Społeczeństwo

Czyje te nasze kamienice?

Ustawa reprywatyzacyjna ma uderzyć w oszustów

Co będzie z mieszkańcami odzyskiwanych kamienic? Z nimi już gorzej. Co będzie z mieszkańcami odzyskiwanych kamienic? Z nimi już gorzej. Paweł Brzeziński / PAP
Do ostatniej chwili ważyły się losy tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej. Na wniosek prezydenta wybranym przepisom przyjrzy się Trybunał Konstytucyjny.
Kamienice w Poznaniu.Ysbail/Wikipedia Kamienice w Poznaniu.

Prezydenckiego podpisu spodziewano się od ubiegłego piątku, jeszcze w weekend Bronisław Komorowski spotkał się z Hanną Gronkiewicz-Waltz. Prezydent, który jutro ustąpi ze stanowiska, rozmawiał też z działaczami Dekretowca, przekonującymi, że ustawa jest niekonstytucyjna.

Najwięcej wątpliwości budzi przepis dotyczący mienia publicznego (szkoły i przedszkola, parki, służba zdrowia, siedziby instytucji rządowych i samorządowych), ich zwrot nie wiązałby się bowiem ze zwrotem odszkodowań, nie przewidywał również żadnej innej formy rekompensaty. Rozwiązania te kwestionowali przede wszystkim Dekretowcy, wątpliwości zgłaszali również rządowi prawnicy.

Ustawa „wprowadza nowe przesłanki rozpatrywania wniosków byłych właścicieli. Są one dla nich niekorzystne, bo rozszerzają podstawy prawne umożliwiające odmowę realizacji ich praw. Dodatkowo ustawa pozwala zakończyć prowadzone postępowanie, gdy nie można odnaleźć byłego właściciela” – czytamy w komunikacie na stronie Bronisława Komorowskiego, wyjaśniającym wątpliwości prezydenckiej kancelarii odnośnie do zapisów małej ustawy reprywatyzacyjnej.

I dalej: „Może to nastąpić, gdy w ciągu sześciu miesięcy nikt się nie zgłosi lub pomimo zgłoszenia nie udowodni swoich praw w ciągu kolejnych trzech miesięcy. Obie regulacje pogarszają sytuację byłych właścicieli. Mimo że ich skutkiem może być pozbawienie byłych właścicieli ich roszczeń, ustawa nie przewiduje w zamian rekompensaty”.

Jakie są założenia małej ustawy reprywatyzacyjnej?

Ustawę, dotyczącą zwracania nieruchomości przedwojennym właścicielom, przegłosowano w Sejmie w czerwcu: szybko i bez rozgłosu. To jak gaszenie pożarów konewką.

Najpopularniejszą dotychczas drogą wyłudzania kamienic była metoda „na kuratora”. Zarządza on mieniem zaginionego właściciela do czasu jego odnalezienia się i w jego imieniu podejmuje decyzje finansowe. A więc może też prowadzić sprawy o zwrot nieruchomości, zajmować się ich sprzedażą itd. Od co najmniej kilku lat w wyłudzaniu nieruchomości stosowano ten patent na masową skalę. Wystarczyło znaleźć kamienicę, o którą nikt od lat się nie upomina, po czym zgłosić się do sądu rodzinnego i oświadczyć, że chce się zostać kuratorem widniejącego w księdze wieczystej właściciela jako osoby „nieznanej z miejsca zamieszkania”. Wszystko to na podstawie Kodeksu opiekuńczo-rodzinnego, z wykorzystaniem kruczka prawnego, jakim jest brak jasnego stwierdzenia w przepisach, że kuratora przyznaje się tylko dla osoby, co do której są przesłanki, że żyje, ale nie wiadomo gdzie. Mała ustawa ma temu zapobiec – przynajmniej częściowo. Jednoznacznie zapisano w niej, że sąd nie może mianować kuratora, jeśli istnieją przesłanki, że osoba zaginiona nie żyje. Te kwestie reguluje już zresztą Kodeks cywilny: zaginioną osobę w wieku poniżej 70 lat uznaje się za zmarłą po 10 latach od ostatniego śladu życia, a powyżej 70 lat – wystarcza upływ 5 lat. Ma to ukrócić przejęcia nieruchomości.

Tyle że dotychczas sądy okazały się niezwykle mało wnikliwe. – Mamy sprawę, w której sąd ustanowił kuratora dla osoby, która powinna mieć 156 lat, jak wynika z daty urodzenia – denerwuje się Jarosław Jóźwiak, wiceprezydent Warszawy, któremu podlegają sprawy zwrotów nieruchomości.

Zdarzali się kuratorzy powoływani dla 120-, 130-latków, o których ostatnia informacja pochodziła z czasów wojny. W rolę kuratorów właścicieli kamienic w Polsce wstępowały, reprezentowane przez prawników, tajemnicze osoby z odległych miejsc jak Cypr czy Karaiby. Kurator z Karaibów występował zresztą np. w głośnej sprawie o budynek gimnazjum przy ul. Twardej w Warszawie i ponadhektarową działkę w centrum Warszawy. Zgłosił się niejaki S. Bartlett z państwa St. Kitts i Nevis, karaibskiego raju podatkowego – a pełnomocnictwo do podejmowania działań w jego imieniu miał prawnik, który jednocześnie reprezentował biznesmena Macieja M. zajmującego się skupowaniem kamienic.

Prawnik tłumaczył potem, że na Karaibach nie był, pana Bartletta na oczy nie widział, a pełnomocnictwo dostał z Nevis pocztą. Urząd jednak już oddawał działkę biznesmenowi, negocjowano jeszcze tylko drobne warunki, gdy niespodziewanie zjawił się adwokat spadkobierczyni przedwojennych właścicieli, pisząc, że jego klientka jest mocno zdziwiona, ma prawa do części nieruchomości, a została pominięta i prosi, by reprywatyzację wznowić. – Pojawiły się nowe fakty, aktu notarialnego nie będzie – ogłosił wtedy wiceprezydent Jóźwiak. Sprawę procesu reprywatyzacji działki przy Twardej wzięło pod lupę CBA.

Powódź fałszerstw

W tej powodzi fałszerstw prokuraturze udało się niektóre ocalić. Wyrwano z rąk oszustów zabytkową willę w Aninie na ogromnej działce.

Oszuści spreparowali nie tylko testament, ale też całą historię rodzinną, by na końcu wystąpić jako legalni i pełnoprawni spadkobiercy ostatniego przedwojennego właściciela. Prokurator napisał potem w akcie oskarżenia, że stworzono od nowa tożsamość właściciela, z fikcyjną datą urodzin, śmierci i koligacji rodzinnych. I prawie by się udało, bo sądy klepały dokumenty jak leci i na ich podstawie przyznawały oszustom prawo do spadku. Południowopraska Prokuratura Rejonowa włączyła się w sprawę w ostatniej chwili.

Prokurator ma prawo występować także w sprawie cywilnej i administracyjnej jako strona, jeżeli uzna, że wymaga tego „ochrona praworządności”. Stało się tak, gdy kobieta mieszkająca w willi zdobyła i położyła na prokuratorskim biurku prawdziwą historię właściciela. – Prokuratura uznała jej racje i w obronie interesu publicznego włączyła się do postępowania – mówi Dariusz Winiarek, naczelnik wydziału sądowego Prokuratury Okręgowej dla Warszawy Pragi, gdzie prowadzone jest na tych zasadach kilka podobnych spraw. Przed sądem prokuratura doprowadziła w sprawie willi do unieważnienia sfabrykowanego aktu urodzenia dawnego właściciela, co zapoczątkowało procedurę odkręcania i innych decyzji sądów – w tym też prawa nabycia spadku przez oszustów. Teraz czeka ich proces karny.

Na tej samej zasadzie prokuratura praska włączyła się do postępowania dotyczącego przejęcia 32 ha terenów ogródków działkowych ciągnących się wzdłuż warszawskiej alei Waszyngtona i złożyła pozew o unieważnienie sprzedaży roszczeń. Zaczęło się w 1999 r. Z kilkoma akcjami spółki Nowe Dzielnice do sądu gospodarczego przyszli wówczas prawnicy i złożyli wniosek o ustanowienie kuratora dla spółki. Przed wojną miała budować w Warszawie linie tramwajowe. Kupiła w tym celu 100 ha ziemi w Warszawie, w tym owe 32 ha dzisiejszych ogródków.

Kurator spółki zwołał walne posiedzenie udziałowców, na którym wybrano nowy zarząd, a także podjęto uchwałę o sprzedaży roszczeń spółce powiązanej osobowo z nowym zarządem. Dalszym krokiem był wniosek w listopadzie 2010 r. o wpis spółki do rejestru handlowego, który pozwala firmie na prowadzenie normalnej działalności. Od razu wystąpiła do urzędu miasta o zwrot 32 ha ogródków, a urząd rozpoczął procedurę. To sąd rejestrowy zasygnalizował prokuraturze reaktywację Nowych Dzielnic. Od 17 lipca 2010 r. ma taki obowiązek przy każdym zgłoszeniu o reaktywowaniu przedwojennych spółek. Prokuratura praska wzięła pod lupę akcje.

Okazało się, że tuż po wojnie spółka otrzymała już odszkodowanie od rządu polskiego za majątek pozostawiony w Polsce. I że wszystkie jej akcje wróciły do Ministerstwa Finansów. Dokładna kwerenda w ministerstwie wykryła, że wielu brakuje i nie wiadomo, co się z nimi stało. Prokuratura – znów w ostatniej chwili – wystąpiła do miasta o wstrzymanie zwrotu.

Ale nie zawsze się udawało. Jak na przykład w sprawie z oddaniem na podstawie sfałszowanego testamentu dwóch dużych kamienic z lokatorami przy ul. Tykocińskiej na warszawskim Targówku. Od przedwojnia należały one (podobnie jak nieruchomości przy Wspólnej i Hożej) do Florentyny Krzeszowskiej, która do śmierci w latach 80. mieszkała przy Tykocińskiej. W 1996 r. zgłosił się jej kuzyn Mirosław K. z testamentem, w którym widniał jako jej spadkobierca. Na tej podstawie w 2003 r. burmistrz Targówka przekazał mu obie kamienice.

Spotkanie z nowym właścicielem w sprawie podniesienia czynszu odbyło się na klatce schodowej. Mieszkańcy wspominali, jak żona Mirosława wykrzykiwała, że powinni ją zaprosić do któregoś z mieszkań, bo tu wszystko jest jej. Ta kamienica i następne przy Tykocińskiej, Hożej i Wspólnej. Wszystko w spadku po cioci. Zaraz potem sąsiadka pani Florentyny przypomniała sobie, że starsza pani zapowiadała, że wszystkie nieruchomości ofiaruje Kościołowi. Lokatorzy wzięli się do śledztwa. Odnaleźli bratanicę, dziś lekarkę, która przez wiele lat mieszkała z panią Florentyną. Była zaskoczona. – Przecież to ja mam w domu testament cioci – odparła na wiadomość o nowych właścicielach. Według niego starsza pani wszystko zapisała instytucjom kościelnym, w tym KUL.

Mieszkańcy zawiadomili prokuraturę. Biegli stwierdzili, że testament prawdopodobnie został sporządzony poprzez zeskanowanie poszczególnych liter, które wyszły spod ręki Florentyny. Ułożono z nich w komputerze tekst, a następnie po jego wydrukowaniu przekopiowano na kartkę przez szybę. Błędem fałszerza było, że za pierwowzór pisma wzięto jakiś bardzo wczesny dokument – nie biorąc pod uwagę zmieniającego się z wiekiem charakteru pisma. Finalnie prokuratura oskarżyła Mirosława K., a w 2006 r. sąd skazał go za posługiwanie się sfałszowanym dokumentem na trzy lata więzienia, finalnie obniżone do dwóch w zawieszeniu na pięć lat.

Co na to Trybunał?

Wyrok w niczym nie zmienił sytuacji mieszkańców. Rok po przejęciu Mirosław K. sprzedał kamienicę córce, a ta po kilku latach firmie deweloperskiej. – Mimo wyroku stwierdzającego, że kamienice przejęto na podstawie sfałszowanego testamentu, nie udało się odwrócić skutków prawnych tego działania – przyznaje Gertruda Jakubczyk-Furman, naczelnik wydziału spraw dekretowych Biura Gospodarki Nieruchomościami Urzędu Warszawy, i tłumaczy, że ktoś legalnie to kupił, nabywał w dobrej wierze i nie można mu tego odebrać. Inaczej widzą sprawę mieszkańcy, którym firma od razu podniosła czynsz, a wielu dostało wypowiedzenia umów najmu.

Mała ustawa reprywatyzacyjna, przyjęta w ubiegłym tygodniu przez Sejm, próbuje takim historiom zaradzić. Stawia wymóg, by sprzedaż roszczeń wymagała aktu notarialnego, a nie jak dotychczas bywało, „dokumentów” odręcznie zapisanych na kartce wyrwanej z zeszytu. Notariusze będą też mieli obowiązek poinformowania o takiej transakcji właściwych urzędników. A urząd, jeżeli będzie zainteresowany nieruchomością, uzyska prawo pierwokupu takiego roszczenia.

Ponadto w noweli rozwiązano problem z nieruchomościami, których właściciele złożyli wnioski o zwrot po wejściu w życie dekretu Bieruta (warszawskie nieruchomości zostały w ten sposób odebrane właścicielom w 1945r.), ale później w żaden sposób nie ubiegali się o te nieruchomości. Jeżeli w ciągu sześciu miesięcy od wezwania wnioskodawcy oraz jego ewentualnych następców prawnych do udziału w postępowaniu nikt nie zgłosi swoich praw – będzie ono umorzone. Osoby, które zgłoszą się później, będą mogły ubiegać się o odszkodowanie, ale już bez prawa do obiektu. Postępowanie będzie mogło być ponadto umorzone, jeżeli osoba zgłaszająca roszczenie w ciągu trzech miesięcy nie udowodni prawa do nieruchomości lub nie wskaże swojego adresu. – Przy braku ustawy reprywatyzacyjnej staraliśmy się łatać, co się dało, w sytuacji, jaka jest, przy ciągle obowiązującym dekrecie Bieruta – mówi poseł sprawozdawca Magdalena Kochan (PO), która już dziś spodziewa się, że nowelizacja zostanie zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego.

Ustawa pomoże wyłapywać oszustwa, ale z pewnością ich nie zatrzyma. Gertruda Jakubczyk-Furman przyznaje, że bardzo często zdarzają się próby przestępczego wejścia w posiadanie nieruchomości poprzez fałszowanie dokumentów i pieczątek – a na to nie pomoże ustawa. Sytuacja prawna jeszcze ok. 16 tys. nieruchomości w Polsce czyni je podatnymi na wyłudzenia.

No i wreszcie: co z mieszkańcami odzyskiwanych kamienic? Z nimi gorzej. Okazało się właśnie, że prawo nakazujące gminie zapewnienia lokatorom mieszkań zastępczych na czas remontu prowadzonego przez nowego właściciela obowiązuje tylko do końca tego roku. I nie wiadomo, czy Sejm zdąży z przedłużeniem terminu. Podobnie zapomniano o projekcie senackim, który miał wprowadzać do Kodeksu karnego artykuł specjalnie chroniący lokatorów przed czyścicielami kamienic. Prokurator generalny, Sąd Najwyższy i minister sprawiedliwości stoją na stanowisku, że to niepotrzebny zapis. Projekt od października leży w podkomisji stałej ds. nowelizacji prawa karnego. W ubiegłą środę podkomisja deliberowała, co z nim zrobić, ale nic nie wymyśliła. Mieszkańcy odzyskiwanych nieruchomości mają więc o czym myśleć.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną