Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Dżihadyści z Polski

Polak na świętej wojnie

Dawid Ł., wydalony z Norwegii, przejęty przez polskie służby Dawid Ł., wydalony z Norwegii, przejęty przez polskie służby Marek Szybka / Newspix.pl
W Polsce nie ma chyba jeszcze punktu werbunkowego do terrorystycznego Państwa Islamskiego – jak w Niemczech czy Belgii – ale Polacy ciągną do dżihadystów. Czy ktoś nad tym panuje?
Nadzieja, że jak nie będzie w Polsce uchodźców, to i nie będzie terrorystów, jest płonna. Mamy swoich.Łukasz Krajewski/Agencja Gazeta Nadzieja, że jak nie będzie w Polsce uchodźców, to i nie będzie terrorystów, jest płonna. Mamy swoich.

Artykuł w wersji audio

Dawida Ł., 23-latka, w niedzielę 15 listopada, tuż po zamachach w Paryżu, w blasku kamer i fleszy przejęły na lotnisku Okęcie polskie służby. Został wydalony z Norwegii, należał do organizacji Syryjski Ruch Islamski Świt. To niezbyt licząca się lokalna formacja, nie ma jej na listach organizacji terrorystycznych, ale ostatnio weszła w skład koalicji Ansar al-Din (Obrońcy Wiary) wraz z Al-Kaidą oraz Jaish al Mujahireen wal Ansar (Armią Emigrantów i Wspierających) – najokrutniejszą czeczeńsko-kaukaską organizacją, odpowiedzialną za najkrwawsze zbrodnie: ukrzyżowania, ścinanie głów, masowe rozstrzeliwania i podpalenia. I to już nie jest zabawa w jakąś armię cudzoziemską, tylko działanie pod jedną flagą z największymi terrorystami świata.

Paczka do Syrii

Jak tam trafił Dawid Ł.? – Taki pomysł na życie, z braku lepszego – tłumaczy powody człowiek znający środowisko warszawskich muzułmanów. Dawid Ł. miał za sobą osiem klas, w dalszych planach zawodówkę, a po drodze środowisko meczetu przy ul. Wiertniczej w Warszawie. Wspólne modlitwy, spotkania i rozmowy o wyjeździe do Syrii, by walczyć w obronie islamu. Inicjatorem takich rozmów był Marokańczyk przebywający od kilkunastu lat w Polsce, ostatnio pracujący jako fryzjer. Obiecywał pomóc dostać się do Syrii przez Turcję, miał kontakty na miejscu z właściwymi ludźmi. Już go nie ma w Polsce, wyjechał do Syrii walczyć dla Państwa Islamskiego. Tak samo kilku Polaków z ich paczki. W tym m.in. Kuba, student politologii (wcześniej – jak mówią jego znajomi – myślał jechać do Malezji pomagać dzieciom, co jest dla nich dowodem, że też był zwyczajnie zagubiony).

Dawid Ł. – według obecnej wiedzy ABW i prokuratury – od stycznia 2014 r. podejmował działania terrorystyczne na terenie Norwegii, Polski, Turcji i Syrii, które miały polegać na „przemieszczaniu się w sposób niejawny, jak i na udziale w szkoleniach – w tym szkoleniu strzeleckim – oraz w pewnym zakresie w działaniach wojennych”. Chłopak w ostatnie wakacje był w Polsce, przyjechał z Syrii. Dziś prokuratura łódzka twierdzi, że miał u nas wtedy kupować rzeczy związane z planowaną działalnością terrorystyczną. Jakie, czy były to elementy potrzebne do skonstruowania bomby? – prokurator zasłania się dobrem śledztwa. W każdym razie wtedy Dawid Ł. nie został zatrzymany, wrócił do Syrii. Zainteresowały się nim dopiero służby norweskie, gdy we wrześniu tego roku tam wylądował i trafił do ośrodka dla uchodźców. W jego bagażu znaleziono dokumenty i zapiski mogące wskazywać, że przyleciał z zadaniem budowania w Norwegii siatki terrorystycznej. Tamtejsze władze na wszelki wypadek odebrały mu prawo pobytu i powiadomiły nasze służby.

Został przewieziony od razu do Łodzi, bo tam od czerwca ABW wraz z Prokuraturą Apelacyjną prowadzą jedyne w Polsce śledztwo dotyczące udziału Polaków w strukturach Państwa Islamskiego. Służby się tym śledztwem dotychczas nie chwaliły, bo też nie było specjalnie czym. Wszczęto je w związku z zarejestrowaną przez ABW rozmową przez internet wspomnianego studenta politologii z przyjacielem arabistą, który pozostał w Polsce. Według naszych informacji służby zelektryzował fragment o paczce. Chłopak, który wyjechał do Syrii, mówił przyjacielowi, że ktoś przyniesie mu paczkę, którą on ma z kolei przekazać mu do Syrii. W czerwcu ABW weszła do mieszkania arabisty w Warszawie. Znaleziono paczkę, lecz były w niej tylko przyprawy.

Cała operacja skończyła się więc w efekcie postawieniem warszawskiemu przyjacielowi bojownika zarzutu z odkurzonego na tę okoliczność art. 240 Kodeksu karnego: czyli niezawiadomienie o poważnym dla państwa przestępstwie – do trzech lat więzienia. Z policyjnych statystyk wynika, że przez ostatnie dwa lata nie wszczęto ani jednego postępowania z tego artykułu, a wcześniej – sporadycznie, kilka w roku. Tu zastosowano go wobec „niepowiadamiania o przygotowaniach do dokonania czynu terrorystycznego”, za taki czyn uznając, jak należy rozumieć, wyjazd przyjaciela do Syrii i plan wstąpienia w szeregi Państwa Islamskiego. I do tej pory ów przyjaciel to był jedyny człowiek z zarzutami w tym śledztwie.

Teraz doszedł Dawid Ł. On z kolei usłyszał zarzut z tego samego paragrafu co wcześniej członkowie gangu pruszkowskiego – art. 258 par. 2 kk: udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Kara: do ośmiu lat więzienia. Innego artykułu w Kodeksie karnym penalizującego działalność terrorystyczną w zasadzie nie mamy. Jest jeszcze, co prawda, paragraf o zakładaniu organizacji terrorystycznej – od trzech lat więzienia w górę, ale niezastosowany ani razu.

Z takim prawem nie wygramy

Dr Wojciech Szewko, badający problematykę bliskowschodnią i działalność organizacji terrorystycznych, w tym Państwa Islamskiego, mówi, że z takim prawem nie wygramy z terrorystami. Tłumaczy obrazowo: – Jeżeli w Izraelu zamachowiec wjedzie samochodem w grupę żołnierzy, krzycząc Allah Akbar, nawet nikogo nie zabijając, to jest to akt terroru. W Polsce będzie to traktowane tak samo jak wypadek spowodowany przez pijanego kierowcę. Prawie rok temu ówczesny minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna mówił choćby o możliwości unieważnienia paszportu ludziom walczącym w szeregach Państwa Islamskiego. Nie zrobiono nic. Po zamachach w Paryżu temat wraca, karany ma być sam wyjazd czy udział w szkoleniu strzeleckim.

W Wielkiej Brytanii za organizowanie wyjazdów do Syrii można odebrać paszport i oskarżyć o wspieranie działalności terrorystycznej, a w Polsce można założyć biuro podróży Dżihad Tours, umożliwiające zwiedzanie malowniczej północy Syrii – w końcu utrzymujemy z nią normalne stosunki dyplomatyczne. Do tego korzystamy ze spisów organizacji terrorystycznych sporządzanych przez Amerykanów czy ONZ, gdy tymczasem w naszym regionie częściej będziemy mieli do czynienia z małymi, lokalnymi strukturami bojowo-terrorystycznymi, których liczbę w regionie bliskowschodnim szacuje się na 600–700. Do nich będą coraz częściej trafiali europejscy muzułmańscy neofici, w tym także Polacy.

Ciekawe więc będzie, jak sąd potraktuje przynależność Dawida Ł. do Islamskiego Świtu? I na jakiej podstawie uzna jego działalność za terrorystyczną? Zdjęcia na Facebooku na tle flagi terrorystów? A może sąd zwróci się o pomoc prawną w tej sprawie do Syrii?

Dopiero w tym wszystkim się ćwiczymy. Przed dwoma miesiącami zakończył się przed sądem w Lublinie ważny pod tym kątem proces Artura N., Czeczena oskarżonego o działalność terrorystyczną i przynależność do międzynarodowej organizacji terrorystycznej Emirat Kaukaz podporządkowanej Al-Kaidzie. Organizacja ta w maju 2011 r. została wpisana przez Stany Zjednoczone na oficjalną listę ugrupowań terrorystycznych. Jest odpowiedzialna m.in. za zamach na pociąg Newskij Ekspress, w którym zginęło 27 osób, na podmoskiewskie lotnisko Domodiedowo – 36 ofiar, i za zamach w moskiewskim metrze rok wcześniej – zginęło 40 osób. 

W marcu 2012 r. Artur N. został zatrzymany na granicy w Dorohusku w samochodzie wyładowanym bronią i materiałami do konstruowania bomb. Doliczono się 900 sztuk elektrycznych zapalników, znaleziono kilogram materiałów wybuchowych, do tego dwa karabiny snajperskie i 340 nabojów. To wszystko miało trafić z Austrii, przez Polskę i Ukrainę, do Rosji. Czeczen wraz z rodziną mieszkał w Austrii, gdzie otrzymał status uchodźcy. Tamtejsze służby przekazały polskiej prokuraturze materiały na jego temat: wielokrotnie miał kontaktować się m.in. z Arbi Akhijadovem, Czeczenem poszukiwanym za wspieranie działalności terrorystycznej. Sąd w swoim niedawnym wyroku uznał, że nie zebrano wystarczających dowodów, by jednoznacznie stwierdzić, że działał na rzecz Emiratu Kaukaz. I skazał go tylko za posiadanie i przemyt broni – na trzy lata.

Jedyny dotychczas „dżihadysta”, zatrzymany w 2012 r. przez ABW i wsadzony do aresztu za nawoływanie przez internet do świętej wojny, okazał się chorym chłopakiem – według biegłych – nierozpoznającym znaczenia swoich działań ani niezamierzającym wprowadzić swoich słów w czyny. Służby bronią się, twierdząc, że nie można było przewidzieć efektów jego nawoływań.

Cicho zupełnie o innym śledztwie w sprawie terroryzmu, niezwykle ważnym, bo dotyczącym gromadzenia funduszy dla Państwa Islamskiego. Zostało wszczęte pół roku temu, kiedy to w Łomży ABW zatrzymała trzech Czeczenów. Podano wtedy do wiadomości, że sprawa dotyczy funkcjonowania na terenie Polski komórki wsparcia logistycznego Państwa Islamskiego i zbierania dla niego funduszy. Czeczeni siedzą, a prokuratura białostocka zamilkła i nie planuje sprawy kończyć. Tymczasem z raportów Generalnego Inspektora Informacji Finansowej (GIIF), zajmującego się przeciwdziałaniem finansowaniu terroryzmu, wynika, że przez Polskę ciągle przechodzą takie podejrzane pieniądze.

Tylko w ubiegłym roku GIIF wszczął 20 postępowań dotyczących podejrzanych transakcji, mogących mieć związek z finansowaniem terroryzmu – chodziło o transakcje z krajów podejrzewanych o terroryzm, jak też o transakcje przeprowadzane przez osoby bywające w Syrii i Iraku, także mające kontakt z radykalnymi grupami religijnymi. W sumie GIIF złożył do ABW 26 takich powiadomień.

Werbunek chłopców i dziewczynek

Tymczasem na początku 2015 r. ABW informowała członków sejmowej komisji ds. służb specjalnych, że kilku polskich obywateli może brać udział w konfliktach zbrojnych na Bliskim Wschodzie po stronie radykalnych islamistów. Z zastrzeżeniem, że są to Polacy mieszkający nie tu, ale w państwach Unii. Posłowie przekazywali wtedy uspokajające informacje, że „służby wiedzą o tych osobach i starają się je monitorować, gdy wracają”.

Dziś mowa jest o 200 osobach objętych przez ABW monitoringiem. W tej liczbie są zarówno osoby z obywatelstwem polskim – posiadające polski paszport, jak i takie, które kiedykolwiek przekroczyły w Polsce granicę Schengen, a mają związek z Państwem Islamskim. Osobna kategoria to wszelkie zdarzenia, w których kontekście kiedykolwiek pojawiła się Polska; np. połączenia telefoniczne – tłumaczył poseł Marek Opioła z PiS, obecnie szef sejmowej komisji ds. służb specjalnych.

Liczba 200 w stosunku do rzeczywistej skali problemu jest – według dziennikarza Witolda Gadowskiego – znacznie zaniżona, a w zasadzie wyssana z palca. Twierdzi on, że w kilku polskich miastach działają komórki Państwa Islamskiego, zarówno organizacji Ahrar asz-Szam, jak również powiązanego z Al-Kaidą Frontu Al Nura. Latem tego roku Gadowski przeprowadził głośny wywiad z Adrianem N. – Polakiem walczącym w szeregach Państwa Islamskiego, który opowiadał m.in. o tym, jak deportowany z Niemiec za działalność terrorystyczną, nieniepokojony przez służby podróżował po Polsce i wyjeżdżał z niej. – To jest ogromna afera, że człowiek współdziałający z Państwem Islamskim swobodnie poruszał się po terytorium Polski, a następnie bez problemów opuścił kraj – denerwował się dziennikarz.

Informacji o Polakach trafiających do terrorystów z Państwa Islamskiego jest coraz więcej. W lutym br. gazeta „Die Welt” rozpoznała na zdjęciu Maksymilana R., Polaka zastrzelonego w walkach pod Tikritem, który przeszedł na islam w Niemczech, gdzie się przeniósł wraz z siostrą i rodzicami. Jego siostra wspierała Państwo Islamskie, organizując i wysyłając na Bliski Wschód pieniądze. Jest oskarżona o wspieranie dżihadystów. Grozi jej 10 lat więzienia. Pod koniec sierpnia portal TVN24 podał informację o kolejnym Polaku – bojowniku Państwa Islamskiego. Jacek C., urodzony w Miastku na Pomorzu, wziął udział w samobójczym ataku w pobliżu rafinerii Beiji w Iraku, w którym zginęło 11 osób, a 27 zostało rannych. Dla dżihadystów był łatwym celem do zwerbowania, bo był sfrustrowany i miał problemy z prawem.

Pojawił się też film z aktu przyjęcia innego Polaka do organizacji wchodzącej w skład Wolnej Armii Syryjskiej. Skromny pokój, wszyscy siedzą za stołem na wysoki połysk: Polak, tłumacz z otwartym laptopem i starszy mężczyzna, muzułmanin. Chłopak mówi, że ma na imię Michał, był w Polsce inżynierem, ale przyjmuje imię Muhammad. Wypowiadane po arabsku formułki przekładane są mu na angielski. Po czym mężczyzna składa wyznanie wiary – szahadę, powtarzając zdania po arabsku, wyraźnie ich nie rozumiejąc. Do filmu dołączony jest komunikat „ktokolwiek wie…”. Chłopak zaginął, nie wiadomo, gdzie jest, czy żyje.

Gdy dodać tych kilku z Warszawy z jednej tylko „paczki”, to wygląda, jakby Polaków tam szły dziesiątki. Dariusz Mazurek, lider antymuzułmańskiej Polskiej Ligi Obrony Kraju (dawna Polish Defence League), mówi o nasileniu akcji werbunkowej wśród dziewcząt przez portale randkowe. Również i inni obserwatorzy, jak np. dr Szewko, przyznają, że otrzymują sygnały, ostatnio z Niemiec, o zaproszeniach Polaków na spotkania Hizbut Tahrir, organizacji salafitów, promującej idee kalifatu. W Niemczech, gdzie są ogromne skupiska muzułmańskie, w większych miastach, jak Brema, Hamburg czy Hanower, są nawet biura werbunkowe do Państwa Islamskiego. Z Niemiec do terrorystów przystaje kilkaset osób rocznie. W Polsce, z racji o wiele mniejszej skali, odbywa się to bardziej kameralnie – przez kolegę zapaleńca, jak fryzjer z Maroka w przypadku Kuby i Dawida Ł.

Ostatnio objawiło się u nas bez mała oficjalnie samo Państwo Islamskie – poprzez prowadzoną w języku polskim własną stronę internetową, założoną przez Czeczenów Wilajet Kaukaz. Jak mówi dr Szewko, ci ludzie są na tyle uprzejmi, że czasami podrzucają mu na Twitterze informacje o ważniejszych wydarzeniach na Kaukazie. Oni się z tym nie kryją. Co można im zarzucić? Przecież informują i opowiadają. Strona działała na Facebooku cały czas, jak jest zamykana, zaraz pojawia się znowu.

To wszystko pokazuje, że nie jesteśmy – inaczej, niż chcielibyśmy sądzić – niewidoczną dla terrorystów wyspą na morzu szaleństwa. Nadzieja, że jak nie będzie w Polsce uchodźców, to i nie będzie terrorystów, jest płonna. Mamy swoich. Już dwa lata temu do sieci trafił film z walk o Aleppo, jakie stoczyło Państwo Islamskie, gdzie w tle, wśród strzałów, słychać okrzyki walczących: „Dawaj, dawaj…, nie podnoś się! Uważaj!” – czystą polszczyzną.

Polityka 48.2015 (3037) z dnia 24.11.2015; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Dżihadyści z Polski"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Czy oddawać Ukrainie polskie patrioty? NATO naciska, presja rośnie, Warszawa odmawia

Międzynarodowa presja na Polskę nie maleje – zapewne będzie rosła do szczytu w Waszyngtonie, któremu potrzeba „sukcesu". W którymś momencie Warszawa może być nawet napiętnowana za opór, zwłaszcza jeśli na podarowanie Ukrainie świeżo kupionych patriotów zdecydują się Rumunia lub Szwecja.

Marek Świerczyński, Polityka Insight
14.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną