Politycy głodzą dzieci

Czy mamy w Polsce głodne dzieci?
Awantura o głodne dzieci trwa w Polsce już od lat. Problem w tym, że nawet nie wiemy, ile dzieci cierpi na niedożywienie.
Anders Sellin/Getty Images

Awantura o głodne dzieci trwa w Polsce już od lat. Problem w tym, że nawet nie wiemy, ile dzieci cierpi na niedożywienie.

Rokrocznie na dożywianie państwo przeznacza z budżetu ok. 550 mln zł. Gminy dokładają ok. 280 mln zł rocznie, zaś ok. 70 mln euro pochodzi ze środków unijnych.
Dimitriy Shirinosov/PantherMedia

Rokrocznie na dożywianie państwo przeznacza z budżetu ok. 550 mln zł. Gminy dokładają ok. 280 mln zł rocznie, zaś ok. 70 mln euro pochodzi ze środków unijnych.

W ramach programu dożywiano nie tylko dzieci – a także, wręcz głównie, dorosłych. W szkołach, barach mlecznych, różnorakich stołówkach. Zgodnie z programem gminy dawały 40-proc. wkład w sfinansowanie dożywiania (w wyjątkowych sytuacjach mogły prosić o obniżkę do 20 proc.), a resztę płaciło Ministerstwo Pracy poprzez ośrodki pomocy społecznej. O tę formę pomocy mogły występować rodziny o określonym, zmienianym kryterium dochodowym, wynoszącym przez ostatnie lata 684 zł na osobę w rodzinie, natomiast w gospodarstwie jednoosobowym, czyli dla osoby samotnej – 813 zł. Przekroczenie tych kwot choćby o złotówkę wyrzucało osobę z programu (to ma się zmienić, po przekroczeniu limitu pomoc ma się tylko zmniejszyć). To jednak mało, dlatego niektóre bogatsze gminy (w liczbie 368) same podwyższyły kryterium uprawniające do świadczeń z pomocy społecznej, aby objąć nią większą liczbę osób.

Program dotyczył finalnie 16 tys. szkół (z czego 58 proc. to szkoły wiejskie); ponad 6 tys. przedszkoli (34 proc. przedszkoli z obszarów wiejskich); 302 żłobków (10 żłobków na terenach wiejskich). Corocznie z dotacji do dożywiania korzystało ok. 2 mln osób, z tego ponad 720 tys. uczniów szkół podstawowych i ponadpodstawowych i ponad 320 tys. dzieci do 7 roku życia (tu tendencja jest wzrostowa). Ze sprawozdania wynika jednak, że nie wszystkie gminy się włączyły. Ok. 500 z nich nie miało środków, by wyłożyć swoje 40 proc.

Obiady dyrektorskie

Wielu pedagogów szkolnych i pracowników socjalnych przyznaje, że poza tym systemem istnieje szara strefa: ludzie, którzy nie składają wniosków o należną im – z racji niskich dochodów – dopłatę do dożywiania. Nie chcą, by pracownicy socjalni mieszali się w jakikolwiek sposób w ich życie, choćby bojąc, że ktoś zechce odebrać im dzieci. Temu ma zaradzić idea tzw. obiadów dyrektorskich, zapisana w projekcie w punkcie 6a. Wystarczy, że dyrektor placówki czy szkoły uzna, że jakieś dziecko potrzebuje darmowego posiłku, a go nie dostaje – i zgłasza zapotrzebowanie do ośrodka pomocy społecznej. Bez żadnych formalności, żadnych zaświadczeń o dochodach czy wywiadach środowiskowych obiad powinien zostać przydzielony.

Z tej ścieżki korzysta każdego roku prawie 60 tys. dzieci – łącznie wydano 19 mln posiłków. Zdaniem Magdaleny Szymczak, zajmującej się programem dożywiania prowadzonym przez Polską Akcję Humanitarną, to ciągle zbyt mało rozpowszechniona forma pomocy. – Prosiliśmy kilka lat temu rzecznika praw dziecka, by włączył się w upowszechnianie informacji o „obiadach dyrektorskich”, gdyż docierały do nas sygnały, że wielu dyrektorów nie wie o takiej możliwości. Niestety, nie otrzymaliśmy w tej sprawie odpowiedzi – mówi. Na stronie internetowej rzecznika praw dziecka nie ma zresztą nic o problemie dożywiania dzieci. (Nasze pytanie o zaangażowanie rzecznika w ten problem pozostało bez odpowiedzi).

Pieniądze na dokarmianie czy dofinansowanie żywienia płyną też od lat z Unii. Od 2004 r. wykorzystaliśmy 623 mln euro. Dysponowała nimi Agencja Rynku Rolnego, która kupowała za te środki podstawowe produkty spożywcze, idące w miliony ton – jak mąka, chleb, makaron itp., przekazując je do Banków Żywności czy Caritasu. I zapewniając zbyt polskim producentom rolnym.

Poza tym mamy jeszcze peeselowską Szklankę mleka i Owoce w szkole ze skupów. Do tego masę projektów prowadzonych przez fundacje – epatujące ze swoich stron internetowych zdjęciami dzieci czy wymownym zdjęciem pustego talerza – z prośbą o datek na dożywianie.

Nikt nie panuje nad tym, ile organizacji zajmuje się zbieraniem na dziecięce jedzenie, czy w ogóle to jest potrzebne, czy datki trafiają tam, gdzie miałoby to jakikolwiek sens. Prof. Tarkowska podsumowuje – robi się bardzo dużo, tylko że bez szerszego planu, ogólniejszej koncepcji. A brak rozeznania sprzyja wykorzystywaniu „głodnych dzieci” w politycznej propagandzie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną