno krajobraz wiejski, jak i mit chłopskości są do sprzedania. Jak na wolnym rynku skonsumować tak kłopotliwy temat, jak lud, chłopskość? Oczywiście można spieniężyć magię zdrowej żywności, takie produkty, jak wiejskie jaja czy chleb chłopski, po który, nawiasem mówiąc, muszę jeździć do Warszawy. Działania ekologiczne będą się jednak koncentrowały na wsi.

Dobrym towarem jest też nostalgia za naturą, a może nawet za wiejskim „prymitywem”, nieuformowaniem, innością. Jak tu nie skonsumować na rynku medialnym tego dawnego chama, kmiotka czy wiochmena jako „innego”. Wieś symbolizowana przez upartego, chciwego, skłonnego do pijaństwa i kłótni chłopa powraca dziś w modzie na pieśni pańszczyźniane, powraca w teatrze z twarzą Jakuba Szeli, m.in. w spektaklu „W imię Jakuba S.” Strzępki i Demirskiego. Mam także znakomity przykład z książki „Zapomniane słowa”. Wybitny krytyk literacki Stanisław Bereś pisze tam: „jako najodleglejszego przodka odkryłem swego pradziada Macieja, który jak wszyscy mężczyźni w mojej rodzinie był cieślą i zapisał się tym, że u boku Jakuba Szeli w czasie rabacji galicyjskiej występował w roli tzw. prokuratora ludowego. Co oznacza, że słynne słowa Wyspiańskiego w »Weselu«: »mego dziadka piłą rżnęli«, odnoszą się do mojego przodka. Z tym jednak, że to on rżnął, a nie był rżnięty”. Kiedyś było nie do pomyślenia, żeby pojawił się taki wywód genealogiczny, w którym ktoś powołuje się na pradziadka rżnącego piłą szlachtę. To pokazuje, że dziś swobodniej można konstruować swoje rodowody, także wywodząc je z chłopstwa.

Można powiedzieć, że mierzenie się z problemem krzywd pańszczyźnianych to jeden z polskich przeklętych problemów. Co zrobić z tym chłopem? Jak rozliczyć krzywdy? Ale z drugiej strony, ten chłop wcale nie musiał być taki niewinny, skoro uczestniczył choćby w „złotych żniwach” opisanych przez Jana Grossa. Ten przeklęty polski problem obejmuje także zaakceptowanie własnego rodowodu: chłopskości czy żydowskości. A przecież one są niezwykle ważne dla tożsamości polskiej kultury. Pamiętam, do redakcji „Regionów” przychodził przed laty znakomity pisarz Zygmunt Kubiak, który mówił o korzeniach chłopskich i żydowskich, wynajdował kulturowe paralele losu chłopskiego i żydowskiego. Sporo dyskutowaliśmy o tym, że te tradycje wypychamy ze społecznej świadomości, tłumimy je. Jeśli chodzi o żydowskość, to się bardzo zmieniło. Jest wręcz moda na szukanie żydowskich korzeni. O wiejskim pochodzeniu także uczymy się powoli mówić bez kompleksów.

Co się stało, że to odium „obciachu” zostało z chłopskości zdjęte?
Nie do końca. To historia, którą ja określam: od „bocianów” do „słoików”. W drugiej połowie XIX w. w przestrzeni miejskiej pojawiały się sylwetki ubrane w białe sukmany, nazywano ich bocianami. To byli chłopi z okolicznych wsi, którzy szukali zajęcia w Warszawie. Najmowali się jako robotnicy. Dziś mamy „słoiki”, które są przedmiotem sporu, ale także figurą różnicowania społecznego. Na Grochowie mawia się, że w apartamentowcach mieszka „wiocha”. Według mnie „słoiki” są pozytywnym zjawiskiem, bo funkcjonują zgodnie z zasadą: jeśli nie masz Warszawie nic do zaproponowania, to wypluje cię za rogatki. I to jest pomyślne dla Warszawy, choć pewnie niezbyt pomyślne dla tych wypchniętych. Określenie „słoiki” miało stać się nowym synonimem obciachu, bo jak człowiek ma coś, co może traktować jako obciach, to się pewniej czuje. To rodzaj taniej tożsamości.

Czyli ta pogarda wobec wsi jest nadal aktualna?
Tak. „Słoik” stał się nową figurą obciachu, ale także on zasiewa niepokój. Traktowany jest jako intruz, który wtargnął na cudze terytorium. Można to porównać do medialnego teatrzyku, w którym wystawia się odwieczną walkę klas. Ale ta teatralizacja jest szerszym zjawiskiem i zmieniła całkiem widzenie wsi. W „Weselu” Wyspiańskiego spotkanie miasta z wsią było na serio, w „Konopielce” Redlińskiego też jeszcze było na serio, choć już z elementami ironicznymi. Dziś to zwarcie jest potrzebne jako intryga w widowisku medialnym. Zaczęło się przed wiekami od wodewilu, w którym chłop był pokazany jako ten, który mówi inaczej i inaczej się ubiera. To był obraz płytki, jakby wycięty z papieru. Teraz wiejska surowość prezentowana jest w stylu glamour. Przede wszystkim w serialach, takich jak „Ranczo” czy „U Pana Boga za piecem”.

Teraz mamy jeszcze program „Rolnik szuka żony”.
I ogląda go więcej widzów niż „Taniec z gwiazdami”. To jest kwintesencja wspomnianego procesu teatralizacji. To wystawianie pewnych figur o sporej widowiskowej nośności, które przecież nie rozwiązuje żadnych realnych problemów. Tylko udaje, że je rozwiązuje. Chłop został steatralizowany i stał się atrakcją sezonu.

Pisał pan, że miastowi traktują chłopów trochę jak Amerykanie Indian.
To charakterystyczna dla wszelkich procesów kulturowych potrzeba różnicy. Trzeba wskazać „innego”, żeby się samemu zdefiniować. A dziś kłopoty z tożsamością są coraz większe. Nie mamy trwałego miejsca w społeczeństwie. Wszystko jest chybotliwe. Tworzymy tożsamości jednodniowe, poranne, popołudniowe. Potrzebujemy lustra inności. Wieś ciągle jest figurą inności. Na to nakłada się proces związany z konsekwencjami postawy zwanej postkolonializmem. Czyli: przeprośmy Indian i pomóżmy im zachować tożsamość, podbudujmy tym samym nasze poczucie tożsamości. Tak jak Amerykanie i Europejczycy przypomnieli sobie o kolonizowanych narodach, tak my przypomnieliśmy sobie o eksploatowanych przez wieki chłopach. Romantyzm odkrył chłopa właśnie jako „innego”, czyli „dobrego dzikusa” pod swojską strzechą i od tego momentu zaczęła się ta gra. To fundament paradygmatu romantycznego; problem: kultura ludowa – kultura narodowa, to stary wątek myślenia o Polsce, w którym główną figurą jest chłop i wieś. W wysokich rejestrach oznaczało to podnoszenie ludowego do narodowego. Ale w kręgach towarzyskich na wieś nadal patrzono jak na miejsce dzikie, surowe. Dzisiaj ten nasz Indianin wraca jako figura gier kulturowych i medialnego spektaklu.

 

Czy chłop jako „inny” w ogóle jeszcze istnieje?
Już nie widujemy chłopa sprzedającego ziemniaki na placu Szembeka, bo tam mniej więcej docierała wieś konno. Nie widzimy w telewizji chłopa żniwującego, przy wykopkach czy siewach.

I nie wiemy, jaka jest wydajność z kwintala.
Ja naprawdę w czasach PRL wiedziałem, jaka jest wydajność z kwintala w Wielkopolsce i na Mazowszu, bo to był główny temat telewizyjnych wiadomości. Dziś żniwa pokazuje już tylko Telewizja Trwam. Zniknęła także baba z cielęciną. Strojem też już się chłop nie różni. Może czasem chodzi jeszcze w chłopskiej czapce, ale identyczne noszą warszawscy hipsterzy i celebryci. Nie stykamy się dziś z chłopem. W mieście widzimy go tylko w mediach. A skoro nie mamy bezpośredniego kontaktu, rośnie zapotrzebowanie na symboliczne wyobrażenia. Czyli na chłopa wirtualnego. Wieś wkracza do gier komputerowych, takich jak „Farming”. Wieś sprzedaje swoje widoki w internecie, bo dziś już niemal każda gmina ma własną stronę.

A na wsi? Spotyka pan „innego”?
Ikoną w Polsce przez wiele lat był pijany chłop, który chwiejąc się na boki, prowadzi rower. To zdjęcie było nawet na okładce POLITYKI. Symbolem Polski był chłopski wóz ciągnięty przez konia. Europa Zachodnia jeszcze do niedawna nas tak pokazywała. W latach 70. plakat Orbisu zachęcał: „Odwiedź Polskę, kraj folkloru”. To się radykalnie zmieniło. Wozy odjechały. Ale co do rowerzystów... Spotkałem w mojej wsi rowerzystę, który miał tylko jeden pedał u roweru. Taka jazda to jest duża sztuka. Widziałem też niedawno scenę, gdy w przydrożnej dolince leżał nakryty rowerem pijany chłop. Przypomniało mi się wtedy hasło wyborcze PiS: „Każda gmina to Krzemowa Dolina”. Ale ta inność się rozmywa. W mojej okolicy jest wiele świetnych, porządnie wykończonych domów. Chłopskie obejścia są odnowione. Styl życia miasta i wsi się unifikuje. Ja już „innego” na wsi nie spotykam. Może dlatego sam też nie czuję się tam inny. Jeżdżąc z Saskiej Kępy do Małomierzyc, nie mam poczucia, że przenoszę się z jednego świata do drugiego. Kiedy się tam wyprowadzałem, miałem piękny widok z okna na masyw leśny. Teraz nad masywem leśnym górują siłownie wiatrowe. W nocy nieustannie palą się czerwone światła. Od tego między innymi uciekałem na wieś, ale miasto mnie dogoniło.

rozmawiała Joanna Podgórska

Prof. dr hab. Roch Sulima, historyk i antropolog kultury związany z SWPS. Autor m.in. bestsellerowej „Antropologii codzienności”.

Polityka 46.2014 (2984) z dnia 11.11.2014; Społeczeństwo; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Bocian w słoiku"
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną