Społeczeństwo

Mówią, że krzyczą

Mobberzy z Państwowej Inspekcji Pracy

62 proc. ankietowanych pracowników bydgoskiej inspekcji wskazało na różnego rodzaju formy znęcania się psychicznego, dyskryminacji oraz poniżania. 62 proc. ankietowanych pracowników bydgoskiej inspekcji wskazało na różnego rodzaju formy znęcania się psychicznego, dyskryminacji oraz poniżania. Kasia Bialasiewicz / PantherMedia
Państwowa Inspekcja Pracy jest właśnie w trakcie dwóch fundamentalnych kontroli w sprawie mobbingu. Jedną przeprowadza... u siebie.
Kwestia podwyżek, a raczej ich braku, to rzeczywiście jeden z głównych tematów w PIP.Maximilian Fe/PantherMedia Kwestia podwyżek, a raczej ich braku, to rzeczywiście jeden z głównych tematów w PIP.
Pracownicy Inspekcji Pracy wreszcie sami zrozumieli, co to znaczy pracować w korporacji.Beard && Howell/Getty Images Pracownicy Inspekcji Pracy wreszcie sami zrozumieli, co to znaczy pracować w korporacji.

Szukając pozytywów, z pełną odpowiedzialnością można stwierdzić, że w bydgoskim oddziale Państwowej Inspekcji Pracy nie odnotowano przypadków agresji fizycznej. Jest również niemal pewność co do nieużywania przez przełożonych wulgarnych wyrazów. Co prawda pani Jola mówi, że słyszała od pani Kasi, że pani Ewa została określona słowem wulgarnym. Ale słowa nie powtórzy, bo nie pamięta. Nikt też nie został złośliwie zwolniony z pracy. Pracownicy sami się zwalniali. A plotki o wpędzaniu ludzi w depresje są co najmniej przesadzone.

W chwili obecnej na zwolnieniach wydanych przez specjalistów od zdrowia psychicznego przebywają cztery osoby – mówi Emila Pankowska, wicedyrektor Okręgowej Inspekcji Pracy w Bydgoszczy. Jej zdaniem atmosfera w pracy może nie jest w pełni harmonijna, ale nowa dyrekcja nie szczędzi sił, żeby ją poprawiać. – Nie dalej jak kilka miesięcy temu zorganizowaliśmy dla pracowników serię zajęć, jak radzić sobie z chronicznym zmęczeniem i obciążeniem ogromnym stresem – tłumaczy zastępczyni okręgowego inspektora pracy.

Pomijając fakt, że 62 proc. ankietowanych pracowników bydgoskiej inspekcji wskazało na różnego rodzaju formy znęcania się psychicznego, dyskryminacji oraz poniżania, to sytuację rzeczywiście można by uznać za właściwie dobrą.

Literówka

Pani X. płacze. Mówi, mówi i nagle płacze. Ale prosi, żeby nie zwracać uwagi, bo psychiatra powiedział, że w jej wypadku to zupełnie normalne. X. prosi o nieujawnianie imienia ani żadnej innej cechy charakterystycznej. To, że była u psychiatry, nie jest już w bydgoskim oddziale cechą charakterystyczną. Zwolnienia z pieczątkami od specjalistów zdrowia psychicznego posypały się już kilka miesięcy temu. Niektórzy zawiśli na nich na dłużej. Ci do pracy już raczej nie wrócą. Inni ratowali się doraźnie. Albo pomocy szukali prywatnie, żeby nie dawać pretekstu do kolejnych nieprzyjemności.

No więc historia X. jest raczej banalna, bo nie może pochwalić się żadnymi ostrymi formami prześladowania. Chcąc być uczciwą, nie zaznaczyła nawet w ankiecie, że przełożona zwracała się do niej podniesionym głosem. Do niej akurat przełożona zwracała się głosem chłodnym i metalicznym. Używała nawet form grzecznościowych typu proszęzapraszam. Zdarzało się, że jednego dnia dziesięć razy słyszała: Zapraszam do mojego gabinetu. A później: Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego w zredagowanym przez panią piśmie znalazła się literówka.

X., osobie związanej z Inspekcją od wielu lat, na początku nawet imponowała ta dbałość o szczegóły nowej przełożonej. Ale kiedy okazało się, że kontrolowano każde pismo jej autorstwa i uwagi zaczynały dotyczyć nierówno przystawionej pieczątki, zapaliła się jej w głowie czerwona lampka. – Poznałam kiedyś sprawę takiego jednego mobbingowanego mężczyzny i przypomniałam sobie, że on miał w pracy dokładnie tak samo – wspomina X.

Z czasem sama dorobiła się książkowych objawów osoby mobbingowanej. Kłopoty ze snem, mdłości przed wyjściem do pracy. Roztargnienie. Trudności z koncentracją. – Im częściej mnie wzywano na górę, tym więcej popełniałam błędów. Płakać mi się chciało, bo ja przez lata byłam wzorowym i docenianym nagrodami pracownikiem – mówi X. i płacze. Ale znów prosi, żeby nie zwracać uwagi, bo to przecież normalne.

Przysłuchujący się rozmowie koledzy i koleżanki to już w ogóle na to jej płakanie nie zwracają uwagi, tylko wcinają sałatki i inne dania, bo przywykli. Ludzie tak mają. Na niejednej kontroli to widzieli. To, że u nich się trafiło, też już mniej dziwi, bo zaledwie dwa lata wcześniej mieli już u siebie sprawę mobbingową. Może jakoś mało się tym przejmowali, bo mobberem był pracownik administracyjny, a inspektorzy formalnie mu nie podlegali. Ale jednak podśmiewano się, że wreszcie mają testera procedur antymobbingowych. Ostatecznie procedury zdały egzamin. Konkretnie, po sprawdzeniu relacji obydwu stron uznano, że doszło do mobbingu, i poprzednia szefowa oddziału zwolniła mobbera z zajmowanego stanowiska. Znów został szeregowym pracownikiem księgowości i jego kłopoty z agresją zniknęły jak ręką odjął. Teraz sytuacja jest gorsza, bo zdaniem pracowników mobber musiałby zwolnić mobbera.

Korpochwyt

Pod bydgoską Okręgową Inspekcję Pracy podlegają jeszcze dwa oddziały – Toruń i Włocławek. Struktura jest trudna do zarządzania, bo niektórych pracowników przełożeni nie widzą całymi dniami. No i atmosferę w pracy oceniano źle. W 2012 r. zrobiono nawet stosowne badania ankietowe. – Wyniki wskazywały na panujące w zespole napięcie oraz pracę pod dużą presją stresu. Obejmując wraz z dyrektor Małgorzatą Porażyńską stanowiska kierownicze, za punkt honoru postawiłyśmy sobie naprawę stosunków – mówi Emila Pankowska. Nowe kierownictwo przejęło stanowiska w Bydgoszczy w lutym 2013 r.

Naprawę rozpoczęto od zmiany regulaminu organizacyjnego i wprowadzenia obowiązku szczegółowego raportowania na temat wyjść i wejść do urzędu. Ze szczególnym naciskiem na wyjścia w celach prywatnych. Nowe kierownictwo było poirytowane, że pracownicy masowo wychodzili na pobliski bazarek po świeże pieczywo i warzywa na śniadanie. Albo że osoby palące wystawały pod budynkiem zamiast realizować ustawową misję. Nie wszyscy jednak zrozumieli, że zasady się zmieniły. I tym osobom kierownictwo postanowiło uświadomić to dobitniej. – W naszym dziale wprowadzono obowiązek sporządzania fotografii dnia. Każdy miał na kartce sporządzać godzinowy zapis czynności – opowiada pani Z. Na początku ludzie chcieli to nawet oswoić poczuciem humoru i zastanawiali się, jak rozpisywać wyjście do toalety.

Fotografię dnia przez kilkanaście tygodni wykonywało ośmiu pracowników działu organizacji. Wpisywali czynności z dokładnością do dwóch minut, bo okazywało się, że samo sporządzanie zapisu zajmowało niekiedy więcej czasu niż opisywana czynność. Zwłaszcza kiedy do podpisania była jedna faktura albo do wysłania jedno pismo. Dyrekcja poszła pracownikom na rękę i zezwoliła na sumowanie takich działań. Z czasem wprowadzono również obowiązek pisemnego uzasadniania niektórych czynności. – Wszystko miało być na już i na zaraz. A pracy było tyle, że musiałam kiedyś zostać po godzinach. Ja i jeszcze jeden kolega. Dostałam oficjalne pismo z reprymendą, że nie szanuję regulaminu i zapisów Kodeksu pracy – wspomina Z. Z czasem obowiązek sporządzania fotografii dnia rozszerzono również na inne działy. Pracownicy Inspekcji Pracy wreszcie sami zrozumieli, co to znaczy pracować w korporacji.

Dużo więcej czasu zajęło im zrozumienie mechanizmów, którym byli poddawani w pracy. – Po dwóch tygodniach bezsenności poszłam do lekarza po środki nasenne. W gabinecie dostałam ataku histerii i skierowanie do psychiatry poza kolejnością – opowiada pani Y. Od kilku miesięcy jest na terapii. – W trakcie leczenia zrozumiałam, że moje załamanie związane było z notorycznym naruszaniem mojej godności poprzez kwestionowanie kompetencji i obniżanie mojego poczucia wartości – mówi Y. Ale do sądu pracy z tym nie poszła. – W zasadzie trudno coś udowodnić. Wszystko załatwiano w białych rękawiczkach – mówi.

Księżna mazowiecka

Państwowa Inspekcja Pracy już wcześniej miała poważne problemy z mobbingiem. – Kiedy w marcu 2006 r. obejmowałam stanowisko głównego inspektora pracy, w sądzie było już kilka pozwów o mobbing przeciwko szefowej Okręgowej Inspekcji Pracy w Warszawie. Po analizie zdarzeń i rozmowach z pracownikami zdecydowałam się dokonać zmian na tym stanowisku – mówi Bożena Borys-Szopa, były główny inspektor pracy. Dla dobra instytucji mobbingowani pracownicy zdecydowali o wycofaniu pozwów o odszkodowania przeciwko „księżnej mazowieckiej”, jak nazywali swoją byłą szefową.

To była bardzo trudna sytuacja nie tylko wizerunkowa. Znałam tę panią osobiście i wysoko ją ceniłam jako specjalistę. Ale okazało się, że nie każdemu można powierzyć kierowanie zespołem ludzkim – dodaje Borys-Szopa.

Część mobbowanych wówczas pracowników do dziś pracuje w Inspekcji. Ci nie chcą wracać do złych wspomnień. Rozmowniejsi są ci emerytowani. – Inspekcja, choć podlegająca bezpośrednio pod marszałka Sejmu, bardzo szybko stała się jednym z politycznych łupów. Władza chętnie wstawiała swoich ludzi. A ci czuli się bezkarni – wspomina jeden z emerytów.

Przy kolejnych zmianach nie silono się nawet na zachowanie pozorów. – Z tego, co sobie przypominam, zostałam odwołana bez podania ani jednego zdania uzasadnienia – dodaje Bożena Borys-Szopa. Jeśli można uznać to za pocieszające, to jej następców odwoływano w ten sam sposób. Z czasem fotel szefa PIP stawał się coraz gorętszy. Tadeusz Zając na stanowisku utrzymał się zaledwie trzy lata. Został odwołany po postawieniu mu zarzutów prokuratorskich o przekroczenie uprawnień na wcześniej sprawowanym urzędzie. Na stanowisku głównego inspektora pracy zastąpiła go Anna Tomczyk. Po zaledwie roku marszałek złożył wniosek o jej odwołanie. Szefową została Iwona Hickiewicz, w której pracownicy pokładali duże nadzieje, bo z PIP związała całe swoje życie zawodowe.

Iwona Hickiewicz twierdzi, że Inspekcję przejmowała w bardzo trudnym momencie. – Od prawie siedmiu lat nie było u nas żadnych podwyżek. To wywołuje duże emocje i u niektórych może powodować frustrację – tłumaczy.

Sfrustrowana może być i sama główna inspektor pracy, bo kilka tygodni temu zapadł prawomocny wyrok o odszkodowanie w sprawie nierównego traktowania w PIP. Warszawski sąd pracy zasądził jednemu z byłych pracowników Inspekcji 50 tys. zł odszkodowania. PIP wynajęła nawet zewnętrzną kancelarię, żeby ratować się przed wizerunkowym blamażem, ale niewiele to pomogło. – Nie nazwałabym tego wyroku blamażem, tylko kłopotem. Nasze działania mieściły się w ramach wewnętrznego regulaminu płac – dodaje Iwona Hickiewicz. I ma pewnie świadomość, że za tym pozwem pójdą następne i one również mogą zakończyć się dla PIP niekorzystnie.

Wzorem innych instytucji z kłopotami w PIP powstają nowe związki zawodowe. – To normalne, że pracownicy się zrzeszają i walczą o swoje prawa – mówi Zbigniew Sagański, przewodniczący Komisji Zakładowej Solidarność ’80, działającej przy Okręgowym Inspektoracie Pracy w Warszawie. – Dziwi nas tylko, że kierownictwo ignoruje niektóre nasze związkowe kompetencje i odmawia nam prawa do reprezentacji. Po Inspekcji Pracy można by się spodziewać innych standardów.

Skrzynka zaufania

Kwestia podwyżek, a raczej ich braku, to rzeczywiście jeden z głównych tematów w PIP. Tym bardziej że kierownictwo okręgów ma w ręku bardzo mocne narzędzie nagradzania i karania pracowników poprzez wysokość przyznawanych nagród i premii. Jeśli ktoś zarabia 3 tys. zł, a nagroda wynosi ponad 2 tys., to jest o co walczyć. – Nasze kierownictwo nie zawahało się dzielić załogi tymi nagrodami – mówi pani Y. Kiedy ludzie zaczęli się skarżyć, atmosfera w Bydgoszczy zrobiła się naprawdę nieznośna.

Ktoś nie wytrzymał i napisał nawet pismo do marszałka Sejmu. Problemy Inspekcji wyciekły do lokalnej prasy. Sprawę dodatkowo nagłośniło Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP. Do Bydgoszczy pojechał szef departamentu Kontroli Wewnętrznej PIP z Warszawy. Rozdał pracownikom 102 ankiety, którymi Inspekcja standardowo bada zakłady pracy podejrzewane o występowanie w nich mobbingu.

W piątek 27 lutego pracownicy poznali wyniki ankiety. Skarżyli się w nich na agresję słowną, wywieranie presji, zastraszanie, a nawet manipulowanie. I to ostatnie nawet wyszło w ankietach, bo część załogi skarżyła się na ignorowanie i lekceważenie, a druga na inwigilację ze strony przełożonych. – Nie można powiedzieć, że w Bydgoszczy doszło do mobbingu, bo w myśl prawa pracy tylko sąd może stwierdzić takie zjawisko – mówi Jacek Okoń, szef departamentu Kontroli Wewnętrznej GIP. – Możemy za to stwierdzić, że obserwujemy tam kłopoty z komunikacją i relacjami interpersonalnymi. Nasi psycholodzy już nad tym pracują – dodaje dyrektor Okoń.

Pierwszym zaleceniem jest seria pogadanek i warsztatów na temat stresu i komunikacji. Szefowe okręgu z Bydgoszczy zdecydowały jeszcze o rozstawieniu w urzędzie „skrzynek zaufania”, do których każdy pracownik mógłby wrzucać swoje przemyślenia i uwagi. I nawet nie musiałby ich podpisywać. – Bardzo nam zależy na oczyszczeniu atmosfery i poprawie komunikacji. Musimy sobie przecież ufać – mówi Emila Pankowska.

W ramach oczyszczania atmosfery zamierza również wraz ze swoją przełożoną złożyć zawiadomienie do prokuratury o naruszeniu ich dóbr osobistych na forum lokalnych gazet. – Ludzie wypisywali tam takie straszne kłamstwa na nasz temat. Mamy nadzieję, że organy ścigania wytypują odpowiedzialne za to osoby – dodaje Pankowska.

Imiona i inicjały imion pracowników Okręgowej Inspekcji Pracy w Bydgoszczy zostały zmienione na ich prośbę.

Polityka 11.2015 (3000) z dnia 10.03.2015; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Mówią, że krzyczą"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

TikTok – nowa fabryka hitów

Najpierw przenieśli się tu odbiorcy, widząc w tym miejsce dla żywej muzyki. Za nimi ruszyli twórcy – ostatnio Abba. I wydawcy, wyczuwając nową fabrykę hitów. Miejsce MTV zajął TikTok.

Michał R. Wiśniewski
21.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną