Społeczeństwo

Odbierać po ludzku

Kto, komu i dlaczego odbiera dzieci

pan xiaozhen / Unsplash
W Polsce, tak jak na medycynie czy polityce, każdy zna się na szczęściu dziecka. W praktyce: wie, jak zagrać jego krzywdą.
W rodzinach problemowych wychowują się setki tysięcy dzieci.Getty Images W rodzinach problemowych wychowują się setki tysięcy dzieci.
Wbrew temu, co piszą tabloidy i wykrzykują politycy, praktyką sądową jest raczej „polska mistyka miłości”.Justin Paget/Corbis Wbrew temu, co piszą tabloidy i wykrzykują politycy, praktyką sądową jest raczej „polska mistyka miłości”.

Artykuł w wersji audio

Polityczno-medialny handel odbieraniem dzieci startuje przed wyborami. Wielowymiarowa, skomplikowana historia rodzinna nie przejdzie. Towar musi być instant, opakowany w jedno hasło, reklamowany przez partię z opozycji. Jako przyczynę odebrania dziecka najlepiej pokazać wypreparowaną z całości biedę (piątka dzieci małżeństwa z pustostanu w Wałbrzychu) czy otyłość (matka bliźniaczek z Wrocławia). Nieźle „grzeje” też brud (trzy dziewczynki odebrane rodzinie z Niska) i niezaradność (dwójka dzieci ze Słupska).

Jest z czego wybierać, bo w ubiegłym roku odebrano rodzicom ok. 15 tys. dzieci. Prawie 1,5 tys. zabrali z domów pracownicy socjalni, kuratorzy czy policjanci, żeby – w myśl ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – ratować je przed kalectwem czy śmiercią. Ale też, by poprzez nieobecność dziecka działać wychowawczo, spowodować, żeby rodzice zmienili się, np. przestali pić.

Bez miłości i współpracy

Polska była krajem z pionierskimi osiągnięciami w opiece nad dzieckiem. Najpierw Korczak – wiadomo. Potem Maria Łopatkowa, jeżdżąca po domach, by zbierać bite, głodne i nękane. To z jej inspiracji powstała przyjęta przez ONZ Konwencja o prawach dziecka. Jeszcze później próbowaliśmy zamykać domy dziecka, a Marek Andrzejewski czy Tomasz Polkowski na łamach POLITYKI nawoływali, że nie sztuka po prostu zabierać; biologiczne więzi dzieci to kapitał, którego nie da się niczym zastąpić, a dopiero, gdy tych więzi uratować się nie uda, dziecko musi trafić w miejsce przypominające rodzinę.

– Odebranie dziecka to ciągle ostateczna ostateczność – mówi sędzia Dorota Hildebrand-Mrowiec, prezes Stowarzyszenia Sędziów Rodzinnych w Polsce. – Wcześniej rodzice dostają wiele sygnałów ostrzegawczych: skierowanie na leczenie alkoholowe, objęcie nadzorem kuratora, zobowiązanie do określonego postępowania, np. posprzątania mieszkania.

Wbrew temu, co piszą tabloidy i wykrzykują politycy, praktyką sądową jest raczej to, co Monika Gorzkowska z Ośrodka Pomocy Społecznej na warszawskich Bielanach nazywa „polską mistyką miłości”. Mimo że rodzina nie radzi sobie z opieką, dziecko zostaje w domu tak długo, jak się da. Zostawione tam z lękiem, ale też nadzieją, że jego ojciec czy matka się opamiętają, a i sąsiedzi nie dadzą ponownie skrzywdzić.

Do takiego oplecionego kontrolą domu równolegle płynie pomoc z gmin, powiatów i od fundacji pomocowych. Nad Wiolettą, 28-letnią byłą mieszkanką domu dziecka, potem poprawczaka, matką trójki dzieci odebranych i świeżo urodzonego Dawida, prócz sądu rodzinnego pochylały się już OPS, Caritas i fundacje rozdające żywność unijną. Dostała mieszkanie (od miasta), pieniądze (z Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie) na zagospodarowanie. Asystentka rodziny nosiła jej do domu toboły ubrań, zabawek, pracownicy socjalni płacili rachunki za czynsz, energię, gaz. Jedyne, co musiała, to trwać w trzeźwości, chodzić na terapię i – wspierana przez psychologa i pedagoga – tworzyć więź z Dawidem. Czyli zrobić wszystko, żeby nie powtórzył losu pozostałej, odebranej jej wcześniej trójki.

Udawało się, kiedy mały jeszcze nie chodził, pozwalał się ubierać i wozić w wózeczku. Ale potem zaczął stawiać opór. Wróciła do picia, żeby go nie bić. Ale nawet wtedy sąd, poinformowany przez pracownika socjalnego, nie zabrał jej dziecka. Co pracownikowi było, w jakimś sensie, na rękę. Nie musiał w asyście policji wdzierać się do domu po dziecko – a ustawodawca, dając mu takie uprawnienia, nie pomyślał, że po czymś podobnym będzie u podopiecznych spalony. Po drugie, jak Wioletta, stopniowo uzależniana od innych, miałaby żyć bez utraconych zapomóg na rodzinę? Po trzecie wreszcie, czy jedynym efektem odebrania dziecka nie stałoby się kolejne, używane do wyłudzania pieniędzy?

Dzieci w rodzinach problemowych wychowują się setki tysięcy. Marzenna Todorska, dyrektor Ośrodka Pomocy Społecznej Warszawa Wesoła, niemal codziennie odbiera telefony i dostaje anonimy od zaniepokojonych sąsiadów, kolegów z pracy czy zwyczajnie życzliwych. Donoszą o libacjach alkoholowych z udziałem nieletnich, biciu i wykorzystywaniu seksualnym. Prawo obliguje urzędy, by poważnie potraktować każde zgłoszenie.

Inna rzecz, że często ci tzw. życzliwi są w konflikcie z rodzicami dziecka. Jeden z zatroskanych sąsiadów dla pewności działał nawet dwutorowo: w ciągu dnia pisał i dzwonił do pomocy społecznej, a nocą do policjantów. OPS wysłał do rodziny pracownika socjalnego, który robiłby swoje, znając ją od podszewki, ale policjanci po kolejnym telefonie („w domu libacja, krzyki”) po prostu zabrali dzieci. Sąsiad był zadowolony: rodzice wprawdzie po tygodniu odzyskali dzieci, ale wyprowadzili się z bloku.

Od momentu przyjęcia zgłoszenia sprawa się komplikuje. Choć instytucje depczą sobie po piętach, brak im centrum operacyjnego. Z pracowników sądów, policji, domów dziecka i pogotowi opiekuńczych nie udało się stworzyć jednego spójnego systemu, a kolejne nowelizacje ustaw jeszcze go komplikują. Do niedawna zabierać dziecko z domu mogli tylko kurator albo policjant, po nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie może to również zrobić pracownik pomocy społecznej – o ile dojdzie do wniosku, że dziecku grozi śmierć albo kalectwo. Ale pomiędzy tymi służbami nie ma współpracy. Nie zawsze informują się wzajemnie o swoich posunięciach. Pracownicy społeczni narzekają, że policja czy kurator psują im robotę z rodziną, znienacka zabierając dzieci – jak w tej historii o złośliwym sąsiedzie.

Narzędzia są, ale nie wiadomo, kto ma odpowiadać za ich sensowne stosowanie. Weźmy Niebieskie Karty. Kiedyś policjanci zakładali je dla rodzin, w których była przemoc – wpisywano do nich wszystkie interwencje. Po zmianach w ustawie o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie Niebieską Kartę może założyć dziecku też ktoś z przedszkola, szkoły czy ośrodka zdrowia – w końcu to te osoby, które najprędzej zauważą np. ślady bicia. Ale z raportu NIK wynika, że zgłoszone przez nich sprawy to ledwie część procentu. Uprawnieni do ich zakładania rezygnują nie tylko z powodu papierologii i tego, że musieliby poświęcać na to wolny czas, ale też z niepewności – czy na pewno mogą, lub wręcz z niewiedzy, co z tym dalej zrobić.

Centrami operacyjnymi miały być tzw. grupy robocze, powoływane przez samorządy. W ich skład wchodzić mieli nauczyciele, wychowawcy, lekarze, pracownicy sądów i pomocy społecznej – by radzić z osobna o sprawach każdego dziecka z problemowej rodziny. Tyle że – co też wynika z raportu NIK – takie grupy spotykają się rzadko, bo trudno zgrać wszystkie terminy: dyrektorzy szkół i szpitali niechętnie wypuszczają w godzinach pracy, prokurator czy pracownik socjalny często ma coś ważniejszego do zrobienia. Efekt jest taki, że jeśli ktoś w maju zgłosi, że dziecku dzieje się krzywda, zespół pochyli się nad tym (i poinformuje sąd) dopiero w sierpniu.

Osobne zespoły do spraw (konkretnych) dzieci mają domy dziecka i pogotowia opiekuńcze. System domykają rodziny zastępcze. Miały z czasem wyprzeć domy dziecka, ale się nie udało. Tak jak nie do końca udało się z samymi rodzinami, okazało się, że do tak trudnej pracy nikt chętnych odpowiednio nie przygotowywał.

Bez więzi

Co więcej, nękanie i wykorzystywanie dzieci czy brak opieki zdarzają się nie tylko tam, gdzie wódka i przemoc. Tak zwane dobre domy są szczególnie trudnym przypadkiem dla diagnozy. – Smutek czy wycofanie dziecka z cichego i zasobnego domu nikogo nie niepokoi. Chodzi do szkoły, jest najedzone, o co więc kruszyć kopie? – mówi Grażyna Starzyńska, pedagog, pracownik Powiatowego Cetrum Pomocy Rodzinie.

W X. mąż – polityk i znany społecznik – żył na dwa domy: w jednym czekała żona z córką, w drugim młoda kochanka. Żona, klasycznie, groziła, że jeśli nie zostawi tej drugiej, zabierze mu córkę; kochanka, aby go zatrzymać, zdecydowała się na dziecko. Mąż, w przededniu wyborów, wybrał jednak żonę. Partia, która zdecydowała się go poprzeć, stawiała na rodzinę. Na dwójkę dzieci płaci, ale poszedł w politykę. Nie zajmuje się żadnym.

Kochanka wyszła za mąż, urodziła nowe, a tamto jest, bo jest. Jej 3-letni syn trafił w końcu do rodziny zastępczej prosto ze szpitala, bo kiedy matka wyszła z domu z młodszym dzieckiem, starszego zostawiła na cały dzień samego i wypadł z okna na pierwszym piętrze. Potem przyznała, że to nie był pierwszy raz. Oraz że mogłoby go nie być, bo same z nim kłopoty.

W rodzinie zastępczej 3-latek świetnie sobie poradził – przynajmniej pozornie. Nie płakał, nie tęsknił za mamą. Dzieci bez treningu więzi zwykle dobrze radzą sobie z oderwaniem od biologicznych rodziców. Cenę za ten brak mogą zapłacić później, gdy okaże się, że z żadnym człowiekiem nie są w stanie stworzyć bezpiecznej, bliskiej więzi – czasami łącznie z własnymi dziećmi. I wówczas koło się zamknie. Rodzice, którzy więzi nie zbudowali (bo np. nie umieli), nie mają motywacji, by o dziecko walczyć. – Mamy 11 dzieci z interwencji. Wiele z nich, 2–3-letnich, dopiero u nas zaczyna chodzić – mówi Ewa Szczęśniak, dyrektor domu dziecka w Łukowie. – Odsypiają, jedzą do syta, bo wcześniej było co kap, to łap. Odwiedzane jest tylko jedno.

Bez dzieciństwa

Płaczą i uciekają przed policjantami czy kuratorem te dzieci, które coś od rodziców dostały. – Boją się o siebie, ale też o matkę czy ojca. Martwią się, czy dorośli sobie bez nich poradzą – mówi Grażyna Starzyńska. Jako kurator brała udział w kilkunastu odebraniach dzieci. Każdemu z nich mówiła, że rodzice powinni zrobić, co mogą, żeby do nich wróciły, ale na razie nie ma na to warunków. Każde starała się odbierać po ludzku: nie goniła uciekających, nie odrywała na siłę od nóg opiekunów, szukała najbardziej odpowiedzialnego, spokrewnionego dorosłego, który mógłby do czasu rozpatrzenia wniosku o umieszczenie w pieczy zastępczej przygarnąć dziecko.

Najczęściej, by uniknąć szamotaniny, odbierała dziecko z przedszkola czy szkoły. Tak jak Pawła, 11-latka, którego oboje rodzice pili. Matka poszła w Polskę, ojciec zapominał, że syn musi jeść. Grażyna porozmawiała z nim na boisku, powiedziała, że aby potrząsnąć rodzicami, musi na trochę wyprowadzić się z domu. Poprosiła, żeby następnego dnia zabrał ubrania, książki. Nazajutrz Paweł czekał gotowy z plecakiem.

Rozłąka podziałała. Ojciec Pawła zawalczył. Poszedł na leczenie, znalazł pracę w warsztacie samochodowym. Matka, która wierzyła, że samą siłą woli przetrwa, podpisała z nim umowę, że jeśli zapije, mąż wyrzuci ją z domu. Sędzia – pod warunkiem że wytrwają w trzeźwości i kontakcie z kuratorem – oddał im Pawła. Przez kilka miesięcy było dobrze, matka sprzedawała gofry, potem popłynęła i zniknęła. Ojciec jakoś się trzymał, ale bał się, że coś się stanie i on też popłynie. – Paweł też się bał, ale jak większość odebranych, które wracają warunkowo, pilnował, żeby ojciec nie pił, chodził do pracy, robił mu kanapki do szkoły, prał i sprzątał – mówi Starzyńska. – Zawalił przez to piątą klasę, ale potem na szczęście matka wróciła i – raz lepiej, raz gorzej – jakoś się trzymali.

Trzymali się też byli podopieczni Marzenny Todorskiej z Ośrodka Pomocy Społecznej Wesoła, którzy po odebraniu dzieci nie tylko poszli na kurację odwykową, ale też założyli warzywniak. Starsze z czwórki dzieci, oddane, ale z nadzorem kuratora, pomagały nosić skrzynki, handlować. Młodsze po szkole nie szły do domu, tylko biegły na bazarek pilnować starszego rodzeństwa i rodziców.

Ale to i tak wyjątki. Większość nie daje rady.

Z drugiej strony, są też historie innych, którym powiodło się po domach dziecka. Todorska niedawno spotkała w tramwaju chłopca, którego kilkanaście lat temu zabierała z meliny. Zdał na medycynę. Spotkał w domu dziecka wolontariuszkę, odwiedzał ją w domu, nasiąkł innym, lepszym życiem.

Bez skrupułów

Ewa Szczęśniak nie chce stawiać diagnozy, które dzieci cierpią bardziej: czy te skażone dobrodziejstwem państwa, które potem nie umieją już żyć z rodzicami w biedzie, czy te zabrane, nieodwiedzane, które w kolejnych placówkach stają się coraz bardziej niczyje? Czy może te, po które rodzice wrócili, a one czują się zakładnikami ich niepicia, niebicia, życia na nowo? A może te, jak Dawid odebrany ledwie kilka miesięcy temu – gdy trafiają do rodziny zastępczej spokrewnionej, na którą sąd wyznaczył 19-letnią siostrę matki, też placówkową, zaburzoną? Pracownicy społeczni, od lat zajmujący się Wiolettą, znali jej rodzinę i rekomendowaliby inne rozwiązanie, ale sąd nie prosił ich o opinię. Przy wyborze rodziny zastępczej postawił na podległego sobie kuratora.

Sądy, jeśli już odbierają dzieci, kierują rodziców na leczenie alkoholowe – ale przecież wódka to nie wszystko. Dobrze byłoby, gdyby rodzic nie tylko odwiedzał odebrane dziecko, ale też brał udział w posiedzeniach rozmaitych grup specjalistów. Od zbierających się cyklicznie Zespołów ds. Okresowej Oceny Sytuacji Dziecka w domach dziecka po obradujące równolegle gminne grupy interdyscyplinarne czy Zespoły Rodzinnej Pieczy Zastępczej w Powiatowych Centrach Pomocy Rodzinie. Obserwując, jak ich dziecko radzi sobie na gruncie instytucjonalnej pomocy, rodzic mógłby sam nauczyć się jeść nożem i widelcem, mówić, a nie krzyczeć, wydawać polecenia, nie popychając, dyscyplinować, ale nie katować. Albo zauważając, jak dzieci chwalone rozkwitają, sam mógłby złapać nawyk dowartościowywania. I zastąpić nim upokarzanie. Ale nie ma takiego zwyczaju.

Co więcej, kiedy rodzice już przestaną pić, wyłażą inne problemy, nad którymi trzeba pracować w ramach programów korekcyjno-edukacyjnych, a nie – do takiej podwójnie rozbitej rodziny – przywracać dziecko. Z raportu NIK wynika, że tylko 6 proc. sprawców przemocy w rodzinie jest objętych takim (leżącym w gestii powiatu) programem. Powiaty, mimo że są do tego zobowiązane nową ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, nie zdobywają na nie środków. Powód? Sędziowie nie zasądzają, czyli nie ma przymusu. – A dobrowolnie nikt do psychologa nie pójdzie, bo lepiej być pijakiem niż wariatem – mówi Starzyńska. – Poza tym przerzucenie na samorządy odpowiedzialności za los krzywdzonych dzieci powoduje, że przemoc zamiast przestępstwem, staje się problemem społecznym. Jej ciężar gatunkowy spada.

Tymczasem odbieraniem dzieci coraz chętniej grają politycy. Tacy jak europoseł PiS Janusz Wojciechowski, który mówiąc głośno o państwowym handlu dziećmi, prowokuje do walki z OPS czy sądami rodzinnymi. Sędzia z Niska, która po serii artykułów („Brud w domu powodem odebrania”) w drodze do pracy mijała szkalujące ją plakaty, musiała dostać ochronę policyjną. Nikt jednak nie jest w stanie ochronić jej w internecie, gdzie pod hasłem „to ten potwór w todze sprzedaje dzieci” wyciekły jej prywatne zdjęcia i adres.

Sędzia musi być najsilniejszym ogniwem systemu niesienia pomocy rodzinie i rozwiązywania jej problemów – mówi Dorota Hildebrand-Mrowiec. – Jeśli ktoś, posługując się autorytetem społecznym, podważa jego decyzję, to cały system, i tak w ciągłej przebudowie, upada. Rodzice zamiast skupić się na sobie, szukają winy poza rodziną. Uderzają w sędziego, kuratora, opiekę społeczną, policję. Tymczasem warunkiem zmiany jest pozbawiona złudzeń świadomość własnych ułomności.

Polityka 37.2015 (3026) z dnia 08.09.2015; Społeczeństwo; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Odbierać po ludzku"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jaka jest granica między normalnością a chorobą psychiczną?

Norma psychiczna – czy to w ogóle możliwe, by ją ustalić.

Anna Tylikowska
22.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną