Społeczeństwo

Co można kupić w szkole

Szkolnictwo prywatne czy publiczne: gdzie jest lepiej?

To nieprawda, że wszystkie szkoły niepubliczne są kuźniami olimpijczyków, a szkoły publiczne to z zasady kombinaty o nędznym poziomie. To nieprawda, że wszystkie szkoły niepubliczne są kuźniami olimpijczyków, a szkoły publiczne to z zasady kombinaty o nędznym poziomie. Zlatan Durakovic / PantherMedia
Matury w liceach niepublicznych w ostatnich latach wypadają gorzej niż w publicznych. Za to badania PISA w gimnazjach – zdecydowanie na korzyść prywatnych. To które szkoły są lepsze – prywatne czy publiczne?
Większość nauczycieli przyznała, iż realizując program, skupia się na treściach i umiejętnościach niezbędnych uczniom podczas egzaminów zewnętrznych.Zack Seckler/Corbis Większość nauczycieli przyznała, iż realizując program, skupia się na treściach i umiejętnościach niezbędnych uczniom podczas egzaminów zewnętrznych.
Jak mówią doświadczeni pedagodzy, szkoła powinna być też szkołą życia.Cathy Yeulet/PantherMedia Jak mówią doświadczeni pedagodzy, szkoła powinna być też szkołą życia.

Po 26 latach od powstania niepublicznej edukacji jedna piąta wszystkich ogólniaków w Polsce to szkoły prywatne lub społeczne. Są małe, uczy się w nich 4 proc. – 23 tys. licealistów. Wśród gimnazjów niepubliczne jest co dziesiąte. I one kształcą 4 proc. uczniów. 3 proc. dzieci w wieku szkolnym chodzi do niepublicznych podstawówek, takich szkół jest 7 proc. – ponad 900. Część z nich to małe wiejskie szkoły bez czesnego. Przekształcenie ich w społeczne kilka lat temu stało się sposobem, by uniknąć zamknięcia przez szukające oszczędności samorządy.

Na naukę w większości szkół niepublicznych trzeba wyłożyć pieniądze, nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Mimo to do tych z najlepszą opinią ustawiają się kolejki potencjalnych uczniów i ich rodziców. Zgłaszają się z ponadrocznym wyprzedzeniem, by mieć szansę na udział w rekrutacji do pierwszej klasy podstawówki. Gdyby było taniej, chętnych zapewne jeszcze by przybyło. Z ubiegłorocznego badania Marty Piekarczyk, przeprowadzonego w Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW, wynika, że zdaniem 48 proc. Polaków szkoły niepubliczne są lepsze niż publiczne. Jak jest faktycznie? To zależy, czego się oczekuje od szkoły.

Żeby nauczyli

Można więc przyjąć nieco anachroniczne może założenie, że podstawowym zadaniem szkoły pozostaje wyposażenie uczniów w wiedzę. Chociaż ekspertów od dziecięcego rozwoju i nowoczesnej pedagogiki może to rozczarowywać – rankingi zdawalności egzaminów pozostają jednym z najważniejszych kryteriów branych pod uwagę przez rodziców przy porównaniu oferty szkół. Między innymi dlatego Najwyższa Izba Kontroli przez ostatnie lata zajmowała się porównywaniem efektów kształcenia w szkołach publicznych i niepublicznych wszystkich szczebli. Oto wnioski.

Sprawdzian szóstoklasisty zarówno w szkołach publicznych, jak i prywatnych czy społecznych wypadał bardzo dobrze, a w większości kontrolowanych szkół niepublicznych uczniom poszło wręcz doskonale. Na egzaminie gimnazjalnym w tych kontrolowanych gimnazjach lepiej radziły sobie dzieci ze szkół publicznych. Autorzy opracowania NIK zwracają jednak uwagę, że w skali kraju to uczniowie gimnazjów niepublicznych osiągali lepsze wyniki. Z opublikowanych właśnie badań PISA wynika, że gimnazjaliści ze szkół prywatnych zebrali średnio o ponad 10 proc. punktów więcej w matematyce, czytaniu ze zrozumieniem i przyrodzie. W większości krajów OECD różnica w punktacji nie przekracza 6 proc. Maturę w skontrolowanych przez NIK publicznych liceach ogólnokształcących zdali niemal wszyscy – 99 proc. absolwentów. W liceach niepublicznych ujawniły się duże różnice poziomów. W niektórych z ostatnim egzaminem poradziło sobie 96 proc. zdających, ale były i takie, gdzie przebrnął ledwie co trzeci (średnio 70 proc.).

Przepaść między najlepszymi i najsłabszymi szkołami społecznymi czy prywatnymi widać także na wykresach Edukacyjnej Wartości Dodanej – wskaźnika, który opisuje, ile wiedzy przybyło podopiecznym od początku nauki.

Większość nauczycieli (82 proc. w szkołach publicznych i 67 proc. w niepublicznych) przyznała, iż realizując program, skupia się na treściach i umiejętnościach niezbędnych uczniom podczas egzaminów zewnętrznych. Zaniepokojeni kontrolerzy NIK piszą wręcz o „pokusie łatwego zysku”, szkołach uczących do testu. Przyjęło się sądzić, że szkoły niepubliczne, jako mniejsze, mają większą możliwość, by dostosować metody nauczania do uczniów – i uciec z testomanii. W zbadanych przez NIK takich podstawówkach na jednego nauczyciela przypadało 19 uczniów, w gimnazjach – 10, a w szkołach ponadgimnazjalnych – 14. W publicznych szkołach podstawowych jeden nauczyciel ma 23 podopiecznych, w gimnazjach – 30, a w szkołach ponadgimnazjalnych – 32. A jednak tylko 40 proc. rodziców ze szkół niepublicznych uważa, że w szkole, do której chodzą ich dzieci, indywidualizuje się pracę (w szkołach publicznych 20 proc.).

– Z analiz światowych wynika, iż kluczowe znaczenie ma nauczyciel, a dokładniej – zespół – podsumowuje Jacek Strzemieczny z Centrum Edukacji Obywatelskiej (CEO). Dyrektorom polskich szkół – zwłaszcza publicznych – trudno samodzielnie budować zespół, gdy właściwie nie mają możliwości zwolnienia pracownika, który osiągnął stopień nauczyciela mianowanego. Z kolei dyrektorzy szkół niepublicznych pracujący wcześniej przez lata w takim systemie też nie zawsze mają nawyk myślenia o gronie pedagogicznym jak o zgranym teamie. To, na jakich pedagogów się trafi, jest więc w dużym stopniu loterią.

Ekspertka CEO Danuta Sterna podpowiada jednak, że można sprawdzić ten los: – Radzę rodzicom, którzy stoją przed wyborem szkoły podstawowej, zasięgnąć języka o nauczycielkach edukacji wczesnoszkolnej i zrobić wszystko, aby dziecko dostało się do pani, o której opinie są najlepsze. W klasach IIII to od wychowawczyni zależy najwięcej. Natomiast w klasach IVVI, w gimnazjach i liceach liczy się przede wszystkim dyrektor. Tak się składa, że w szkołach niepublicznych dostęp do dyrektora i do nauczycieli jest znacznie łatwiejszy.

Żeby wychowali

Rodzice ze ściśle skrystalizowanym światopoglądem lub wyraźnymi preferencjami dotyczącymi metod wychowawczych mają mniejsze problemy z decyzją. Szkoły katolickie, podobnie jak waldorfskie czy Montessori to niemal zawsze placówki prywatne czy społeczne. Wśród liceów niepublicznych katolicka jest aż jedna trzecia (na marginesie, wyniki matur wypadają tam na ogół ponadprzeciętnie).

Elżbieta Putkiewicz i Anna Wiłkomirska w swojej wydanej 10 lat temu książce „Szkoły publiczne i niepubliczne: porównanie środowisk edukacyjnych” zwracały uwagę, że niepubliczne znacznie częściej niż publiczne wymieniają w programach wychowawczych jako cele doskonalenie umiejętności współpracy, rozwój tolerancji, troskę o wspólne dobro, rozwój poczucia własnej wartości, rozwój moralny, kształtowanie postaw obywatelskich. Były też mniej zhierarchizowane, a bardziej uspołecznione – rodzice i uczniowie współtworzyli dokumenty szkolne. Władze przykładały dużą wagę do budowania własnych tradycji, celebrowania wewnątrzszkolnych uroczystości. Dawały też większe szanse na wychowanie uczniów w zgodzie z wartościami rodziców.

Jak oceniały autorki, problemy wychowawcze, na czele z brakiem motywacji do uczenia się, częściej pojawiały się w szkołach publicznych. Jedynie agresja słowna wobec nauczycieli ujawniała się przede wszystkim w społecznych i prywatnych. Przez dekadę różnica między oboma typami szkół zmalała, ale nie znikła. W badaniu NIK 85 proc. rodziców uczniów ze szkół niepublicznych oceniło, że nauczyciele dbają o przestrzeganie zasad dobrego wychowania wśród uczniów i ich bezpieczeństwo. W szkołach publicznych uważa tak trochę ponad połowa ojców i matek uczniów. Przy mniejszej liczbie uczniów współpraca rodzice–nauczyciele jest prostsza w sposób oczywisty, nawet w sensie czysto logistycznym.

Z pewnością istnieją szkoły niepubliczne, w których strach przed znikającym rodzicielskim portfelem prowadzi do patologii – a uczniowie zatrudniają i zwalniają nauczycieli w sposób zbyt dosłowny (wspomniana agresja słowna wobec nauczycieli zdaje się potwierdzać stereotyp bananowego dziecka, którego rodzice płacą za naukę). Z drugiej strony całkiem uczciwa chęć stworzenia przyjaznego uczniom środowiska może tworzyć „efekt szklarniowy” i odbierać okazje do otrzaskania się z porażkami, co jest jedną z najpotrzebniejszych dzisiaj umiejętności.

Jak mówią doświadczeni pedagodzy, szkoła powinna być też szkołą życia. Zdaniem Jacka Strzemiecznego nad szkołą niepubliczną warto się zastanowić, gdy syn czy córka wymaga szczególnej uważności – ma jakiś rodzaj deficytów, trudności albo po prostu wyjątkową wrażliwość. On sam przyznaje, że wolał, by jego dzieci uczyły się w szkołach niepublicznych w nadziei, że te mniej je poranią. Dzieci wolały jednak iść do publicznych. Po latach nie żałują.

Żeby miało fajnych kolegów

W cytowanych badaniach postrzegania szkół pod dwoma względami Polacy ocenili te publiczne jako lepsze. 70 proc. stwierdziło, że dzieci przebywają tam w bardziej zróżnicowanym towarzystwie. 43 proc. uznało, że pozwalają one młodzieży poznać bardziej wartościowych rówieśników.

Choć zapewne można znaleźć szkoły społeczne i prywatne, w których mityczne bananowe dzieci nadają ton, główny nurt jest jednak inny. Za naukę potomstwa płacą w większości ludzie, dla których edukacja jest ważną wartością. W ich domach nie brakuje książek, chodzi się do teatru, kina czy na koncerty. Uczniowie są więc również bardziej zmotywowani do nauki i lepiej do niej przygotowani. Poddani wnikliwej selekcji. (Sekretarka w społecznej podstawówce z sukcesami na wejściu zapowiada: – Zachęcamy rodziców chętnych, by posłać dzieci do naszej szkoły, do odraczania obowiązku szkolnego. 6-latkowi trudno przejść przez sito naszego naboru). A przebywając w swoim towarzystwie nawzajem motywują się jeszcze mocniej.

Ze swadą wyjaśnia to jeden z najwybitniejszych polskich psychologów prof. Bogdan Wojciszke: „Psychiczne właściwości człowieka są łącznym efektem genów i środowiska, ale tym środowiskiem nie jest środowisko rodzinne. Prawdopodobnie są nim grupy rówieśnicze. Rodzic pragnący kształtować ambicje swojego dziecka powinien zastanawiać się nie tyle nad swoim stylem wychowawczym, ile znaleźć dla dziecka dobre podwórko i szkołę chlubiącą się olimpijczykami podziwianymi także przez rówieśników, a nie wielotysięczny kombinat, gdzie dzieci pragnące się uczyć są wyśmiewane przez rówieśników jako kujony”.

Podkreślmy jednak – to nieprawda, że wszystkie szkoły niepubliczne są kuźniami olimpijczyków, a szkoły publiczne to z zasady kombinaty o nędznym poziomie. Z psychologicznego poletka dobiega i ten mocny głos, że ze względu na rozwój społeczny dziecka najlepszą szkołą jest ta blisko domu, pozwalająca we własnej dzielnicy znaleźć kolegów, z którymi można wracać po lekcjach, a w weekendy wspólnie grać w piłkę. A najlepszy poligon doświadczalny dla relacji z innymi ludźmi to zwyczajna szkolna świetlica – niewypełniona zanadto atrakcyjnym programem. Ot, przechowalnia, w której dziecko czasem się trochę ponudzi, czasem pobawi – po prostu trenuje życie wśród innych ludzi w swoim wieku.

Żeby się rozwijało

Wielu rodziców ląduje pod drzwiami szkół społecznych i prywatnych właśnie dlatego, że jednak wolą, by ich potomstwo miało sztywniej wypełniony czas. Co nie znaczy, że szkoły publiczne muszą tworzyć dużo gorsze warunki do pozalekcyjnego rozwoju. Każdy nauczyciel w ramach etatu musi poświęcić dwie godziny tygodniowo na pracę pozalekcyjną z uczniami. Może te godziny pozbierać i wywieźć klasę na wycieczkę, może prowadzić zajęcia wyrównawcze, rozwijające najzdolniejszych czy poszerzające podstawę programową. Już z tego da się zbudować całkiem niezły program zajęć dodatkowych.

Dodatkowe pieniądze na warsztaty czy ćwiczenia (i przy okazji nadplanowe wynagrodzenia dla nauczycieli) oferują najróżniejsze fundusze unijne czy ministerialne – fakt, zwykle trzeba stanąć do konkursu, by je zdobyć. Nie jest też prawdą, że za żadne zajęcia w szkole publicznej rodzice nie mogą płacić, bo takie jest stanowisko Ministerstwa Edukacji. Mogą – jeśli organizuje je firma komercyjna, której szkoła wynajmuje pomieszczenia. Oferta pozalekcyjna to zatem kolejny obszar, który w niejednej szkole publicznej wygląda całkiem ciekawie. Jeśli tylko wystarcza motywacji i rzutkości dyrektorowi i nauczycielom.

Elżbieta Putkiewicz i Anna Wiłkomirska 10 lat temu zwracały uwagę, że szkoły publiczne górują nad niepublicznymi infrastrukturą – były w nich porządniejsze sale gimnastyczne, większe boiska. Z kolei w tych drugich młodzież nieporównanie częściej korzystała z komputerów i innych nowych technologii. W niedawnym badaniu NIK prawie wszyscy nauczyciele obu typów szkół stwierdzili, że wyposażenie w pomoce dydaktyczne jest u nich wystarczające dla realizacji podstawy programowej. Ale zaledwie 14 proc. pedagogów ze szkół publicznych uznało te pomoce za nowoczesne, podczas gdy w szkołach niepublicznych oceniło je tak aż 92 proc. nauczycieli. Co jednak najciekawsze, jedna trzecia uczniów w obu typach szkół narzekała, że z pomocy multimedialnych na lekcjach korzystają rzadko.

Żeby nie skrzywdzili

Gdy Instytut Badań Edukacyjnych zapytał rodziców czwartoklasistów, co jest dla nich najważniejsze w szkole, uzyskał jednoznaczną odpowiedź: prawie 80 proc. obchodzi przede wszystkim bezpieczeństwo dzieci. Wandalizm i agresja między uczniami znacznie częściej rodzą się w szkołach publicznych. Do tego właśnie w nich wyraźniej ujawnia się skłonność, by problemów nie dostrzegać lub wręcz im zaprzeczać. Znacznie rzadziej zatrudniani są psychologowie. Jednocześnie znacznie częściej wybuchają afery – zakładanie nauczycielowi kosza na głowę, zaklejanie uczniom ust taśmą klejącą.

Ale doświadczeniem dla dzieci i młodzieży szczególnie niszczącym jest właśnie agresja rówieśnicza – uważa Danuta Sterna z CEO. – Wobec krzywdzącego nauczyciela uczniowie mogą się zjednoczyć. A być ofiarą kolegów oznacza przeżywać rozdzierającą samotność. Dlatego ekspertka CEO radzi wybierać te szkoły, gdzie uczeń i rodzice mają możliwość rozmowy – mogą liczyć na łatwy kontakt i otwartość nauczycieli, wychowawcy, dyrektora. Jeśli nie sposób znaleźć szkoły publicznej, która to gwarantuje, zdecydowanie lepiej iść do niepublicznej. Jeśli jednak taki wybór wiąże się z ryzykiem, że rodzinny budżet przestanie się dopinać, a dziecko ze szkoły trzeba będzie zabrać, to nie ryzykować. Lepiej dalej szukać wśród publicznych, bo zabieranie dziecka czy nastolatka z grupy, z którą zdążył się związać, to zawsze silny stres.

A wracając do pytania postawionego na wstępie. Warto inwestować w nauczanie niepubliczne, jak i zaufać publicznemu. W obu przypadkach z zastrzeżeniem: czego szukamy i dla jakiego dziecka? I tu – jeszcze przed uczniami – ważny test do zdania mają rodzice.

Polityka 19.2015 (3008) z dnia 05.05.2015; Społeczeństwo; s. 25
Oryginalny tytuł tekstu: "Co można kupić w szkole"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wszechobecny Krzysztof Stanowski. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Wyrósł najwyraźniej na pierwszego dziennikarza w Polsce, którego koniecznie trzeba przekonać do swoich racji. Bo można się ze Stanowskim nie zgadzać, ale „trzeba go szanować”.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
13.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną