Społeczeństwo

Nie myślę, a jestem

Współcześni półanalfabeci: wykształceni, ale ignoranci

Połowa Polaków sądzi, że ludzie żyli już w epoce dinozaurów. Dwie trzecie - że antybiotyki zwalczają wirusy. Połowa Polaków sądzi, że ludzie żyli już w epoce dinozaurów. Dwie trzecie - że antybiotyki zwalczają wirusy. Lassedesignen / PantherMedia
Analfabetyzm funkcjonalny, ignorancja, ciemnota są zmorą współczesnego świata, również najbardziej zaawansowanych cywilizacyjnie krajów. Na Zachodzie z tym się walczy, w Polsce – lekceważy i rozgrywa politycznie.
33 proc. Polaków wierzy w reinkarnację, 61 proc. - w przeznaczenie. Ponad połowa Polaków wierzy w przesądy.belchonock/PantherMedia 33 proc. Polaków wierzy w reinkarnację, 61 proc. - w przeznaczenie. Ponad połowa Polaków wierzy w przesądy.
92 proc. Polaków nie odróżnia procentu od punktu procentowego.Darrell Eager/Getty Images 92 proc. Polaków nie odróżnia procentu od punktu procentowego.

Artykuł w wersji audio

Co to jest inflacja? Tytuł filmu z Leonardo DiCaprio. Jak się nazywa gwiazda umieszczona na fladze Izraela? Gwiazda Allaha. Po czyjej stronie Amerykanie walczyli pod Grunwaldem? Po naszej.

Internetowa telewizja „Matura to bzdura” (MTB) od kilku lat tydzień w tydzień dostarcza tego rodzaju hitów. Adam Drzewicki, jej twórca i producent, nie sprawia wrażenia człowieka skłonnego do intelektualnego wywyższania się. Przeciwnie, przyznaje, że sam niejednokrotnie stwierdzał niepokojące luki we własnej wiedzy. Na pomysł ulicznych testów naprowadził go program gwiazdora amerykańskiej TV Jaya Leno. Oraz doświadczenia z edukacji w Polsce i we Francji, które przywiodły go do wniosku, że coś ze współczesną szkołą musi być nie tak, skoro owe bzdury wygadują osoby dorosłe, zwykle legitymujące się maturą, ba, wielkomiejscy studenci (bo to oni choćby dla zabawy najczęściej stają do konfrontacji z kamerą; osoby powyżej czterdziestki zwykle uciekają). Większość raczej nie wygląda na zażenowanych.

Ten rozrywkowy program potwierdza tylko to, czego dowodzą liczne badania, również międzynarodowe. W lawinie informacji kompletnie gubi się kanon tego, co wiedzieć po prostu należy. Czego nie wiedzieć najzwyczajniej wstyd. A miliony Europejczyków czy mieszkańców USA – mimo ukończenia formalnej edukacji – pozostają analfabetami. Albo w sensie ścisłym, albo funkcjonalnym – ze zdobytej wiedzy nie potrafią zrobić racjonalnego użytku. Zajmująca się walką z tym problemem World Literacy Foundation ocenia ich globalną liczbę na 796 mln, a straty z powodu tej zmory – na 1,2 bln dol. rocznie (w Polsce na 15 mld dol.). Odkryła, że problem ten dotyczy 47 proc. Włochów, 21 proc. Brytyjczyków i ponad 14 proc. Niemców.

Polska w tego rodzaju sondażach nie wyróżnia się z reguły ani na plus, ani na minus. Ale na Zachodzie dostrzega się powagę sytuacji i próbuje jej na różne sposoby zaradzić. Bo rodzi ona pytania fundamentalne: czy społeczeństwa, w których ogromny odsetek ludzi pozostaje na poziomie niemal przedszkolnym, są w stanie roztropnie się rządzić? Jaki sens ma demokracja, gdy tak liczni wyborcy nie rozszyfrowują podstawowych pojęć ekonomicznych, nie dostrzegają związków przyczynowo-skutkowych między wydarzeniami, nie rozszyfrowują języka polityki i mediów, nie czytają i nie liczą sprawnie?

W Polsce też można zaobserwować reakcję na ten stan rzeczy, ale paradoksalną czy po prostu cyniczną: politycy jakby dostrzegli potencjał w tych niezmierzonych pokładach ignorancji. Jak pisaliśmy (POLITYKA 40), traktują wyborców jak ciemny lud. Niestety, to może być bardzo skuteczna strategia. Tuż przed wiosennymi wyborami prezydenckimi MTB pytała o konstytucyjne uprawnienia prezydenta w Polsce – wyniki wypadły żałośnie. Gdzie ucho przyłożyć, tam ujawniają się kompromitujące dziury w pamięci, archaiczne przekonania i nieumiejętność przeprowadzenia – wydawać by się mogło – elementarnych operacji umysłowych.

Dinozaury, wirusy, czarne koty

Hiszpańska Fundacja BBVA w 2014 r. za pomocą 22 pytań sprawdziła wiedzę naukową Europejczyków. Polacy udzielili średnio 11 prawidłowych odpowiedzi, za nami uplasowali się Włosi i Hiszpanie; czołówka – Duńczycy, Niemcy, Holendrzy – znali odpowiedź na 15 pytań. Przed blamażem uratował nas Kopernik: tylko 7 proc. Polaków sądzi, że to Słońce krąży wokół Ziemi (w niektórych krajach to przekonanie podziela i po 20 proc. badanych). Oraz Maria Skłodowska-Curie – pytano bowiem o nazwiska uczonych światowej sławy i tylko co czwarty Polak nie umiał wymienić żadnego (nawiasem mówiąc, jedynie w Polsce noblistka wygrała ten swoisty ranking z Albertem Einsteinem).

Poza tym – słabo. Połowa Polaków sądzi, że ludzie żyli już w epoce dinozaurów. Dwie trzecie – że antybiotyki zwalczają wirusy. Tylko 30 proc. (w Danii 80 proc.) potrafiło wybrać właściwą spośród czterech odpowiedzi na pytanie, czym może skutkować obciążenie chorobą genetyczną w rodzinie. I choć Polacy generalnie opowiedzieli się za postępem naukowym, to pobili rekord, jeśli chodzi o nieufność wobec naukowców, najliczniej stwierdzając, że przekraczają oni granice etyczne – sądzi tak przeszło połowa spośród nas! Co trzeci wyraził przekonanie, że naukowcy kłamią i są niebezpieczni.

Hiszpanie badali też, jak w poszczególnych krajach przedstawiają się liczebne relacje między tymi, którzy skłaniają się ku ewolucjonizmowi, a zwolennikami kreacjonizmu. Średnio w UE 63 proc. uważa, że człowiek i świat są raczej wynikiem działania ewolucji, 25 proc. – że to dzieło Boskie (reszta zdecydowanej odpowiedzi nie udzieliła). W Polsce 37 proc. skłoniło się ku ewolucji, 45 proc. opowiedziało za poglądem kreacjonistycznym. Jesteśmy pod tym względem wyjątkowi, bo nawet w tradycyjnie katolickich Włoszech i Hiszpanii więcej niż połowa badanych zadeklarowała ewolucjonizm. Bardziej kreacjonistyczni okazali się tylko Amerykanie (tam proporcja wypadła 30 do 60 proc.). Jednocześnie Polacy są największymi optymistami, jeśli chodzi o możliwość pogodzenia prawd wiary z wiedzą naukową.

W godzeniu wiary z przekonaniami zgoła nienaukowymi także naszym rodakom idzie nieźle. To już badania CBOS: w reinkarnację (wędrówkę dusz) wierzy 33 proc., w przeznaczenie (zły, dobry los) – 61 proc. Znacznie częściej osoby deklarujące się jako praktykujący katolicy niż niewierzący. Ponad połowa Polaków wierzy w przesądy (CBOS). Najbardziej religijni (praktyki kilka razy w tygodniu) są dwa razy bardziej przesądni niż niepraktykujący. Ranking przesądów zwiastujących powodzenie przedstawia się następująco: trzymanie kciuków, kominiarz, czterolistna koniczyna, talizman, liczba 7. Złe omeny: zbite lustro, czarny kot, podanie ręki przez próg, liczba 13, wstanie lewą nogą. Można by oczywiście uznać to za sympatyczny koloryt kulturowy. Pod jednym wszak warunkiem: gdyby oprócz wiary w moc siódemki i trzynastki polscy kredytobiorcy odróżniali jeszcze procent od punktu procentowego. Nie odróżnia 92 proc.! W badaniach Millward Brown dla Instytutu Wolności i Raiffeisen Bank w 2014 r. podobnie zaszokował inny wynik: tylko co trzeci Polak wie, że obecnie w naszym kraju obowiązują dwa progi podatkowe, a ledwie co piąty pojmuje zasadę, że wejście w wyższy próg nie oznacza zmiany naliczania podatku dla całego dochodu osiągniętego w danym roku. Poziom inflacji z ubiegłego roku prawidłowo podaje co czwarty.

DB Maison (dla Fundacji Kronenberga) odkrył, że przynajmniej świadomość ignorancji ekonomicznej jest w Polsce duża. Zaledwie 1 proc. respondentów ocenił swoją wiedzę jako bardzo dużą, a 4 proc. jako dużą. 62 proc. przyznało, że jest ona słaba i bardzo słaba. Konsekwencje są pewnie dokuczliwe w sensie indywidualnym. No bo ośmiu na dziesięciu Polaków szczerze wyznaje, że nie umie zaplanować wydatków, by osiągnąć cel, np. zaoszczędzić. Ale widać i skutki społeczne. Kiedy CBOS dwa lata temu zapytał naszych obywateli, jakie mają obowiązki wobec państwa, płacenie podatków wymieniło 76 proc. Jeszcze w 1999 r. tego zdania było 87 proc.

Zainteresowanie sprawami polityki, państwa, najnowszej historii jest bardzo naskórkowe. W 2014 r. (TNS) mniej niż połowa Polaków przypomniała sobie daty Okrągłego Stołu i przystąpienia Polski do UE, a akcesji do NATO – ledwie 27 proc.

Zmora nierozumienia

Dla badaczy społecznych kluczowe znaczenie ma dziś pojęcie analfabetyzmu funkcjonalnego. Jego definicja nie jest, co prawda, ostra, ale najogólniej chodzi o to, że człowiek nawet umie poskładać litery w słowa, a słowa w zadania, tyle że nie zrozumie sensu ulotki załączonej do leków (z badań prof. Zbigniewa Kwiecińskiego wynika, że 20 proc. polskich 15-latków i aż połowa osób powyżej pięćdziesiątki nie rozkodowuje owych ulotek). Umie pisać, ale nie sformułuje składnie najprostszej wypowiedzi, np. pisma urzędowego czy podania o pracę. Umie dodawać i odejmować, ale nie przewidzi należnej reszty w supermarkecie i za nic nie policzy odsetek od zwykłej lokaty (DB Maison: 60 proc. Polaków przyznaje, że to poza ich zasięgiem).

Dwa lata temu OECD przeprowadziła w 24 krajach, również w Polsce, Międzynarodowe Badania Kompetencji Osób Dorosłych. Prosty test, w którym trzeba było zrozumieć rozkład zajęć w klubie fitness czy też właśnie policzyć owe odsetki. W czytaniu Polska zajęła 10. miejsce, w arytmetyce – 15. Można powiedzieć nieźle: 20 lat temu nie czytało ze zrozumieniem 40 proc., teraz już tylko 20 proc. naszych rodaków. Polaków napawa dumą statystyka: już 42 proc. osób w wieku 30–34 lata ma wyższe wykształcenie (średnia europejska: 38 proc.). Ale co trzeci magister nie przeczytał ani jednej książki w ciągu roku, 17 proc. – żadnej gazety (badania Biblioteki Narodowej, 2012 r.). Generalnie prawie 61 proc. Polaków w ogóle nie czyta; codzienną lekturę deklaruje tylko 8 proc. nastolatków.

W badaniach PISA – regularnych testach gimnazjalistów – awansujemy tak, że w Wielkiej Brytanii i USA zaczęto mówić o polskim cudzie edukacyjnym. Sceptycy utrzymują jednak, że to poniekąd cud mniemany, bo kraje zachodniej Europy przestają być wymagającą konkurencją. Wyniki ciągną tam w dół coraz liczniejsze w szkołach dzieci imigrantów, nadrabiające dopiero dystans językowy i kulturowy.

Wydaje się dość nieprawdopodobne, by analfabetyzm miał dotykać kolejne młode roczniki, urodzone ze smartfonem w ręku i tabletem przed nosem. Życie społeczne młodzieży polega przecież na bezustannym pisaniu – obsesyjnym klepaniu w rozliczne klawiatury. Prof. Ewa Przybylska, pedagog, specjalistka w dziedzinie andragogiki (subdyscyplina zajmująca się kształceniem dorosłych), autorka książki „Analfabetyzm funkcjonalny”, jest jednak sceptyczna: posługiwanie się tymi urządzeniami jest coraz łatwiejsze, zgadując słowa, piszą one za człowieka. Emotikony, proste hasełka, powszechna zgoda na ignorowanie ortografii i interpunkcji – wszystko to sprawia, że nawet analfabeta dosłowny jest w stanie opanować ten rodzaj komunikacji.

Analfabeta a polityka

Istnieje – rzec można – model nowoczesnego analfabety: młody mężczyzna, w szkole często grał rolę klasowego wesołka, jakoś się prześliznął z klasy do klasy, zaliczył (zgadł, ściągnął?) egzaminy na słynne 30 proc. Bynajmniej nie jest ofermą życiową, przeciwnie – rekompensuje sobie niedostatki pewnością siebie, życiową przebojowością, agresją. Prof. Przybylska tłumaczy, że analfabetyzm pociągą za sobą jednak potężny koszt psychiczny: żyje się w ciągłym strachu przed zdemaskowaniem, a więc bezustannie obmyśla strategie, jak tego uniknąć. Ot, w restauracji zawsze okazuje się, że taki ktoś zapomniał okularów, więc zamawia to, co wszyscy. Jednocześnie często taka osoba nadzwyczajnie rozwija kompetencje społeczne: uchodzi np. za świetnego kumpla w pracy, którego każdy wyręczy, jak już trzeba coś tam napisać, np. ochroniarski raport dnia. Niemcy odkryli, że analfabeci zdarzali się w najwyższych władzach partyjnych NRD.

To nawykowe przywdziewanie maski owocuje osobliwą postawą polityczną: ignorowaniem tej sfery życia. Niechodzeniem na wybory. „Bo to jedna wielka manipulacja”. „Bo ja na nic nie mam wpływu”. Język polityki jest za trudny, programy partii nieczytelne (w dosłownym sensie), akt wyborczy za skomplikowany (zwłaszcza gdy zdarzy się „książeczka”, jak przy ubiegłorocznych wyborach samorządowych). Manifestacyjne stanie obok polityki jest konsekwencją analfabetyzmu funkcjonalnego równie częstą jak uleganie populizmowi. Bo przecież w analfabetyzm wbudowany jest potężny kompleks, skrywane poczucie gorszości, noszone w sobie tabu. To żyzny grunt dla wszystkich, którzy chcą grać na emocjach, „zwracać godność” pokrzywdzonym, gorszym, wykluczonym. I budzić w nich ślepą chęć odwetu.

Kiedy we wrześniu CBOS zapytało Polaków, czy system polityczny w naszym kraju wymaga zmiany, 72 proc. odpowiedziało, że koniecznie. Więcej niż przed Okrągłym Stołem. Na otwarte pytanie, co trzeba konkretnie poprawić, pojedynczy respondenci wskazywali na liczebność Sejmu czy likwidację Senatu. Wielu pisało: zrównać wszystko z ziemią i zacząć jeszcze raz.

Praca u podstaw

Analfabetyzm dorosłych pozostaje wciąż społecznym tabu. Na niedawnej konferencji UNESCO, relacjonuje prof. Przybylska, zalecano, by o nim otwarcie mówić, więcej – krzyczeć. W krajach zachodnich do niedawna kursy alfabetyzacyjne organizowano zwykle pod przykrywką np. zawodowych szkoleń – dziś robi się to otwarcie. Szczególnie skuteczną motywację mają niepiśmienni rodzice dzieci idących do szkoły – proponuje się im równoległy program. Organizuje się telefony zaufania i celowo tworzy klimat szacunku społecznego dla osób, które biorą byka za rogi, mierzą się z własną niewiedzą.

W Polsce praktycznie nie robi się nic. Istnieje, co prawda, szkolnictwo dla dorosłych, ale trzeba tam zaliczyć regularny program ze wszystkich przedmiotów. A dorosły Polak nie lubi się uczyć. Chyba że mu to coś daje zawodowo. Czyli finansowo. Doszkala się ledwie 4 proc. spośród nas, gdy średnio w Unii Europejskiej 12 proc. Połowa Niemców i 70 proc. Szwedów stale chodzi na kursy, choćby języka chińskiego. Dla rozwoju, dla czystej przyjemności. W Polsce – znikomy odsetek. Prof. Przybylska tłumaczy: kiepska infrastruktura, brak nawyków, uraz do nudnej i represyjnej szkoły, brak rozwiązań systemowych (w Szwecji np. wystarczy 14 osób w gminie chętnych na ten chiński, a władze lokalne i państwowe mają obowiązek zorganizować i współfinansować kurs).

Główny jednak problem to skuteczność szkoły. Adam Drzewicki wspomina szkołę francuską, gdzie odpowiednik naszego WOS ma charakter warsztatowy; np. uczniowie „przepychają” ustawę, idąc krok po kroku przez francuski system polityczny, bawiąc się w parlament, prezydenta, Sąd Najwyższy. Matematyka nie polega na kontemplacji piękna tego przedmiotu, ale treningu w operacjach bankowych czy podatkowych. Polska szkoła nie uczy przede wszystkim technik efektywnej nauki. – Tutaj nie miałem żadnych narzędzi – wspomina Adam Drzewicki – by rozróżnić, co jest ważne, co nie. Uczyłem się jak wszyscy: w stresie, popijając jakiś energetyk, według zasady: zakuć, zaliczyć, zapomnieć. W efekcie – jak wynika z programu „Matura to bzdura” – większości polskiej młodzieży, choć coraz sprytniejszej w testach, brakuje ciekawości zewnętrznego świata, podstawowej w nim orientacji geograficznej i historycznej. A wiedza obywatelska? Na maturze z WOS tylko 20 proc. umiało rozpoznać na zdjęciu Tadeusza Mazowieckiego. To wszystko znajduje odbicie w zdumiewających postawach wyborczych czy w hejterskim stosunku do uchodźców.

Jak pisali Mariusz Janicki i Wiesław Władyka, tegoroczna nieustająca kampania wyborcza dowiodła, że politycy traktują wyborców jak ciemny lud, któremu da się wcisnąć każdą nieprawdę i każdą obietnicę bez pokrycia. Niewykluczone, że przez kilka najbliższych lat tak właśnie będzie prowadzona polska polityka. Wiele osób czuje się dotkniętych tą arogancją. Jeśli można tu stawić jakiś opór, to przede wszystkim pracą u podstaw. Otwiera się pole dla ambitnej szkoły, mediów, sektora NGO. Alfabetyzujmy się dla własnego bezpieczeństwa. Hity telewizji MTB wcale nie są takie śmieszne. Rozszyfrujesz skrót PRL? Polskie Rolnictwo Ludowe. Kto jest autorem słów hymnu? Wisława Szymborska. Co jest naturalną granicą między Afryką i Azją? Góry jakieś chyba. Co to znaczy dżihad? Takie święto muzułmańskie. A może nie, raczej język islamski. Co to znaczy cogito ergo sum? Coś związanego z myśleniem, no nie?

Polityka 42.2015 (3031) z dnia 13.10.2015; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Nie myślę, a jestem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną