Społeczeństwo

Stachanowcy ze strachu

Przepracowani Polacy

Połowa skontrolowanych przez PIP pracodawców nie ma żadnego udokumentowanego systemu czasu pracy. Połowa skontrolowanych przez PIP pracodawców nie ma żadnego udokumentowanego systemu czasu pracy. Cultura RF / Getty Images
Polak jest prawie najpracowitszy na świecie. Spędza w pracy 42,5 godziny tygodniowo. Pytanie: po co?
Praca, czy też bycie w pracy, nieomal doszczętnie wypełnia życie przede wszystkim połowy pracowników z wykształceniem zawodowym.Narodowe Archiwum Cyfrowe Praca, czy też bycie w pracy, nieomal doszczętnie wypełnia życie przede wszystkim połowy pracowników z wykształceniem zawodowym.

Artykuł w wersji audio

[Tekst ukazał się w tygodniku POLITYKA w kwietniu 2015 r.]

W 1928 r. jedna z najtęższych głów ekonomii John Maynard Keynes w eseju „Możliwości ekonomiczne naszych wnuków” prognozował, że ludzkość tak się wzbogaci, by dzień pracy w 2028 r. trwał trzy godziny. Wtórowali mu piewcy nowych technologii i automatyzacji. Rozmiary globalnej gospodarki powiększyły się siedmiokrotnie, ale z czasem pracy noblista przestrzelił dramatycznie. Wnuki, czyli nawet najzamożniejsi Europejczycy, zasuwają co najmniej 35 godzin tygodniowo. Polak – coraz dłużej. Z bilansów czasu GUS w 2003 i 2013 r. wynika, że poświęca on pracy o 12 proc. więcej niż 10 lat wcześniej. Firma Sedlak&Sedlak zapytała: Czy zostajesz po godzinach. Trzy czwarte odpowiedziało: Tak!

Kto nabija tę statystykę, która regularnie ustawia nasz kraj w europejskiej (II miejsce wg Eurostatu) i światowej czołówce (IV miejsce wg OECD)? Najwięcej pracują zarabiający poniżej 3 tys. zł i powyżej 7,5 tys. zł. Ponad 8 godzin dziennie pracuje po 40 proc. rolników i samozatrudnionych (Work Service). W sumie w każdej warstwie społecznej zdarza się harować ponad normę ustaloną prawem pracy. W każdej z trochę innych powodów. Skutki odczujemy wspólnie.

Klasa niższa, zmianowo-taśmowa

Praca, czy też bycie w pracy, nieomal doszczętnie wypełnia życie przede wszystkim połowy pracowników z wykształceniem zawodowym. To ci tkwiący w letargu ochroniarze na kolejnej, trzeciej zmianie, po 5 zł za godzinę. Najpierw dla firmy A, potem B, następnie C. Choć to tak naprawdę ta sama firma, tylko podzielona na spółki, żeby umknąć Państwowej Inspekcji Pracy. To zasypiający w drodze tirowcy i maszyniści, bo w tych zawodach normą jest nietrzymanie norm. To znieczulony, wypalony personel w szpitalach.

Z ubiegłorocznego sprawozdania Państwowej Inspekcji Pracy: połowa skontrolowanych pracodawców nie ma żadnego udokumentowanego systemu czasu pracy. Ponad 40 proc. nie prowadzi rzetelnej ewidencji w tym względzie. 23 proc. nie rekompensuje godzin nadliczbowych. Co czwarty ma w nosie takie kodeksowe wymysły, jak zapewnienie 11-godzinnego odpoczynku dobowego i 35-godzinnego wypoczynku tygodniowego, wynagrodzenia (lub dnia wolnego) za pracę w święto czy też wolnej niedzieli raz na cztery tygodnie.

Pracodawcy powiadają: ale ludzie tak chcą. Najchętniej pracowaliby dwa dni po 12 godzin, a potem dużo wolnego. Jak pani Ania z supermarketu. Bo wtedy może dorobić na sprzątaniu po prywatnych domach.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego ci, których niesłusznie przestaliśmy nazywać klasą robotniczą, tak zasuwają, jest brutalnie prosta: za mało zarabiają. Polska ma najwyższy w Europie wskaźnik tzw. biednych-pracujących (11 proc.), którym z oficjalnej płacy nie wystarcza na dach nad głową i jedzenie. Są bezbronni wobec aroganckiego argumentu, że na twoje miejsce w agencji pracy tymczasowej stoi w kolejce stu gotowych robić na każdą umowę i bez umowy. Ci ludzie chcą ciężko pracować, ale ze strachu. Z paraliżującego lęku przed utratą pracy. Więc Polska ma też najwyższy w Europie (28 proc.) wskaźnik zatrudnionych pozakodeksowo. To głównie ludzie z taśmy, z nocnych zmian, spośród półek w supermarketach. Zbierani po wioskach i miasteczkach do autokarów, dowożeni i odwożeni po 70 km w jedną stronę. Pozbawieni reprezentacji hałaśliwych politycznie, ale w sumie słabych, ograniczonych do kilku branż, związków zawodowych. To oni w specjalnych strefach ekonomicznych (stawka ok. 11 zł za godz.) wypracowują miejsce Polski w innym rankingu – atrakcyjności dla zagranicznych inwestorów; tu jesteśmy pierwsi w Europie Środkowo-Wschodniej (maj 2013 r., badania Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej).

Klasa średnia, pisząco-licząca

Co piąty mieszkaniec polskich metropolii przekracza kodeksowy 8-godzinny limit. Z jakiego powodu miastowi-biurowi siedzą w robocie po godzinach? W badaniach firmy Sedlak&Sedlak na tak postawione pytanie odpowiedź „dla zarobku” znalazła się na szarym końcu. Wyprzedzają ją: „bo jest za dużo pracy”, „bo taka moja rola”, „bo to taki biznes”, bo „pracodawca tego od mnie oczekuje” (prawie 30 proc. odpowiedzi). Co czwarty Polak biurowy (również wśród tych, którzy zostają po godzinach) przyznaje, że często pracę symuluje, marnuje czas głównie na cyberslacking (internetowe lenistwo), snucie się po portalach i www. sklepach oraz plotki i ustawiczne przerwy na kawę. Ale też na „niepotrzebne zajęcia administracyjne”.

Bullshit jobs (gówniane zajęcia) – autorem tego terminu jest David Graeber, anarchizujący antropolog amerykański. Autor, co prawda, odniósł go do konkretnych, jego zdaniem całkowicie bezużytecznych fachów (np. prawnik korporacyjny albo telemarketer), ale określenie to zrobiło karierę w internecie, skłaniając ludzi do opisu – przepraszam za dosłowność – gównianych czynności, które kradną im czas w setkach fachów.

Zebrania, narady, dupogodziny. Pisanie, liczenie, wskaźnikowanie, ewaluacja, parametryzacja. Treść życia zawodowego tysięcy polskich lekarzy, naukowców, nauczycieli, prawników. To sięga paranoi. Oto próba rekonstrukcji z portalu dyskusyjnego tego, co wypełnia wychowawczyni przedszkola: dziennik zajęć, plany miesięczne, zestawy zajęć ruchowych w sali, zestawy na powietrzu, dziennik pracy korygującej i wspomagającej rozwój dzieci, tabele rejestrujące, czego dzieci się nauczyły (wiersze, piosenki, wycieczki itd.), zeszyt rozmów z rodzicami, teczka diagnoz, teczka arkuszy ocen, dokumentacja współpracy z MOPS... Nauczyciele w szkołach, oprócz dzienników, ksiąg, ewidencji itd., obsesyjnie piszą „analizy realizacji ze wskazaniem efektów” swej własnej pracy, ponieważ są to dokumenty potrzebne przy awansie zawodowym.

„Napiszę tylko jedno – zwierza się na portalu naszego tygodnika lekarz – gdy zaczynałem pracę, przyjęcie do szpitala pacjenta zajmowało mi 15 minut, z czego 10 minut poświęcałem pacjentowi, 5 minut dokumentom. Obecnie trwa to 30 minut. Po wprowadzeniu różnych durnych certyfikatów, elektronicznej dokumentacji i innych niezbędnych podobno świstków do wypełnienia pewnie potrwa z godzinę. Czas poświęcany pacjentowi spadł do 5 minut, bo nikt nie rozlicza mnie ze skuteczności leczenia, kontaktu z chorym i empatii, tylko z poprawności wpisania numeru PESEL, dokładnego wypisania idiotycznej i nieczytanej przez nikogo »karty ryzyka zakażenia szpitalnego« i odnotowania, czy pacjent otrzymał opaskę na nadgarstek. (…) Nie kształciłem się na gryzipiórka, uczono mnie leczyć. Dziś na leczenie zwyczajnie nie mam już czasu”.

Piszą policjanci, prokuratorzy, sędziowie. Np. akta toczącej się od 2006 r. sprawy byłego ministra skarbu Emila Wąsacza liczą już 23 tys. stron!

Piszą i liczą obsesyjnie marketingowcy i piarowcy. Jak mówią, 20 proc. czasu zajmuje im praca koncepcyjna, 80 proc. sprawozdawczość. Zamówienia, umowy, faktury, formularze, raporty, raporty, raporty... Przeliczanie, kodowanie, bilansowanie. Coraz to nowe programy komputerowe żądają coraz to nowych danych. Analitycy zewnętrzni analizują analizy wewnętrzne. Korporacjonizm, ze swej natury skłonny do regulowania wszystkiego procedurami i wewnętrznymi przepisami, w Polsce oszalał na tym punkcie. Powiada się, że wystarczy, by polska firma liczyła 100 osób i to stworzy już tyle pracy, że mogłaby ona wyłącznie obsługiwać i kontrolować samą siebie.

A przecież w korporacjach, ministerstwach, urzędach, kuratoriach itd. pracują rozsądni, inteligentni, wykształceni ludzie. Wielu – w poczuciu przepracowania, wielu zabiera robotę do domu. Dlaczego sobie to wszystko wzajemnie robimy?

Dr Paweł P. Mlicki, psycholog i biznesmen z 20-letnim doświadczeniem w Holandii, nie zastanawia się nad odpowiedzią ani chwili: manifestuje się w tym polski legendarny, jeden z najniższych na świecie wskaźników uogólnionego zaufania społecznego. To jest nawóz, na którym odrasta hydra jakiejś wschodniej, gogolowsko-bizantyjskiej biurokracji. Obsesyjnej, choć iluzorycznej wszechkontroli, bo większości tych papierów nikt nigdy nie czyta. Zagraniczni partnerzy dr. Malika nie posiadają się ze zdumienia, próbując ogarnąć polską papierologię rozliczeń z klientami i fiskusem. Do tego Unia Europejska narzuca swoją dyscyplinę biurokratyczną i język. Polscy urzędnicy „twórczo” przekładają go na bełkot tysięcy rozporządzeń i nowelizacji rozporządzeń, na nowomowę pełną aplikacji, implementacji, ewaluacji.

Może więc to szaleństwo ma też przyczyny globalne, cywilizacyjne? Może paradoksalnie pracy przysparza nam to, co miało z niej uwolnić: integracja świata zachodniego, nowoczesna komunikacja, internetowy potop informacyjny? Dr Dorota Żołnierczyk-Zreda, psycholog z Centralnego Instytutu Ochrony Pracy (państwowy instytut badawczy), bez wahania przyznaje, że właśnie z tych powodów ona sama pracuje dziś znacznie dłużej niż przed kilkunastu laty. Po godzinach zatrzymuje ją lawinowy przyrost wiedzy (– Badacz musi być na bieżąco, a w mojej branży co sekundę na świecie ukazuje się nowy artykuł), współpraca międzynarodowa, przyswajanie coraz to nowych technologii analizy danych itd.

To buduje aurę, w jakiej pracuje dziś wielkomiejska klasa średnia: nadążyć za konkurencją, za postępem, za wiedzą. To także klimat indywidualnego wyścigu na czas: wygrać konkurs, zaliczyć test, zmieścić się w rankingu, nie odpaść. Więc się pracuje pogodzinowo, idąc do łóżka z laptopem czy tabletem, ze smartfonem przyspawanym do ucha. Podobnie jak klasa robotnicza – ze strachu. Dr Żołnierczyk-Zreda mówi, że sami sobie wykreowaliśmy konieczność pracy na 200 proc., chronicznego udowadniania, że jestem lepszy od kolegi. Przymus zarobienia na ten tydzień na Teneryfie, bo tzw. atrakcyjne życie uważamy za warunek akceptacji społecznej.

Krytycy współczesnego kapitalizmu w tym właśnie widzą jego szatańską naturę: bezustannie kreuje nowe potrzeby. (Tego Keynes nie wziął pod uwagę i stąd fiasko jego prognozy). Zdaniem Gaerdnera, nowe bullshit jobs nie służą niczemu innemu, jak właśnie nakręcaniu absurdalnych potrzeb konsumpcyjnych. I można by się z nim zgodzić, wziąwszy np. pod uwagę, że Amerykanki w ciągu roku kupują obecnie od 3 do 10 razy więcej sztuk odzieży niż 20 lat temu. Ale rzeczywistość polskiej „burżuazji kredytowej”, wielkomiejskich 40-letnich aspirantów do wyższej klasy średniej ze szklanych biurowców i apartamentowców, jest trochę inna. Ich już nie napędza (jeśli kiedykolwiek napędzała) ślepa żądza posiadania, lecz realny strach przed utratą dachu nad głową, zdobytego za 30-letni kredyt. Wezmą na siebie każde zajęcie. Za cenę upokorzenia. Będą gasić światło w biurze, nie upomną się o wolne niedziele i „35-godzinny odpoczynek tygodniowy”. Muszą mieć emocje ulokowane w pracy, a przynajmniej umieć to symulować.

Klasa wyższa, zarabiająco-zarobiona

Bo ich bossowie swoje emocje na pewno lokują w pracy i tego oczekują od podwładnych. Niedawno organizacje pracodawców ogłosiły wyniki przeprowadzonych na własne zlecenie badań pod dumnym tytułem „Kto tu jest prawdziwą klasą pracującą”. Wynikło z nich, podobnie jak z cytowanych już sondaży Work Service, że najbardziej urobieni są przedsiębiorcy, pracodawcy, menedżerowie.

Badacze amerykańscy dziesięciolecia temu udowadniali tezę, że współcześnie to nie luksusowy styl życia, ale nadmiar obowiązków i zmęczenie budują status społeczny. Wręcz nie wypada mieć wolnego czasu. Polski kapitalista w pierwszym pokoleniu jest zwykle fanatykiem pracy. Potwierdzają to wyniki badań prof. Małgorzaty Bombol z SGH, opisane w książce „Kształtująca się polska klasa wyższa”. Najbogatsi bardzo pielęgnują swój pracoholiczny autoportret. 81 proc. uważa, że wszystko, co w życiu osiągnęli, zawdzięczają wyłącznie swej ciężkiej pracy, 76 proc. – że praca nadaje życiu sens.

Byłaby to godna podziwu postawa, gdyby – jakże często – nie szedł z nią w parze anachroniczny styl zarządzania. Nieumiejętność strategicznego myślenia, delegowania odpowiedzialności. Despotia: jak mnie nie kochają, to niech się przynajmniej boją. Skoro ja walczę dzień i noc na śmierć i życie z konkurencją, niech i oni walczą o życie. Polski pracodawca – sam znękany nieufnością państwa (biurokracja, fiskus, kontrole itd.) – przenosi tę nieufność na pracownika.

Polsko-holenderska firma Dehora jest pionierem na naszym rynku w planowaniu czasu pracy, czyli komponowaniu nowoczesnych grafików w firmach pracujących 24 godziny przez 7 dni w tygodniu (przemysł, ale też np. szpitale). Kierujący nią – dr Paweł P. Mlicki i Łukasz Chodkowski, szef od software – mówią, że dotarcie do przeciętnego polskiego pracodawcy z argumentem, iż powinien dbać o dobrostan pracowników, jest nieomal skazane na porażkę. Trzeba mu to przeliczyć na pieniądze: że zarobi np. 100 tys. zł miesięcznie, jeśli da ludziom porządnie odetchnąć. Bo nie będzie słono płacił za nadgodziny, przestoje, zwolnienia lekarskie – te uzasadnione i nagminną lewiznę. – Nie jesteśmy moralistami – zapewnia dr Mlicki. – Udowadniamy, że właśnie w dobrostan ludzi trzeba dziś inwestować.

Ten egzotyczny wciąż w Polsce termin robi ogromną karierę na zmęczonym neoliberalizmem Zachodzie. Na zyski w biznesie przelicza się zdrowie, zadowolenie, lojalność pracownika, a nie tylko jego godziny za biurkiem czy przy taśmie. Niedawno Carlos Slim Helu, drugi po Billu Gatesie najbogatszy człowiek świata, wysunął postulat skrócenia tygodnia pracy do trzech dni po 11 godzin. Weekend od środy wieczór – m.in. po to, żebyśmy dali radę wszyscy dopracować do siedemdziesiątki, bo taka jest perspektywa wynikająca z demografii. Propozycja kontrowersyjna, ale masowy odzew na nią to dowód, że jest o czym dyskutować.

Społeczeństwo: pracowitość epizodyczna?

Polskie przepracowanie jest chorobą młodego kapitalizmu i społeczeństwa na dorobku: liczy się, ile masz. Z całą pewnością mnóstwo Polaków pracuje twórczo, z pasją, nie liczą czasu, bo osiągają w pracy ów błogostan, nazywany przez psychologów flow. Bez wątpienia ostro zasuwają małe, rodzinne biznesy usługowe czy rzemieślnicze, np. szwagier, siostra, teść plus Ukrainiec na czarno do noszenia pustaków. Jeszcze przez jakiś czas może to napędzać polski sukces. Ale narodowe zarobienie po pachy, przechodząc w stan chroniczny, zacznie działać przeciwrozwojowo. To tak jak z dzieckiem w hiperwyczynowym sporcie: najpierw rośnie, ale przeciążone zacznie karleć, łamać kości, koślawić się. Dr Mlicki przytacza badania, z których wynika, że ryzyko błędu i wypadku w pracy fizycznej to krzywa, która po 9 godzinach wściekle szybuje w górę. Im starszy pracownik, tym wścieklej. Człowiek przepracowany traci umiejętność regeneracji. Znakiem czasu jest tzw. pospieszny odpoczynek (tak, tak, to iluzja, że obecna majówka postawi cię na nogi). Przewlekły stres, pracoholizm, wypalenie, depresja... Świeże badania CIOP przyniosły alarmujący wynik: w Polsce ofiarami depresji w fazie klinicznej – jak relacjonuje dr Żołnierczyk-Zreda – padają w ogromnej liczbie pracujące ponad miarę młode kobiety, do trzydziestki, i zamężne, i singielki. One też są najczęściej ofiarami mobbingu.

Społeczne skutki tego zarobienia mogą być smutne. Z cytowanego bilansu GUS wynika, że po 10 latach więcej czasu poświęcamy pracy, rodzinie i sobie samym, natomiast coraz mniej udzielamy się towarzysko i korzystamy z rozrywek; mniej zostaje nam też na naukę, pracę w organizacjach społecznych i pomoc innym (spadek o 7 proc.). A już najmniej na „korzystanie ze środków masowego przekazu” – spadek o 14 proc. Nie ma skuteczniejszej recepty na pogłębienie społecznej nieufności, jak odwrócenie się obywateli tyłem do wspólnych problemów i dalsza izolacja w wąskich kręgach rodzinnych.

Również efekty gospodarcze pozornej pracomanii mogą być bolesne. Z rankingów „pracowitości narodów” wynika tylko jedno: miejsce tam zajmowane nie ma żadnego związku ani z PKB, ani z bezrobociem, ani z zarobkami. Bo kto nas wyprzedza? W Europie tylko Grecy – antywzór gospodarki. Na świecie? Np. Meksykanie – pracują 2034 godz. rocznie (my – 1893 godz.). Nawet Amerykanie luzują (1800 godz.), nie mówiąc o Holendrach (1381 godz.).

Ostatnie ćwierćwiecze wyzwoliło w Polakach niebywały potencjał energii, zaradności, pomysłowości, ambicji. Ale odpowiedzmy sobie szczerze, bez pychy: czy naprawdę jesteśmy jakoś genetycznie zaprogramowani na jeden z najpracowitszych narodów świata? Kto pracował w PRL, pamięta, jaką moc zarazy miały partactwo i bumelka, nie zawsze uzasadnione walką z systemem politycznym, raczej tym, że cały ustrój gospodarczy był wielkim bullshit job. Zupełnie niedawno świat zaczął zapominać o bolesnych dla nas stereotypach. O Polnische Wirtschaft (niem. polskie gospodarzenie) – frazeologizmie wymyślonym w Prusach, a objaśnianym jeszcze w latach 90. w niemieckich słownikach jako synonim niewyobrażalnego nieładu. O polish jokes (ang. polskie dowcipy), którymi zabawiały Amerykanów satyryczne programy w TV; coś w stylu: Co to jest taczka? Polska furgonetka.

Co do taczek, to obecne samopoczucie wielu z nas trafnie oddaje dowcip z czasów budowy Dworca Centralnego w Warszawie, który warto przypomnieć, choć chyba wszyscy go znają. Przyjeżdża ekipa TV, robotnicy uwijają się jak w ukropie, pędzą w tę i z powrotem, każdy z taczką. Tyle że wszystkie taczki puste. Dlaczego?! – pyta reporter i słyszy: Tak się, panie, zap…, że nie ma czasu załadować.

Polityka 18.2015 (3007) z dnia 27.04.2015; Społeczeństwo; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Stachanowcy ze strachu"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Wiedza nastolatków o seksie przypomina średniowieczną mapę świata

„Seks domaciczny” to nieprzypadkowe przejęzyczenie. Polskie nastolatki nie za bardzo wiedzą, jaki organ do czego służy.

Joanna Cieśla
11.08.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną