Społeczeństwo

Wykluczeni wyliczeni

Kosztowne terapie: dylematy lekarzy, dramaty pacjentów

Choć przeliczanie życia i śmierci na pieniądze wydaje się ponurą praktyką, zarządzający zdrowiem publicznym muszą to robić. Choć przeliczanie życia i śmierci na pieniądze wydaje się ponurą praktyką, zarządzający zdrowiem publicznym muszą to robić. Bruno Ehrs / Corbis
Na świecie stale przybywa nowoczesnych leków ratujących lub przedłużających życie. A w Polsce przybywa chorych, którzy nie mają do nich dostępu. Leczenie trudnych przypadków to zderzenie dwóch systemów wartości: ekonomicznych i moralnych. Efektem są straszliwe dylematy, dramaty, tragedie. Komu dać? Ile? Kogo i jak przekonać, że powinien już umrzeć?
Z 30 najpowszechniej stosowanych leków na raka w Polsce aż 12 nie jest refundowanych.Vladimir Nenov/PantherMedia Z 30 najpowszechniej stosowanych leków na raka w Polsce aż 12 nie jest refundowanych.
Firma daje leki za darmo, licząc, że lekarze, chorzy i rozmaite stowarzyszenia pacjentów wywrą skuteczny nacisk na ministerstwo.pogonici/PantherMedia Firma daje leki za darmo, licząc, że lekarze, chorzy i rozmaite stowarzyszenia pacjentów wywrą skuteczny nacisk na ministerstwo.

Artykuł w wersji audio

Według wyliczeń ekspertów Watch Health Care polscy pacjenci nie mają dostępu do ponad 256 nowych leków i prawie tysiąca technologii nielekowych. Czasem leku po prostu nie ma. Czasem jest, ale nie dla wszystkich. Żeby się zakwalifikować do programu lekowego, trzeba spełnić sztywno ustalone kryteria. Ci, którym się nie uda, próbują inaczej. Nieliczni po prostu kupują, płacąc po kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy. Większości na to nie stać, więc starają się załapać na badanie kliniczne w Polsce albo za granicą. Wyżebrać lek od producenta. Albo od lekarzy, którzy czasem mają „próbki” od firm farmaceutycznych. Inni zbierają pieniądze sami lub przez fundacje. Albo kupują dużo tańsze generyki w Indiach (to potentat w produkcji farmaceutycznych zamienników).

Najbardziej dramatyczna (150 tys. zachorowań rocznie) jest sytuacja w onkologii. – Co roku umiera ok. 30 tys. chorych na raka, którzy mieliby szansę przeżycia, gdyby nie eliminowano ich z nowoczesnego leczenia, diagnozowano wcześniej i szybciej wdrażano terapię – twierdzi prof. Cezary Szczylik, od ponad 20 lat kierujący kliniką onkologii Centralnego Szpitala Klinicznego MON.

Lekarze są zgodni: system przyznawania terapii jest zbyt restrykcyjny. Pacjenci, którym odmówiono leku, i ich rodziny mówią o prawnie usankcjonowanej eutanazji. Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych organizuje ogólnopolską kampanię społeczną Pacjent Wykluczony na rzecz pomocy chorym na nowotwory, którzy nie znajdują oparcia w systemie opieki zdrowotnej.

Z drugiej strony urzędnicy argumentują – system nie powinien widzieć konkretnego pacjenta, musi być wręcz trochę „bezduszny”. Nie da się bowiem negocjować każdego przypadku z osobna. Wyceniać go. Pacjent, wiadomo, jest w skrajnej egzystencjalnej sytuacji. Dla niego życie będzie warte każdych pieniędzy. Ale dla NFZ już nie. System dysponuje konkretnym, ograniczonym budżetem. Trzeba więc ustalać sztywne reguły przydziału pieniędzy na leki czy terapie. Tylko jak pogodzić ekonomię z etyką? Zwłaszcza że ustalający reguły finansowania są pod presją. Polityków, którzy krzykiem o równości próbują poprawić przedwyborcze notowania, lekarzy, którzy zawsze wolą mieć większe fundusze i dostęp do wszystkich terapii, no i przede wszystkim samych pacjentów, którzy próbują wygrać ze śmiercią.

Co zrefundują, czego nie?

Z 30 najpowszechniej stosowanych leków na raka w Polsce aż 12 nie jest refundowanych. W Austrii, Niemczech, Holandii wszystkie te leki są dostępne. W Hiszpanii nie refunduje się tylko trzech, w Czechach siedmiu. Tak wynika z raportu przeprowadzonego na zlecenie Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia. Do tego w Polsce decyzja o refundacji nowych leków (jeśli w ogóle zapada) zajmuje bardzo dużo czasu. Średnio po dwóch latach od europejskiej rejestracji w EMA. Dłużej to trwa tylko w Rumunii. W Niemczech lek jest dostępny średnio po trzech miesiącach. Ale tak jest nie tylko w onkologii. Chorzy na stwardnienie rozsiane (SM) znów nie doczekali się refundacji fumaranu dimetylu, który przynosi rewolucję w leczeniu tej choroby. Pierwszy raz Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji odmówiła refundacji w grudniu 2014 r. Już po tej decyzji opublikowano wyniki pięcioletnich badań klinicznych: aż u 80 proc. pacjentów nie zaobserwowano progresji niesprawności, a u 60 proc. nie występowały rzuty choroby. W dodatku jest to pierwszy lek doustny. Więc opinia Agencji była pozytywna. Neurolodzy i ich pacjenci z SM byli prawie pewni, że fumaran dimetylu, powszechnie już stosowany w Europie, dostanie refundację. Nie dostał.

W stwardnieniu guzowatym jeszcze kilka miesięcy temu NFZ zwracał za stosowany w ramach chemioterapii niestandardowej ewerolimus. Od wiosny już nie. Ministerstwo i NFZ zaproponowały lekarzom, by leczyli syrolimusem, który jednak nie ma rejestracji w tej chorobie, tylko w transplantologii. Nie ma, bo stwardnienie guzowate jest chorobą rzadką, jest już lek innego producenta, więc firmie produkującej syrolimus prawdopodobnie nie opłaca się inwestować w kosztowne badania. Oba leki mają podobne działanie i syrolimus jest stosowany w wielu krajach, bo jest tańszy. – Leczymy nim teraz dzieci, bo nie mamy wyboru – mówi prof. Sergiusz Jóźwiak, kierownik Kliniki Neurologii Dziecięcej WUM w Warszawie, jeden z ekspertów, którzy opracowali zalecenia dotyczące leczenia SG syrolimusem. – Ale to zło konieczne i takie rozwiązanie powinno być tymczasowe. Najprawdopodobniej Ministerstwo Zdrowia próbuje w ten sposób wpłynąć na producenta, by obniżył cenę.

Ewerolimus był też stosowany w leczeniu raka piersi. W lipcu Agencja zadecydowała o refundacji pierwszej tabletkowej terapii bezinterferonowej dla chorych na przewlekłe wirusowe zapalenie wątroby typu C. To także przełom w leczeniu, jak w przypadku SM, bo nowe leki uniemożliwiają wirusowi namnażanie się i mają blisko 100-proc. skuteczność. Ale można je stosować tylko u chorych z genotypem I i IV. Dla pechowców z genotypem III oraz tych, którzy byli nieskutecznie leczeni inhibitorami proteazy pierwszej generacji, też istnieje skuteczny lek, ale w Polsce nierefundowany.

Czym się leczyć?

W niektórych chorobach względnie łatwo to ustalić: wchodzi jeden przełomowy lek, wszyscy wiedzą, jak się nazywa i jaka firma go produkuje. Stowarzyszenia chorych na swoich stronach zamieszczają schematy leczenia. Więc Mariusz, który choruje na WZW C, genotyp III, i nowotwór wątroby (spowodowany wirusem HCV), wiedział z internetu, co ma robić. Na oryginalny lek za prawie 400 tys. zł nie było go stać, więc ściągnął z Indii generyk. Zapłacił tysiąc dolarów. Nie mógł czekać, bo skoczyły mu transaminazy i było ryzyko, że przy tak złych wynikach przerwą mu chemioterapię na raka.

W onkologii doktor Google może nie wystarczyć. Jest mnóstwo leków, różnych, w zależności od rodzaju nowotworu i jego stadium. A wielu lekarzy nie informuje o terapiach niedostępnych w Polsce. – Nie jest łatwo powiedzieć pacjentowi, że za granicą miałby szansę na kilka lat życia, a w Polsce nie możemy mu pomóc – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski, kierownik Kliniki Onkologii i Chirurgii w Europejskim Centrum Zdrowia w Otwocku. – Ale ja uważam, że musimy informować.

Prof. Szczylik pacjentom z rakiem papilarnym nerki, dla których urzędnicy ministerstwa nie przewidzieli żadnej terapii, mówi, jaki lek mogą sobie sprowadzić z Indii. Ale już lekarz Agnieszki (lat 42, nowotwór piersi) tłumaczył, że nie powiedział jej o odpowiednim leku, bo jest w Polsce niedostępny i bardzo kosztowny. – Więc gdybym się sama nie dowiedziała, to już by mnie nie było – mówi Agnieszka. Emilia, 34 lata, od trzech lat chora na nowotwór jelita grubego z przerzutami, po prostu pojechała na konsultację za granicę. Zapłaciła 180 euro, by się dowiedzieć, jaki lek powinna zastosować.

Piotr po ośmiu latach zabrał syna chorego na raka mózgu do Niemiec. Już na pierwszej wizycie dostał od lekarza prowadzącego leczenie syna Leitlinie – taki przewodnik mówiący, jakie kroki się podejmuje przy walce z tym właśnie rodzajem nowotworu, w jakiej kolejności, co dalej, jeśli dana terapia nie zadziała. Do tego komplet adresów i telefonów wszystkich potrzebnych placówek, konsultantów. Kiedy wrócił do Polski i zaproponował zaordynowaną przez niemieckiego lekarza protonoterapię, usłyszał od polskiego profesora, że rzeczywiście jest taki ośrodek i ma całkiem niezłe rezultaty. Niestety, dla jego syna było za późno.

Jak zdobyć lek?

Więc jak już się wie, czym się leczyć, można próbować składać wniosek do NFZ o tzw. terapię niestandardową. Z reguły NFZ odmawia. Wtedy trzeba iść na żebry. Agnieszka, ta z rakiem piersi, dziś ma przerzuty do płuc, nadnerczy i kości. Walczy o kolejnych kilka lat życia. Dostaje jeden z najnowszych i podobno najskuteczniejszych leków, który nie jest dostępny w żadnym programie lekowym. Koszt: 30 tys. za jedno podanie. Wlew co trzy tygodnie. Fundacja Alivia nakłoniła producenta, żeby przekazał jej lek za darmo.

Producenci czasem fundują leczenie kilkudziesięciu chorym. Najchętniej młodym i lepiej rokującym. I nie trwa to wiecznie. Firma daje leki za darmo, licząc, że lekarze, chorzy i rozmaite stowarzyszenia pacjentów wywrą skuteczny nacisk na ministerstwo. Urzędnicy niemal wprost oskarżają medyków o to, że są opłacani przez producentów leków. A i sami boją się podobnych oskarżeń – w tej sytuacji najprościej jest tworzyć kryteria sztywne, przynajmniej nikt się nie przyczepi.

Do pacjentów takie argumenty nie trafiają – oni chcą walczyć o siebie. Emilii, z rakiem jelita grubego, zbierać darowizny pomaga Fundacja Rak’n’Roll. Wsparł ją pracodawca. Na razie ma pieniądze na kilka wlewów, ale zawsze jest obawa, że będzie musiała przerwać kurację, bo nie zdobędzie pieniędzy.

Monice, 36 lat, czwórka dzieci, ostatnie urodzone już w trakcie choroby, jeszcze przed pierwszym przerzutem, lekarze już mówili o leczeniu paliatywnym. Nowotwór w drugiej piersi (nie wiadomo – przerzut czy guz pierwotny) pojawił się w trakcie przyjmowania jednego z najnowszych leków, w ramach badania klinicznego prowadzonego przez producenta. Nie mogła kontynuować terapii, bo nowa zmiana oznaczała, że lek nie działał – i straciła nadzieję. Ale dowiedziała się, że jest jeszcze jeden preparat, najnowszy, tyle że wszystkie badania kliniczne w Europie były już zamknięte. Mąż w internecie wyszukał, że w Belgii prowadzą badanie uniwersyteckie z zastosowaniem tego leku. Pierwszego maila pomógł im napisać lekarz.

Pojechała do Brukseli i pod koniec czerwca dostała pierwszy wlew. Lata do Brukseli co trzy tygodnie. Koszt leku, w przeliczeniu na złotówki, ok. 32 tys. zł. Teraz, po trzecim podaniu, będą badania. Monika wie, że walczy o miesiące, pewnie nawet nie o lata, ale najmłodsze dziecko ma 2,5 roku, więc liczy się każdy miesiąc. Mówi, że po raz pierwszy ma poczucie, że lekarze się o nią troszczą, że im zależy. – Badania kliniczne nie są uzupełnieniem niewydolnego systemu opieki zdrowotnej – mówi prof. Pieńkowski. – A tak są w Polsce traktowane.

Jak załatwić szpital?

Bożena, 42 lata, też ma dzieci, dwie córki, 15 i 6 lat. Kiedy zachorowała, młodsza nie miała jeszcze 2 lat. Po nieskutecznym leczeniu, kiedy już było wiadomo, że są przerzuty do kości, z pomocą fundacji wystarała się o darowiznę nowoczesnego, celowanego i koszmarnie drogiego leku od producenta. Przyznali jej, ale nigdy go nie wzięła. Pacjent nie może sam wystąpić o lek ani go przyjąć. Musi to za niego zrobić szpital albo poradnia. Szpital Bożeny nie chciał wystąpić o darowiznę, więc znalazła prywatną przychodnię.

Lek przyszedł, ale właścicielka przychodni odmówiła przyjęcia, gdy usłyszała, że będzie musiała zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych podatku od darowizny. Ja bym przecież zapłaciła ten podatek – mówi Bożena. Teraz bierze próbki, które firma dała lekarce. Dostaje je w prywatnym szpitalu, razem z chemią refundowaną przez NFZ. Do tego, w innym ośrodku, także na NFZ, kroplówki wzmacniające kości. Leczenie kombinowane, ale było warto, bo czuje się lepiej i wróciła do pracy.

Nie wiem, co było trudniejsze: załatwienie leku czy szpitala, który wystąpi w moim imieniu do producenta i potem będzie mi podawać wlewy – mówi Agnieszka, która lek dostaje od producenta.

Jak się wbić w reglamentację?

Nie dość, że najnowsze terapie onkologiczne są często niedostępne, zużycie tych leków, które są w Polsce refundowane, mamy poniżej średniej europejskiej. U nas tylko dwa z 30 najpowszechniej używanych w Europie leków onkolog może tak po prostu przepisać pacjentowi. Aż 16 stosuje się wyłącznie w ramach tzw. programów terapeutycznych. To znaczy, że nie można nimi leczyć wszystkich chorych, tylko tych, którzy mieszczą się w kryteriach opisanych w programie.

– Te wskazania są jeszcze węższe niż wymogi rejestracyjne – mówi prof. Pieńkowski. – A przecież na świecie 40 proc. chorych jest leczonych poza wskazaniami rejestracyjnymi. Ludzie po prostu nie chorują zgodnie z tabelkami. Obostrzenia w programach terapeutycznych mają na celu zapewnienie lepszej kontroli nad wydawaniem pieniędzy na leczenie. – Bardzo często nie są zgodne z aktualnym stanem wiedzy medycznej – dodaje prof. Pieńkowski. Więc np. trastuzumab (herceptyna) jest refundowany, ale tylko dla chorych na raka piersi w I, II oraz IV (rozsianym) stadium choroby. Chore z zaawansowanym nowotworem, ale jeszcze bez przerzutów, czyli w III stadium, nie mogą go otrzymać. – To jeden z absurdów – przyznaje onkolog prof. Jacek Jassem. – Logika mówi, że skoro leczenie jest skuteczne w I, II i IV stadium, będzie także skuteczne w III.

Podobnie jest z programem lekowym bewacyzumabu (Avastin), określanym przez onkologów programem widmo, bo tak niewielu chorych może się na leczenie załapać. Jest niedostępny w raku piersi, a w nowotworach jelita grubego tylko dla tych, którzy nie byli leczeni standardową chemioterapią, programem Folfox. Dlaczego? Lekarze nie wiedzą.

Od marca ograniczono refundację wemurafenibu (Zelboraf) do leczenia w pierwszym etapie. W ten sposób polscy chorzy na czerniaka nie mają w ogóle refundowanego leczenia w II, III i IV etapie. Sorafenib (Nexavar), skuteczny w raku nerek i wątroby, można zastosować tylko w pierwszym etapie leczenia i nielicznym pacjentom (bo zawężono kryteria) w drugim etapie. A według zaleceń Europejskiej Agencji Medycznej (EMA) z 2014 r. jest lekiem z wyboru w trzecim etapie rozsianego raka nerki.

Za to interferon, mający urzędnicze wskazania do leczenia rozsianego raka nerki, działa tylko u nieznacznego odsetka pacjentów. – Lekarze nie mają jednak nic innego, więc leczą interferonem także tych pacjentów, w przypadku których wiadomo, że nie będzie aktywny – mówi prof. Szczylik.

Celowane terapie u pacjentów z rakiem nerkowokomórkowym NFZ refunduje tylko wtedy, gdy usunięto im fragment albo całą nerkę. – Chorzy, którzy z różnych przyczyn nie mogą być operowani, są w ogóle z leczenia wyeliminowani – mówi prof. Szczylik. – Mamy ich wysyłać do hospicjum? I wyjaśnia: wytyczne w programach lekowych, u jakich pacjentów można stosować dany preparat, są po prostu przekopiowane z badań klinicznych III fazy, jakie przeprowadzał producent do procedury rejestracyjnej leku.

Prof. Jassem wielokrotnie apelował do Ministerstwa Zdrowia o aktualizację wskazań w poszczególnych programach lekowych. W odpowiedzi słyszał, że kryteria stosowania leku proponuje producent, ubiegając się o jego refundację. Po zatwierdzeniu wniosku przez ministerstwo jakakolwiek zmiana może nastąpić tylko na wniosek producenta.

Nie jest on tym zainteresowany, bo każdy wniosek to duże koszty – mówi prof. Szczylik. – A coroczna aktualizacja tych programów lekowych jest po prostu niezbędna. Prof. Pieńkowski dodaje, że chorzy powinni być leczeni według wiedzy medycznej przez lekarzy, a nie przez NFZ i producentów. – Ale przecież NFZ rozlicza nas z procedur, a nie ze skutków leczenia – mówi.

Lekarze mają świadomość absurdalności wielu wymogów programów terapeutycznych i tego, że stawką w tej grze jest kilka, czasem kilkanaście lat życia. Więc zdarza się, że dla dobra pacjentów „gubią” jakieś węzły chłonne, centymetr z wymiaru guza. Ryzykując, że w razie zakwestionowania przez NFZ za terapię będzie musiał zapłacić szpital. Albo i częściowo oni, jeżeli są na kontrakcie.

Ile kosztuje rok życia?

Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że po prostu nie stać nas na refundowanie pacjentom wszystkiego. – Państwo polskie wydaje na leki onkologiczne ponad 1 mld zł rocznie – mówi Bartosz Poliński, prezes fundacji Alivia. – A z samej akcyzy na papierosy ma aż 18 mld zł.

To prawda, że ceny nowoczesnych, celowanych terapii są astronomiczne. I że nie wszyscy producenci leków stosują tzw. ceny godziwe. – Ale do tych najdroższych terapii, np. pertuzumabu, gdzie pierwszy wlew kosztuje 30 tys. zł, ma wskazania niewielki odsetek pacjentek – mówi prof. Pieńkowski. – Więc to nie oznaczałoby bankructwa dla budżetu.

Co więcej, cena leku nie może być jedynym wyznacznikiem tego, czy będzie refundowany czy nie. Dziś wygląda jednak na to, że urzędnicy, dekretując o życiu lub śmierci pacjentów, patrzą właśnie głównie na cenę leku. W Polsce przyjmuje się, że warto leczyć pacjenta, jeżeli wydłużenie życia o rok kosztuje mniej niż trzykrotność PKB na głowę, czyli – jak się przyjmuje – ok. 290 tys. zł.

– Z kolei my opracowaliśmy algorytm, który oprócz ceny leku uwzględnia także inne wskaźniki, zwłaszcza jego skuteczność i toksyczność – mówi prof. Jassem. – Na tej podstawie można stworzyć ranking leków, który byłby podstawą decyzji refundacyjnych podejmowanych przez ministerstwo.

Gdyby obowiązywał tzw. cost effectivness, szansę na leczenie mieliby zapewne chorujący na stwardnienie rozsiane. – Nowe leki na SM są drogie, miesięczna kuracja to ok. 4 tys. zł, a chorzy muszą je przyjmować do końca życia, ale w dłuższej perspektywie dają większe korzyści ekonomiczne niż tradycyjne terapie – mówi prof. Adam Stępień, kierownik kliniki neurologicznej Centralnego Szpitala Klinicznego MON. – Bo ograniczają niepełnosprawność chorych, którzy często są w stanie na tych lekach normalnie żyć i pracować.

A tymczasem nawet te skromne pieniądze, które mamy do dyspozycji, wyciekają z systemu. Lekarze podają wiele przykładów refundacji dość kosztownych, a mało skutecznych leków – bo i urzędnicy, notorycznie poddawani presji, uginają się czasem – na przykład gdy chodzi o dzieci. Niektórzy za kontrowersyjne uważają choćby refundowanie enzymu elaprase dzieciom z genetyczną mukopolisacharydozą.

Gdy wszedł na rynek, pojawiła się nadzieja, że wydłuży im życie. Mimo że koszt rocznej terapii wynosił 1,5 mln zł na pacjenta, do programu włączono wszystkie dzieci (40 w kraju, to choroba rzadka) poza tymi, które już były na respiratorach. Lek zarejestrowany jest dla dzieci od szóstego roku życia i za te płaci NFZ, młodszym terapię funduje producent. Niestety okazało się, że efektywność leczenia jest bardzo wątpliwa. Enzym nie dociera do mózgu i do kości, więc u dzieci z objawami ze strony układu nerwowego, upośledzeniem umysłowym, praktycznie nie ma efektów.

Komisja chorób rzadkich przy Centrum Zdrowia Dziecka musiała podejmować decyzje o wyłączeniu z programu tych dzieci, których stan się pogarszał. Choćby dlatego, by nie było posądzenia o prowadzenie uporczywej terapii. Zrozpaczeni rodzice zaczęli oskarżać państwo o wydanie wyroku śmierci. Nikt ich nie poinformował, gdy decydowali się na udział w programie lekowym, że leczenie może być odstawione. A o decyzji przerywającej leczenie dowiadywali się, przyjeżdżając do szpitala na kolejną kroplówkę. W dodatku enzym powinien być odstawiany stopniowo, dawka pomału zmniejszana. A NFZ takiej opcji nie przewiduje, więc lek odstawia się od razu, co może mieć wpływ na gwałtowne pogorszenie stanu dziecka.

Jak za to płacić?

Choć przeliczanie życia i śmierci na pieniądze wydaje się ponurą praktyką, zarządzający zdrowiem publicznym muszą to robić, tym bardziej że koszty leczenia chorób nowotworowych, z uwagi zarówno na wyśrubowane ceny leków, jak i coraz wyższą zachorowalność, są po prostu nie do udźwignięcia nawet dla najbogatszych państw. – Nawet Stany Zjednoczone nie są w stanie pokryć całości leczenia chorób onkologicznych – mówi prof. Szczylik. – Funkcjonuje tam system współpłacenia ubezpieczonych za niektóre procedury. I czwarty dobrowolny filar ubezpieczeń.

Więc gdzieś trzeba tę poprzeczkę finansowania publicznego ustawić. Albo znaleźć równoległe źródła finansowania. Ostatnio Fundacja Watch Health Care zaproponowała powołanie Funduszu Walki z Rakiem. Pieniądze mogłyby pochodzić z ubezpieczeń dobrowolnych, bo – jak twierdzą eksperci WHC – takie dodatkowe ubezpieczenia akceptuje już 72 proc. Polaków. Nie akceptują go jednak politycy.

Tymczasem pieniędzy brakuje nie tylko na leczenie chorób onkologicznych. Jak wyliczyli ekonomiści portalu Bankier.pl, łącznie na ochronę zdrowia wydajemy ponad 100 mld zł w ciągu roku (budżet NFZ to 67,5 mld zł, wydatki na leki – ok. 20 mld i 24 mld na leczenie w prywatnych klinikach). Niewiele ponad 6,5 proc. PKB. A średnia w krajach OECD to ok. 10 proc. (np. w Niemczech to 11,3). Gdybyśmy chcieli dobić do tego średniego poziomu, trzeba by dołożyć 60 mld do wydatków na sektor medyczny. A tego budżet państwa raczej nie udźwignie. Jednak decydenci, sparaliżowani szantażem PiS, boją się nawet rozpocząć debatę o współpłaceniu pacjenta, o dobrowolnych dodatkowych ubezpieczeniach, wszak konstytucja gwarantuje równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych na najwyższym poziomie. W praktyce jest więc równo i marnie. Hipokryzja zabija.

Współpraca: Joanna Zaremba

Polityka 38.2015 (3027) z dnia 15.09.2015; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Wykluczeni wyliczeni"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Emeryci na psychotropach

Potrafią wyłudzać recepty, tłumaczyć, że od leków, które nie uzależniają, mają alergię. I dlatego muszą brać psychotropy. A psychiatrzy przyznają: rekordziści potrafią brać je przez kilka lat.

Katarzyna Kaczorowska
26.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną