Społeczeństwo

Brudne chwyty

Jacek Santorski o tym, jak działa infamia

Jacek Santorski – psycholog społeczny, zdrowia i biznesu. Współwłaściciel firmy doradczej Values. Profesor Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, gdzie prowadzi Akademię Psychologii Przywództwa. Jacek Santorski – psycholog społeczny, zdrowia i biznesu. Współwłaściciel firmy doradczej Values. Profesor Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, gdzie prowadzi Akademię Psychologii Przywództwa. Leszek Zych / Polityka
Psycholog Jacek Santorski o tym, jak działa infamia i dlaczego obrazy cudzego upadku – prawdziwe czy też nie – tak na nas działają.
„Panu Durczokowi chciałbym powiedzieć: przetrwał pan raka biologicznego, teraz – jeśli nie skrzywdził pan innych – ma pan szanse przetrwać raka społecznego”.Maciej Jarzębiński/Forum „Panu Durczokowi chciałbym powiedzieć: przetrwał pan raka biologicznego, teraz – jeśli nie skrzywdził pan innych – ma pan szanse przetrwać raka społecznego”.
„Krzysztof Piesiewicz, którego w końcu oczyszczono z rozmaitych zarzutów, wróci i będziemy go jeszcze pytali o nową adaptację dekalogu, wykładnię moralną czy prawną dla ciekawych zjawisk. To kwestia czasu”.Adam Tuchliński/Newsweek/Forum „Krzysztof Piesiewicz, którego w końcu oczyszczono z rozmaitych zarzutów, wróci i będziemy go jeszcze pytali o nową adaptację dekalogu, wykładnię moralną czy prawną dla ciekawych zjawisk. To kwestia czasu”.

Joanna Podgórska: – Według starego powiedzenia muchę i polityka najłatwiej zabić gazetą. Dziś gazetą można zabić każdego; także dziennikarza, jak doświadczył tego Kamil Durczok.
Jacek Santorski: – Na poziomie mechanizmu to problem stary jak świat. Kilka lat temu, po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego, Krzysztof Piesiewicz zaprosił mnie, żebyśmy zrobili dla telewizji cykl spotkań pod tytułem „Twój dekalog”. Wyświetlaliśmy kolejne filmy, Piesiewicz wraz z aktorami opowiadał wspomnienia z planu, a potem z mądrymi ludźmi, takimi jak prof. Jarosław Rudniański czy ks. Józef Tischner, rozmawialiśmy o przykazaniach.

Na jednym z takich spotkań Konstanty Gebert przypomniał starą żydowską przypowieść o pomówieniu. Według niej krzywda wyrządzona przez wypowiedzi jest większa nawet od tej, która wynika z kradzieży czy oszustwa, bo szkodom materialnym, w przeciwieństwie do psychicznych, spowodowanych obmową, można zadośćuczynić. Ilustracją tego jest chasydzka opowieść o mężczyźnie, który wszem i wobec rozpowiadał wredne kłamstwa o rabinie. Gdy zdał sobie sprawę ze zła, które wyrządził, poszedł do rabina błagać o przebaczenie i przysiągł, że wyrówna krzywdy. Rabin powiedział: weź puchową poduszkę, rozetnij ją i porozrzucaj pierze na wietrze. Prośba osobliwa, ale łatwa do spełnienia, więc mężczyzna ją spełnił. Kiedy przyszedł do rabina po raz drugi, usłyszał: a teraz idź i pozbieraj pierze. Możesz w równym stopniu zadośćuczynić mojej krzywdzie, jak pozbierać pierze.

Dziś byłoby to jeszcze trudniejsze. W sieci pierze zostanie na zawsze, dostępne dla każdego.
Tak, nowe technologie to potęgują. Choć ludzie już 2 tys. lat temu wiedzieli, na czym polega niebezpieczeństwo, to od kilkunastu lat wiemy także, dlaczego to tak działa. Wiemy bowiem, co się dzieje w mózgu. To odkrycie nagrodzono pierwszym Noblem z pogranicza neurologii i ekonomii. Amerykański psycholog Daniel Kahneman opisał, że mamy w mózgu dwie ścieżki percepcji i decyzji. Ścieżką wolniejszą przyglądamy się sprawie, analizujemy ją, wyciągamy wnioski. Ta druga jest szybsza o mikrosekundy, ale to wystarcza, by spowodować spustoszenie albo zachwyt w naszych sercach i umysłach, trafia bezpośrednio do naszych ośrodków podkorowych, gdzie są m.in. programy walki i przetrwania, związane z emocjami.

Zanim włączy się racjonalne myślenie, które jest funkcją płatów przedczołowych, już działają emocje. To, co dociera do nas w pierwszej kolejności, nie ma charakteru logicznego, lecz psychologiczny. Co z tego, że, jak w przypadku Kamila Durczoka, za chwilę zacznę się zastanawiać, czy to nie była jakaś prowokacja, że status i źródło tych informacji są wątpliwe, gdy w mojej głowie już jest seks z koniem, biały proszek i gwałt. Ślad tego odciska się i zostaje. I dlatego to jest takie groźne.

Dlatego mówił pan, że pseudoinformacja może być groźniejsza niż prawda?
Prawda jest zwykle złożona i ma swoją strukturę logiczną. Bywa tak, że większość katastrof, poza czystymi zamachami, ma złożony ciąg przyczyn, zbiegów okoliczności i zaniedbań. Natomiast z punktu widzenia tabloidalnego świata i z punktu widzenia stanu umysłu zmęczonego obywatela, o niskiej „złożoności poznawczej”, katastrofa musi mieć jedną przyczynę. A najlepiej, jak ją uczłowieczyć i wskazać winnego; zamachowca lub zleceniodawcę. Zanim pomyślimy, nasz mózg już wszystko wie. Na tym opiera się m.in. neuromarketing czy brudne chwyty stosowane czasem przez prawników, opisane już w latach 30. Gdy prokurator albo obrońca chciał zdyskredytować świadka przed ławnikami, pytał mimochodem: czy dalej pan bije swoją żonę? Człowiek mówi: co za bzdura! Sędzia oddala pytanie, ale już przepadło. W podkorowych mechanizmach ławników coś z tego zostawało.

Mechanizm publicznej kompromitacji można zanalizować z trzech stron: publiczności, która ją ogląda, tego, kto kompromituje, i tego, kto jest kompromitowany. Jak one działają?
Jednym z kluczowych „programów” wyjaśniających działalność tabloidów, prowokacji, pomówień, ale także populizmu jest mechanizm opisany przez psychologów jako „trójkąt dramatyczny”. Opisany w naszych czasach, ale również stary jak świat. Opierają się na nim i baśnie, i dramaty Szekspira. To uproszczony model interakcji międzyludzkich, w których płynnie zmieniają się role: ofiary, prześladowcy i wybawcy.

Tabloid, czy tego typu źródło, wstępnie przyjmuje rolę wybawiciela, który mówi: ja was ochronię przed tym złym, zakłamanym, wyniesionym na piedestał hipokrytą. On jest prześladowcą, my potencjalnymi ofiarami... Wystarczy kilka obrazów i skojarzeń, by powiedzieć: zdemaskowaliśmy złego, już nikomu nie zrobi krzywdy. Najbardziej przewrotne jest to, że te same media wcześniej tę osobę wyniosły na piedestał. To nie Krzysztof Piesiewicz ogłosił się autorytetem moralnym; zrobiły to media.

W przypadku kompromitacji osób publicznych, które zajmowały wysoką pozycję, może wchodzić w grę także prosta, by nie powiedzieć prostacka, przyjemność patrzenia na czyjś upadek.
Tu działa parę mechanizmów. Kiedyś interesowało mnie zjawisko Big Brothera. Z badań nad tym fenomenem wynika, że te wredne reguły gry – czyli: ludzie muszą współpracować, lecz robią to po to, by uwieść zewnętrznego sędziego, który potem wyeliminuje innych, żebym ja wygrał – obowiązują w niemal każdej toksycznej społeczności: w rodzinach, Kościołach, korporacjach. Oglądanie z perspektywy fotela, jak inni wikłają się w tę paskudną grę, jest formą odreagowania upokorzenia, którym człowiek sam podlega w korporacjach, albo zła, w które sam się wpisuje.

Drugi mechanizm psychoanalitycznie można określić jako sadystyczny. Z przyjemnością oglądam cudze poniżenie, cierpienie. Do tego dochodzi zasada kontrastu: im bardziej ofiara, kojarzona wcześniej z czystością i prawością, osuwa się w brud i upokorzenie, tym bardziej jest to ekscytujące. W dodatku ja czuję się czysty, bo przecież nie przykładam do tego ręki. Wszystko to budzi jakiś niezdrowy trans. Odporność na tego typu mechanizmy jest wyrazem wyższej inteligencji emocjonalnej i społecznej, której powinniśmy uczyć już dzieci w szkole.

Gdyby nie było podatności na tego typu manipulacje, tabloidy umarłyby z głodu albo po prostu zajmowały swoje miejsce jako marna i tania rozrywka. W krajach zachodnich ludzie też kupują tabloidy, ale na ogół ze świadomością, że to nie jest podstawowe źródło, z którego czerpie się informacje o świecie. W czasach afery wokół Andrzeja Samsona znajomy intelektualista z Francji powiedział, że na Zachodzie jednak odróżnia się trzy statusy: podejrzany, oskarżony i skazany. Możemy odsądzać od czci i wiary skazanego, ale nie podejrzanego czy nawet oskarżonego, bo on jeszcze ma szansę się oczyścić. Polskie tabloidy tego nie odróżniają i podejrzanego traktują, jakby już został skazany. Wyrok moralny zapada od razu.

Co z ofiarą? Jak zmierzyć się z sytuacją publicznej kompromitacji?
Ja bym uważał ze słowem „kompromitacja”, bo ono zakłada, że została ujawniona jakaś prawda. A to może być po prostu gwałt na reputacji, bez związku z faktami. Jeżeli się okaże, że w przypadku Kamila Durczoka dochodziło do nadużywania seksualnego podwładnych przez szefa, wtedy będziemy mogli mówić o kompromitacji. Ale perfidia i perwersja tej sytuacji polega właśnie na tym, że już o niej mówimy. A przecież nie wiemy, czy zostało zdemaskowane rzeczywiste zło, czy mu je tylko przypisano.

Na początku padło poważne podejrzenie w poważnej sprawie dotyczącej molestowania seksualnego. Zanim zaczęto ją serio wyjaśniać, tygodnik „Wprost” już zlustrował życie intymne Durczoka.
Tabloidy jakby się umówiły: „Fakt” go pogrąża, a „Super Express” broni. To przykład, jak idealnie wpisują się w schemat trójkąta dramatycznego. I tu, i tam jest ofiara, oskarżyciel i wybawiciel, tylko wymieniają role. Sprzedaje się jedno i drugie. Przy okazji – logika trójkąta dramatycznego jest nieubłagana, można więc oczekiwać, że dzisiejsi „wybawiciele-demaskatorzy” pokażą się któregoś dnia w roli „ofiar”.

Jak radzić sobie z sytuacją, gdy człowiek został publicznie obnażony?
Chodzi o rodzaj moralnego i intelektualnego goretexu, od którego brud będzie się odbijał. To na pewno nie jest łatwe. Oczywiście można powiedzieć: żyj przyzwoicie, nie ryzykuj, nie eksperymentuj, ale zawsze może się okazać, że człowiek chwilowo się pogubił albo mu to przypisano. Podstawą emocjonalnej samoobrony jest zaufanie i szacunek najbliższego otoczenia. Jeżeli ktoś nie ma narcystycznych zaburzeń osobowości, skupi się na tym, co mówią ci, z którymi jest prawdziwie blisko, których kocha, i tych, którzy go kochają. Kamil Durczok, łamiącym się głosem powiedział, że cały czas wspiera go żona, z którą się rozstał. O ile wiem, podobnie było w przypadku Krzysztofa Piesiewicza. Taka, będąca przejawem prawdziwej miłości, solidarność jest niezwykle ważna w czasie gehenny. To daje moc przetrwania.

Ale czy wystarczy? Instytut Monitorowania Mediów wyliczył, że w ostatnich dniach ukazało się na temat Kamila Durczoka 7 tys. publikacji, głównie w mediach elektronicznych. Człowiek może mieć poczucie, że zalewa go tsunami.
Naturalnie, można mieć poczucie osaczenia, aczkolwiek niezależnie od tego, czy atak jest zgeneralizowany, czy pochodzi z jednej strony, będę się upierał, że źródłem oparcia i przetrwania jest podstawowa komórka społeczna, związana z miłością i intymnością. O tyle dziś jest trudniej, że coraz mniej ludzi ją ma. Choćby dla bezpieczeństwa psychicznego warto żywić takie relacje.

Podobno jesteśmy coraz bardziej tolerancyjnym społeczeństwem. Wydawało się, że historie obyczajowe, związane z jakimiś gadżetami erotycznymi czy pornografią, nie będą już tak rezonowały.
W Polsce do głosu dochodzą ostatnio narracje liberalne, wyzwolone, wiele się zmienia, ale nasza kultura jest ciągle w większości konserwatywna. Z jednej strony mamy skłonności modernistyczne, jeżeli chodzi o sztukę, nowe technologie czy przedsiębiorczość. Ale kulturowo ciągle jesteśmy na poziomie XVI-wiecznego folwarku. Za pomocą nowych technologii przekazujemy sobie arcykonserwatywne wartości.

Co dziś kompromituje osobę publiczną: przyłapanie po pijanemu, zdrada, narkotyki, seksgadżety?
Przyłapanie po pijanemu nie bardzo robi już wrażenie, nawet z pedofilią w pewien sposób – niestety – się oswoiliśmy. Przewiduję, że teraz zoofilia będzie trendy… Ale mówiąc poważniej. Do kompromitacji konieczny jest efekt niespójności, oksymoronu, czyli brud na czystości. Lepiej o tym mówić na poziomie procesu niż treści. Zoofilia sama w sobie nie będzie bulwersowała. Ale jeśli odkryjemy ją u obrońcy zwierząt, ojca rodziny albo kogoś bardzo zacnego, duchowego i identyfikowanego z wyższymi wartościami, wtedy tak. Dlatego tak ludzi bulwersują grzechy księży, którzy ślubowali celibat, ale pogubili się, a mimo to pouczają innych w kwestiach moralnych.

Stwierdził pan, że przyłapanie po pijanemu nie robi wrażenia, ale to chyba nie dotyczy kobiet. Celebrytki w takich sytuacjach traciły kontrakty, role, musiały budować swoją pozycję od nowa.
Naukowo stwierdzonych różnic między mężczyznami i kobietami jest znacznie mniej, niż głoszą stereotypy, ale te stereotypy dobrze żyją swoim życiem. O ile we Francji czy Włoszech prawie wszystkie ekscesy wybacza się politykom, bo potrafią puścić oko do publiczności, o tyle w naszym społeczeństwie kobietom wybacza się o wiele mniej. Pijany aktor? Zabawny. Pijana modelka? Jak dziwka.

U nas politycy też są na cenzurowanym. Im się wiele nie wybacza.
Tak. W Polsce Dominique Strauss- Kahn byłby skończony. Podejrzewany o gwałt i stręczycielstwo wywikłał się z problemów prawnych i nie wykluczam, że wróci do francuskiej polityki.

To chyba dobrze, że wobec polityków stosujemy wyższe standardy niż na przykład wobec gwiazd rocka?
Dobrze, aczkolwiek byłoby jeszcze lepiej, gdyby przykładać do nich standardy adekwatne do tego, do czego są powołani. Od polityków należałoby wymagać przede wszystkim umiejętności przywódczych, które wiążą się z troską o coś więcej niż utrzymanie władzy. Mamy w Polsce całkowity kryzys przywództwa. I wybaczamy równo wszystkim politykom ekstremalną ignorancję w tej kwestii. Czasem się z tego pośmiejemy, ale wybaczamy. Natomiast w zakresie moralności czy pseudomoralności rozliczamy ich do cna. Nie widzimy zła tam, gdzie ono naprawdę jest.

Politycy zamieszani w aferę taśmową, w której w gruncie rzeczy chodziło o wulgarny język i sybarytyzm za nie swoje pieniądze, musieli odejść.
Nie wszyscy, choć pewnie nie są dumni z tego, na czym ich przyłapano. Z polityką jednak różnie bywa, bo to dziedzina specyficzna. Tu są inne uwikłania i czasem afera czy kompromitacja jakiegoś polityka jest dobrym pretekstem dla kolegów, by się go pozbyć. Co jednym uchodzi płazem, dla innych bywa końcem kariery.

Człowiek „zabity gazetą” ma szansę na zmartwychwstanie?
Tabloidy są takim gatunkiem, który żeby żyć, musi ciągle odświeżać żerowiska. Tak jak gołębie, które spokojnie dziobią sobie ziarno, ale gdy ktoś rzuci nową garść, wszystkie polecą w to miejsce. To mechanizm atawistyczny. Pomagałem przetrwać nagonkę medialną niejednej osobie. I zawsze mówiłem: to potrwa około 10 dni, musisz to przetrzymać; być z najbliższymi, zacisnąć zęby i przeczekać. Nie demonizowałbym zabójstwa gazetą. Panu Durczokowi chciałbym powiedzieć: przetrwał pan raka biologicznego, teraz – jeśli nie skrzywdził pan innych – ma pan szanse przetrwać raka społecznego.

Zawód dziennikarza wymaga jednak autorytetu, zaufania, wiarygodności. Ja się obawiam, że ta dmuchana lala na zdjęciach – jego, nie jego – przyklei się do Durczoka na stałe.
Przyklei się, tak jak inne skojarzenia „przykleiły się” do wspomnianego Krzysztofa Piesiewicza i nadal rzadko pokazuje się on publicznie. Ale przecież dzisiaj żyjemy w świecie, w którym nie szukamy pracy na całe życie, ale życia pełnego pracy. Przez jakiś czas to będzie wymagało pewnej adaptacji. Jestem przekonany, że także Krzysztof Piesiewicz, którego w końcu oczyszczono z rozmaitych zarzutów, wróci i będziemy go jeszcze pytali o nową adaptację dekalogu, wykładnię moralną czy prawną dla ciekawych zjawisk. To kwestia czasu.

Ale nie dziesięciu dni tabloidowej nagonki?
W tych przypadkach nie. Są ludzie tak spozycjonowani, że odbudowa ich naruszonego wizerunku musi potrwać dłużej. Ale jest możliwa.

rozmawiała Joanna Podgórska

Jacek Santorski – psycholog społeczny, zdrowia  i biznesu. Współwłaściciel firmy doradczej Values. Profesor Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, gdzie prowadzi Akademię Psychologii Przywództwa.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną