Warszawa według Stanisława Likiernika, żołnierza Kedywu

Mnóstwo szczęścia
Stanisław Likiernik, żołnierz Kedywu AK, i jego Warszawa – klisza podwójnie naświetlana.
Stanisław Likiernik przy wejściu do Ogrodu Saskiego.
Piotr Małecki/Polityka

Stanisław Likiernik przy wejściu do Ogrodu Saskiego.

Przed starą siedzibą Banku Polskiego przy Bielańskiej.
Piotr Małecki/Polityka

Przed starą siedzibą Banku Polskiego przy Bielańskiej.

Przed domem przy Mickiewicza, gdzie spędził dzieciństwo i młodość.
Piotr Małecki/Polityka

Przed domem przy Mickiewicza, gdzie spędził dzieciństwo i młodość.

Przy Krasińskiego, gdzie szkoła muzyczna.
Piotr Małecki/Polityka

Przy Krasińskiego, gdzie szkoła muzyczna.

Tereny kolejowe przy Dworcu Zachodnim.
Piotr Małecki/Polityka

Tereny kolejowe przy Dworcu Zachodnim.

Na dziedzińcu kościoła św. Antoniego przy Senatorskiej.
Piotr Małecki/Polityka

Na dziedzińcu kościoła św. Antoniego przy Senatorskiej.

Poniższy tekst ukazał się w POLITYCE w maju 2015 r.

Hotel. Patrząc z okna pokoju hotelowego na trzecim piętrze – na lewo kościół Bonifratrów i szpital psychiatryczny pod wezwaniem Jana Bożego, w oddali na prawo niemieckie magazyny przy Stawkach, puste połacie getta, garbarnia Pfeifferów przy Okopowej. Okno zamknięte, pokój klimatyzowany, słychać szum ulicznego korka, ludzie wracają z pracy. Młode rozszczebiotane dziewczyny w krótkich spodenkach usiadły na murku pod piekarnią naprzeciwko, jedzą ciastka.

Pacjenci od Jana Bożego łażą po linii frontu w białych kitlach, co rusz wchodzą pod kule i Niemcom, i naszym. Wyją bomby, wszystko dookoła płonie, w powietrzu unosi się pył z rozwalanych domów. W pyle porusza się jaśniejszy kształt, Stach już trzyma palec na cynglu, wyłania się wariat w długiej koszuli z pustym słoikiem w rękach, pyta, czy Stach kupi od niego ogórki albo miód. Tak, intendentura chętnie kupi, pan zejdzie z linii strzału. Ale jaka intendentura? To już koniec walk na Starówce, jest rozkaz biec do Banku Polskiego przy Bielańskiej. Major Jan rusza ukryty za murem w kierunku placu Bankowego, skręca w lewo, gdzie mają stać nasi z kompanii Wigry. Ale stoją tam Niemcy, major Jan pada zabity.

Stanisław Likiernik sam wybrał ten hotel, zawsze się tu zatrzymuje, kiedy przyjeżdża do Warszawy z Marly Le Roi pod Paryżem.

Mickiewicza. Staszek Likiernik mieszka z rodzicami w domu przy Mickiewicza, naprzeciwko Parku Żeromskiego. Przenoszą się tu z willi w Konstancinie ze względu na szkołę Staszka – gimnazjum Czackiego blisko Starówki, koło budynku Hipoteki. Ojciec jest rotmistrzem kawalerii, pracuje w II Oddziale Sztabu Generalnego, czyli w wywiadzie, przed wojną pisze raporty o hitlerowskim uzbrojeniu. W tym samym domu na Żoliborzu mieszkają też inne oficerskie rodziny.

Kiedyś Staszek wraca ze szkoły i widzi dwóch facetów przechylonych przez barierkę balkonu przy Mickiewicza. To robotnicy remontujący dach domu, wgapieni w balkon niżej, na którym opala się nago pani pułkownikowa, sąsiadka. Pani leży na brzuchu, widać tylną część jej ciała, robotnicy dosłownie zwisają nad jej głową.

Obok, naprzeciwko bocznej bramy parku, gdzie dziś mieści się kawiarnia i księgarnia dla dzieci Kalimba, była cukierenka zwana Słodką dziurką – domowe wypieki. We wrześniu 1943 r. właścicielka widzi Staszka Likiernika, jak uciekając przed Niemcami, przeskakuje z balkonu na balkon, potem biegnie po dachu domu, w którym mieszka. Wówczas w Warszawie dywersja AK wypisuje na murach słowo „Oktober” – Niemców wpędza to w psychozę, naprawdę myślą, że w październiku będą akcje zbrojne, dopiero przed czterema miesiącami stłumili powstanie w getcie, po mieście jeżdżą ciężarówki pełne niemieckich żołnierzy. Właśnie gdy taki zbrojny patrol zjawia się na Mickiewicza, pewien idiota – kolega (Staszek wie, który) – nie wiadomo po jaką cholerę gwiżdże na palcach. Ciężarówka zatrzymuje się, Niemcy wpadają na klatkę schodową, Staszek po balkonach na dach.

Tej rozety namalowanej na murze parteru obok drzwi na klatkę schodową wtedy nie ma. Ah bon – mówi Stanisław Likiernik, oto salon spa i higieny osobistej dla kobiet, ah bon.

W dawnym mieszkaniu Likierników jest skrytka zrobiona w klepkach podłogi, deska i zawiasik. Nie wiadomo, czy ciągle jest, bo za którymś z pobytów w Warszawie Stach dzwoni domofonem do siebie, przedstawia się, ale nowi go nie wpuszczają. Tutaj na chodniku, naprzeciwko witryny spa i higieny, przez którą teraz ciekawie patrzą panie kosmetyczki, wtedy leży stos książek. Niemcy wyrzucają ludziom książki z mieszkań i podpalają. Po wszystkim ktoś mówi, że kilka książek ocalało, wśród nich podpisana przez Stacha. Podnosi z chodnika „Bajki i przypowieści” Krasickiego wydane w 1869 r. – podpisujący książkę dziadek, również Stanisław, był wtedy 20-latkiem.

Krasińskiego. W szkole muzycznej u zbiegu Krasińskiego i Wybrzeża Gdyńskiego akurat skończyły się lekcje, milkną dźwięki instrumentów i głosy, uczniowie wracają do domów, gadają przez komórki. Mijają starszego pana, który stoi oparty o laskę, patrząc w kierunku Wisły, bo to jest dokładnie tutaj, w tym miejscu – pan stuka laską o chodnik.

Kedyw ma coraz mniej swoich lokali na mieście, dlatego Stach z kolegami muszą robić zwiad i likwidacje hurtem. Ponadto wiosna przed powstaniem jest ciepła, długie płaszcze chłopaków, pod którymi ukrywają broń, rzucają się w oczy. Tego dnia nic im się nie udaje – jadą za Warszawę obejrzeć tory kolejowe pod kątem wysadzenia w powietrze pociągu z deportowanymi do Rzeszy; siedzą w aucie niedaleko Pawiaka i czekają na ciężarówki gestapo, które obrzuciliby granatami i dokończyli bronią palną, ale żadna się nie pojawia; wracają zabić bydlaka z Arbeitsamtu, na którego jest kara śmierci, ale tego cholernego dnia bydlak wychodzi wcześniej z pracy. Ah bon, jadą zniechęceni na Żoliborz i właśnie tu, gdzie dziś szkoła muzyczna, stoi auto gestapo. Janek rzuca: Robimy ich? Głosują – trzy głosy tak, jeden nie, ten przeciwny, Stefan, zjawia się tuż przed akcją i chyba coś czuje, bo rzeczywiście za kilka minut już nie żyje. Rzucają z samochodu filipinkę, ale to za mało – Niemcy rozbiegają się w tym kierunku, gdzie teraz idą dzieci z muzycznej. Antek pruje na Wisłostradę, spokojnie każe Stachowi przesiąść się na lewą stronę auta, zawraca pod drzewem – bo między jezdniami pod Cytadelą rośnie drzewo – wracają, Stach pruje w Niemców całą serię z thompsona, aż do szczęku blachy. Antek zza kierownicy wali z visa, Niemiec też strzela i trafia Antka w magazynek, vis rozwala mu się w dłoni. Ale Antek to dobry kierowca, ich podziurawiony samochód gazuje w kierunku placu Wilsona i gubi się w małej uliczce na tyłach tej przeszklonej stacji metra. Wyskakują.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj