Dzieci jak kamikadze, czyli praca Pana Stopka na przejściu dla pieszych

Strażnicy dzieci
Z biegiem czasu Leszek Walankiewicz zaczął zauważać, że dzieci napływające do gimnazjum wraz z kolejnymi rocznikami są coraz bardziej nieuważne i rozkojarzone.
Krzysztof Łokaj

Z biegiem czasu Leszek Walankiewicz zaczął zauważać, że dzieci napływające do gimnazjum wraz z kolejnymi rocznikami są coraz bardziej nieuważne i rozkojarzone.

Polityka

Tak więc, mimo lepiej oznakowanego i pozornie bezpieczniejszego przejścia, Walankiewicz coraz częściej sam musiał zachowywać się jak kamikadze. Wychodził naprzeciw pędzącego auta, manifestacyjnie podnosił stopy nad pasami, rozpościerał ramiona, by zmusić kierowcę do zatrzymania się.

A jednocześnie zaczął walczyć z dziećmi, które wykorzystywały krótkie przerwy do robienia zakupów po drugiej stronie szosy. Otwarto tam nowy sklepik. Dzieci wybiegały ze szkoły i leciały, nie patrząc, co się dzieje na pasach. Czasem krzyczał, w ostatniej chwili dopadał do przebiegającego przez szosę, łapał za kołnierz, za kaptur. Więcej spokoju – doradził mu kardiolog, kiedy po zawale trafił do szpitala.

Pierwszego dnia ferii zimowych jak zwykle wstał po szóstej. W gimnazjum i w pobliskiej podstawówce trwały zimowiska. Przed ósmą był na przejściu. Nie było ruchu, więc przysiadł w drewnianej budce, postawionej dla niego przez dyrekcję szkoły. Dzieciaki z powodu dwóch bocznych okienek nazywają tę budkę konfesjonałem, jemu bardziej pasuje strażnica. No więc wyszedł ze strażnicy, kiedy od strony osiedla zbliżył się 10-letni chłopiec. Pan Stopek pomachał mu, żeby poczekał na krawężniku. Z bocznej ulicy, jakieś sto metrów od przejścia, powoli wytaczał się nissan.

Walankiewicz zapytał chłopca, dokąd idzie – i to ostatnie, co pamięta. Zdążył jeszcze odepchnąć to dziecko do przodu, w stronę chodnika, gdy coś wyrwało mu lizak, a jego samego uniosło w górę. Kierowca nissana zatrzymał się tuż za przejściem.

Kiedy Walankiewicza zabierało pogotowie, tamten mały płakał. Matka chłopca zadzwoniła jeszcze tego samego wieczoru do szpitala. Ale Walankiewicz był półprzytomny z bólu i nie pamięta, co do niego mówiła.

Kierowca nissana z żoną też przyszli do szpitala. On tłumaczył, że jechał zaledwie kilkanaście kilometrów na godzinę. Mówi, że chyba oślepiło go słońce, a nie zdążył dokładnie oczyścić szyby ze śniegu, bo spieszył się do roboty. A pracę ma super, w służbach mundurowych. Długo o nią zabiegał. Więc gdyby Walankiewicz podał go do sądu o uszczerbek na zdrowiu, wszystko poszłoby do akt i zwolniliby go. A dla jego małżeństwa, na dorobku, z dziećmi w planach, to byłby koniec wszystkiego. Walankiewicz rozumiał.

Pośpiech, zmęczenie i nerwy

Wrócił na przejście dla pieszych, choć się wahał. Wydeptane przez niego setki razy, nagle wydało mu się obce i groźne. Zaczął liczyć kroki. 15 od strażnicy do krawężnika. Potem cztery do połowy pasów, gdzie trzeba stanąć i podnieść do góry lizak, w drugą stronę kolejne cztery.

Wreszcie się udało. Przeszedł pewnie i bez lęku. Pomogło, że woźny, kucharz i panie sprzątające trzymali za niego kciuki. Na nieustępujący od miesięcy ból lekarze przepisali mu środki, ale nie chce ich brać. Przytępiają, osłabiają koncentrację, a przecież on musi być czujny, przewidywać każdy ruch dzieci i kierowców. Wie też już, że jest potrzebny.

Samorządy, próbując jakoś zapobiec fatalnym trendom w statystykach, testują przeróżne rozwiązania mające poprawić bezpieczeństwo dzieci. Od dodatkowych garbów przed przejściami, przez fluorescencyjną farbę, po migające światła – takie, jakie są w Jarosławiu. Do łask wracają też przeprowadzacze – tacy jak Pan Stopek. Oficjalnie strażnicy ruchu drogowego. Piotrków Trybunalski raczej chwali sobie – ale choć tam na zatrudnienie 11 panów stopków wydają rocznie 220 tys. zł, nawet im nie udało się zapewnić dzieciom pełnego bezpieczeństwa. Dwoje uczniów, potrąconych na pasach w dwóch różnych wypadkach, trafiło do szpitali.

Idei jest wiele: prowadzone przez policjantów w szkołach pogadanki o bezpieczeństwie na drodze, duże kampanie społeczne, skierowane do samorządów – jak ta promująca aktywne przejścia.

Eksperci z Komendy Głównej Policji, analizujący wzrost potrąceń dzieci, przekonują tymczasem, że co trzeciego wypadku by nie było, gdyby ci za kółkiem prawidłowo przejeżdżali przez przejścia. Zniknęłaby połowa, gdyby kierowcy ustępowali pierwszeństwa. Może zniknęłoby ich jeszcze więcej, gdyby nie pośpiech, zmęczenie oraz nerwy.

To kolejny tekst przygotowany we współpracy z Fundacją PZU w cyklu poświęconym bezpieczeństwu pieszych.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną