Społeczeństwo

Kliniki cudów

Prywatne centra paramedyczne: leczą czy tylko udają

Specjaliści medycyny alternatywnej znaleźli się w awangardzie. Specjaliści medycyny alternatywnej znaleźli się w awangardzie. Colin Anderson / Getty Images
Coraz częściej za promocją „magicznych” metod leczenia stoją lekarze. W prywatnych instytutach, centrach i klinikach oferuje się chorym samą nadzieję, a nieraz kłamie w żywe oczy.
Terapia ECCT. Działa silnie na naładowane mikrotubule, czyli puste rurki w środku, zbudowane z białka tubuliny, które biorą udział w podziale komórkowym. Poza tym pole elektryczne wzmacnia działanie układu immunologicznego. Proste, prawda?materiały prasowe Terapia ECCT. Działa silnie na naładowane mikrotubule, czyli puste rurki w środku, zbudowane z białka tubuliny, które biorą udział w podziale komórkowym. Poza tym pole elektryczne wzmacnia działanie układu immunologicznego. Proste, prawda?
Chorzy na nowotwory gotowi są wydać ostatnie pieniądze na ratowanie życia.belchonock/PantherMedia Chorzy na nowotwory gotowi są wydać ostatnie pieniądze na ratowanie życia.

Komputery, lasery, tomografy – codzienność współczesnej medycyny. Za sprawą nowoczesnych technologii pacjenci nabierają przekonania, że są leczeni dokładniej, lepiej. Im bardziej kosmiczna metoda, skomplikowany aparat czy choćby ulotka najeżona naukowym żargonem, tym silniejsza przynęta na chorych. Czują się bardziej usatysfakcjonowani, mając wrażenie, że zajęto się nimi naprawdę dobrze i kompleksowo – sprzęt drogi, więc skuteczny.

W gabinetach medycyny niekonwencjonalnej szybko się zorientowano, jak działa ten mechanizm. Dlatego przykładanie rąk przez bioenergoterapeutów na nikim nie robi już wrażenia. Namagnesowana woda lub leki homeopatyczne? Dobre dla tych, którzy wierzą w cuda i mają czas, by kurować się miesiącami. A przecież mamy XXI w., postęp w diagnozowaniu i leczeniu chorób jest błyskawiczny. Tak oto specjaliści medycyny alternatywnej znaleźli się w awangardzie.

WYWIEDZENI w pole

Na przykład taki hełm lub kamizelka do ECCT. Skrót niewiele wyjaśnia, ale pełna nazwa nowej metody proponowanej chorym na glejaki mózgu i nowotwory piersi też nie – Electrical Capacitive Cancer Treatment, można przetłumaczyć jako elektropojemnościowe leczenie raka. Autorem pomysłu jest dr Warsito Purwo Taruno z Indonezji. O co chodzi, wyjaśnia dr Norbert Szaluś, przyjmujący pacjentów w prywatnej poradni zlokalizowanej w bloku mieszkalnym, pod dumną nazwą Instytut Immunoterapii, Nowotworów i Chorób Przewlekłych. – Wreszcie nowe spojrzenie – zachwala dr Szaluś. Z doktoratem w dziedzinie medycyny nuklearnej nie zagrzał długo miejsca w Wojskowym Instytucie Medycznym ani w Centralnym Szpitalu MSWiA, więc zajął się prywatną praktyką. – Onkologia w coraz większym stopniu staje się leczeniem interdyscyplinarnym. Sięgamy po różne sposoby, by zniszczyć komórki rakowe lub pobudzić naturalny układ odporności – mówi. W gabinecie na jednej półce ma ustawione podręczniki stricte medyczne, a na drugiej – z zakresu fitoterapii i tzw. medycyny komplementarnej.

Terapia ECCT trwa do dwóch lat, codziennie pacjent zakłada na siebie specjalną kamizelkę lub hełm na głowę, które wytwarzają pole elektryczne. – Działa ono silnie na naładowane mikrotubule, czyli puste rurki w środku, zbudowane z białka tubuliny, które biorą udział w podziale komórkowym. Poza tym pole elektryczne wzmacnia działanie układu immunologicznego – tłumaczy. Koszt wypożyczenia hełmu lub kamizelki – kilkanaście tysięcy złotych, choć jak zastrzega nasz rozmówca: – Sytuacja jest zmienna, więc lepiej o cenach nie pisać.

Prof. Wiesław Bonicki, kierownik Kliniki Nowotworów Układu Nerwowego z warszawskiego Centrum Onkologii, nigdy nie słyszał o indonezyjskiej metodzie ECCT, ale odsyła do dr. Henryka Koziary, który zajmuje się leczeniem glejaków mózgu. Ten ucina: – Nic o tym nie wiem. Standardem leczenia wciąż pozostaje chirurgiczne wycięcie guza, radioterapia i chemioterapia. Nie ma się co oszukiwać, to leczenie ciężkie, bo nowotwory mózgu do łatwo wyleczalnych nie należą.

ECCT, przynajmniej jak wynika z opisu tej metody, wymyślono właśnie po to, by chorym ulżyć (pisownia i styl oryginalne): „Chemia zabija cały organizm, a ECCT jest terapią miejscową, która leczy pewną część ciała. Nie uderza w resztę ciała, co zmniejsza skutki uboczne. Pole elektryczne może być dostrojone do częstotliwości, która działa w określonym typie komórki. Komórki rakowe są o wiele mniejsze niż w przypadku innych komórek – ECCT można dostroić się do tej wielkości, a normalne komórki nie są uszkodzone”. Prawda, że wszystko jasne?

Dr Szaluś zapewnia, że zarówno hełm, jak i kamizelka wykorzystywane przy terapii ECCT zostaną wkrótce zarejestrowane w Europie. W internecie już teraz można znaleźć informacje, kolportowane na forach poświęconych terapiom naturalnym (sic!), że metoda ECCT otrzymała przychylną ocenę FDA, czyli Amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków, znanej z dość restrykcyjnego podejścia do wszelkich nowinek medycznych. Sprawdziliśmy, że urządzenie zostało zaaprobowane, jednak tylko jako wspomaganie leczenia paliatywnego, a więc może ewentualnie ulżyć nieuleczalnie chorym, u których podawanie chemii wywoływałoby niepotrzebne już w schyłkowym etapie choroby skutki uboczne. I tylko takie zastosowanie ECCT „przeszło” w głosowaniu ekspertów – liczbą głosów 7 za i 6 przeciwko.

Nigdy nie słyszałem o metodzie ECCT rekomendowanej w onkologii – mówi prof. Wojciech Golusiński, prezes Polskiej Grupy Badań Nowotworów Głowy i Szyi. Ponieważ jest członkiem Europejskiego Forum EORTC, które wytycza kierunki rozwoju badań klinicznych, ma informacje z pierwszej ręki: – Zapewniam, że taka metoda nie będzie przedmiotem europejskiego badania klinicznego w najbliższym czasie. Fakt, że 15 proc. pacjentów zgłaszających się do leczenia onkologicznego korzysta z terapii niekonwencjonalnych. Są one często zdumiewające. Ale jeszcze się nie spotkałem, by odniosły pozytywny skutek.

NAKARMIENI kroplówką

Pani Lucyna skorzystała z namowy sąsiadki, która zaprowadziła ją do Kliniki Witaminowej. Na parterze apartamentowca, między salonem sprzedaży parkietów a gabinetem dermatologii estetycznej, niepozorne wejście do recepcji, skąd pacjenci kierowani są na konsultacje lekarskie i do stanowisk, gdzie otrzymują kroplówki z witaminami. Tu nikt nie dokarmia suplementami w tradycyjny sposób – to zbyt archaiczne. Gdy się je poda wprost do żyły, pardon – do krwiobiegu, efekt będzie natychmiastowy!

Na liście wskazań polecanych przez obsługę aż pięć pozycji: oczyszczanie, odmładzanie, odchudzanie, wzmacnianie i regeneracja. Można też skorzystać z kuracji ozonem albo z chelatacji, polegającej na podawaniu „aktywnych substancji, które na drodze chemicznej wychwytują pewne metale i minerały znajdujące się w organizmie”. Ale to już propozycja dla naprawdę ciężko chorych: z miażdżycą, nowotworami, cukrzycą, chorobą Alzheimera i po zawałach serca.

Pani Lucyna przyszła do Kliniki Witaminowej tylko się odchudzić. Skusiła ją ulotka: „Duże dawki witamin, wspomagające przemianę materii, zadziałają sprawniej, jeśli przyjmiesz je bezpośrednio, czyli za pomocą kroplówki. Nie trafiają do żołądka, ale wprost do krwiobiegu, dzięki czemu są niemal całkowicie przyswajalne i dostarczają organizmowi tylko to, czego akurat potrzebuje. Odchudzanie z pomocą witaminowej suplementacji dożylnej jest rewelacyjnym rozwiązaniem dla osób, które cenią zdrowie. Po niecałej godzinie leczenia witaminowego poczujesz się jak nowo narodzony”.

Cena tej kuracji, wraz z obowiązkową wizytą u lekarza, to co najmniej 350 zł. Prof. Elżbieta Anuszewska z Narodowego Instytutu Leków nie rozumie przedstawionej koncepcji: – Witaminy są składnikami pożywienia. I powinny przejść przez przewód pokarmowy, gdzie łączą się z białkami i nośnikami, które następnie rozprowadzają je do tkanek, by mogły się tam wchłonąć. W tym wypadku wprowadzamy do organizmu czystą chemię, a on się przed nią broni.

Zaproponowana pani Lucynie terapia odchudzająca ma składać się z podanego do żyły koktajlu witamin A, C oraz B1, B2, B6, B7 i B12. – Czy ktoś ostrzegł pacjentkę, że witaminy z grupy B napędzają metabolizm? – zastanawia się prof. Anuszewska. – Nie rozumiem, jak można je proponować w tej kuracji! No, a że dożylnie, to już w ogóle jakaś pseudonauka!

W Klinice Witaminowej pracuje dr Magdalena Osińska, która na co dzień zdobywa lekarskie szlify w dziedzinie chorób wewnętrznych w Szpitalu Klinicznym Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie. – Dożylne podanie witamin ma tylko wspomóc organizm. Mamy wielu pacjentów po chemioterapii, z zaburzeniami wchłaniania, którzy odnoszą z tego korzyść.

Owszem, kroplówki z mikroelementami to codzienność na oddziałach zapełnionych chorymi po rozległych operacjach przewodu pokarmowego. Klinika Witaminowa, wbrew wyjaśnieniom pani doktor, reklamuje się jako „innowacyjne centrum medyczne, które koncentruje się na leczeniu i regeneracji”. Ale co najmniej połowa klienteli nie musi wydawać kilkuset złotych, by faszerować się dożylnie wysokimi dawkami witamin! Albo ozonem, który oferowany jest tu w kroplówkach lub domięśniowo jako panaceum w migrenie, cukrzycy, stanach zapalnych skóry lub trądziku. Neurolodzy, diabetolodzy oraz dermatolodzy, których poprosiliśmy o opinię, podsumowują krótko: nie ma żadnych dowodów na lecznicze działanie ozonu, to zwyczajny humbug.

Kilkanaście lat temu w Polsce jak grzyby po deszczu wyrastały bary tlenowe, w których obiecywano skuteczne kuracje na identyczne choroby. Najwyraźniej czysty tlen podawany pacjentom wprost do nosa okazał się za mało skuteczny, skoro dziś zapanowała moda na ozon, czyli trójatomową formę tego pierwiastka. Zakres obiecywanych efektów daleko wykracza poza granice zdrowego rozsądku, ale czy nie na tym ma polegać medycyna XXI w.: bezbolesna, prosta, a zarazem nowoczesna.

PODGRZANI z rakiem

Centrum Medyczne Onkologii i Hipertermii, Polski Instytut Hipertermii Onkologicznej, Europejskie Centrum Hipertermii Onkologicznej. Każda z tych prywatnych placówek oferuje „leczenie nowotworów”, czym ściąga do siebie rzesze pacjentów. Szyldy robią wrażenie, ale potrzebny jest cudzysłów, bo oficjalna medycyna stoi na stanowisku, że hipertermią nie da się wyleczyć raka.

Magnesem, który przyciąga uwagę – a następnie wyciąga od chorych sporą kasę za zabiegi hipertermii – jest pseudonaukowy żargon ulotek reklamowych oraz stół, na którym pacjent podgrzewa się do ok. 42 st. C. Na takim stole „dzięki udoskonalonej technologii promienników ciało pacjenta jest poddawane tylko i wyłącznie działaniu podczerwieni w paśmie A, co umożliwia podniesienie temperatury ciała pacjenta w rekordowym czasie około 60 minut”.

To jak przypiekanie ziemniaków na frytkownicy – drwi prof. Piotr Rutkowski, kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków z warszawskiego Centrum Onkologii. Porównanie wyjątkowo nie spodobało się w położonym nieopodal Centrum Medycznym Onkologii i Hipertermii, gdzie Joanna Konarzewska-Król, dyrektor sprzedaży i komunikacji, ma na temat oferowanej metody odmienne zdanie: – Hipertermia to metoda wspomagająca leczenie nowotworów, kojarzona jest z chemioterapią i radioterapią. Istnieje na jej temat wiele badań i doniesień w literaturze medycznej.

Dr Szaluś z Instytutu Immunoterapii, Nowotworów i Chorób Przewlekłych również tę metodę stosuje i naukowo potrafi do niej zachęcić: – Hipertermia stymuluje układ immunologiczny. Chodzi w niej m.in. o zwiększenie utlenowania komórek i przestrzeni międzykomórkowej. Wówczas maleje poziom adenozyny – a to jest inhibitor immunologiczny, który hamuje naturalny układ odpornościowy.

W onkologii, tej oficjalnej, panuje dziś moda na immunologię. Okazuje się, że odpowiednia stymulacja układu odporności może nakierować go na zwalczanie komórek raka. Ale sukcesy, które widać w kuracjach czerniaka, nowotworów nerek czy płuc, są wynikiem podawania konkretnych leków stymulujących limfocyty, a nie wprowadzania chorych w stan gorączki, do czego sprowadza się hipertermia. Pół roku temu zaprotestowały wszystkie towarzystwa onkologiczne. – Mamy zastrzeżenia co do skuteczności, a w niektórych przypadkach są podejrzenia, że to leczenie chorym szkodzi – tłumaczy prof. Jacek Fijuth, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologicznego.

Jego poprzednik prof. Jacek Jassem, kierujący na co dzień Kliniką Onkologii i Radioterapii w Gdańsku, mówi wprost: – Liczę, że onkolodzy za żadne pieniądze i zachęty nie podejmują współpracy z takimi placówkami i nie kierują do nich chorych. Tu jednak profesor się myli, bo nie tylko dr Szaluś stosuje w swoim „instytucie” tę metodę, ale rozmaite centra hipertermii porozrzucane po Polsce mogą poszczycić się całkiem okazałą listą specjalistów z zakresu onkologii. Jednym z nich jest dr hab. Bogdan Michalski, który piastuje na Śląsku funkcję wojewódzkiego konsultanta ds. ginekologii onkologicznej i nie tylko z tego powodu trudno mu odmówić doświadczenia oraz fachowej wiedzy. Od kilku miesięcy prof. Michalski jest również kierownikiem medycznym Europejskiego Centrum Hipertermii Onkologicznej w Katowicach, czym mocno uwiarygodnia stosowaną w tej prywatnej placówce metodę. – Zobaczyłem w Niemczech, że przynosi doskonałe wyniki – argumentuje. – To leczenie uzupełniające, które często zdaje egzamin w przypadkach, gdy po leczeniu chemią nie ma już nic do zaproponowania. Zgoda, hipertermia nie jest metodą samodzielną ani radykalną. Ale w mojej placówce dbamy o zachowanie wysokich standardów. Polskie Towarzystwo Hipertermii, którego jestem prezesem, będzie starało się przekonywać onkologów, że to leczenie ma sens.

WYLECZENI do czysta

Prywatne kliniki, pytane o stanowisko, zwykle powołują się na artykuły medyczne publikowane w renomowanych czasopismach. To prawda, że oficjalna medycyna od wielu lat testuje hipertermię na różne sposoby. Nawet w renomowanych klinikach onkologicznych „podgrzewanie guzów” jest praktykowane – tyle że jedynie równocześnie z podawaniem cytostatyków lub napromienianiem. Czyli w zupełnie innych okolicznościach, niż dzieje się to w „klinikach cudów”. A mowa tu o kwotach sięgających nawet kilkunastu tysięcy złotych, które wydają rodziny chorych.

Co więcej, kliniki owe wcale nie oferują technologii podgrzewania, które w onkologii naprawdę coś daje – jak np. HIPEC, czyli podawanie cytostatyków wprost do ogrzanej jamy otrzewnej. – Tego rodzaju zabiegi wykonywane są w specjalistycznych ośrodkach onkologicznych, w skojarzeniu z chirurgią lub innymi metodami leczenia – twierdzi prof. Jacek Jassem. – Wszystko inne to szarlataneria.

Co na to samorząd lekarski? Jego władze sprawują pieczę nad wykonującymi ten zawód, więc bacznie powinny się przyglądać niezweryfikowanym naukowo placówkom, które zatrudniają lekarzy i za ciężkie pieniądze oferują chorym ułudę. Prokuratura wielokrotnie umarzała jednak sprawy wytaczane medykom zajmującym się niekonwencjonalnymi metodami, argumentując, że czyny te mają nikłą szkodliwość społeczną.

Dr Ładysław Nekanda-Trepka, zastępca sekretarza Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie, zwraca uwagę, że wiele gabinetów tzw. medycyny alternatywnej, choć świadczą usługi medyczne, pozostaje poza kontrolą samorządu, gdyż nie są to placówki podlegające ustawie o działalności leczniczej. – Klinika Witaminowa to jeden z takich przykładów – wskazuje dr Nekanda-Trepka.

Dr Magdalena Osińska, zapytana o naukowe podstawy leczenia dożylnymi dawkami witamin, odparła, że ona w ten sposób wcale nie leczy, a jeśli takie sformułowanie pojawia się na stronie internetowej, to jest to czysty marketing, za który nie odpowiada. Dr Norbert Szaluś również rozkłada ręce, gdy staramy się wyjaśnić powody, dla jakich jego poradnia nosi okazałą nazwę Instytutu Immunoterapii, Nowotworów i Chorób Przewlekłych: – To może trochę na wyrost, ale pacjenci kojarzą nas częściej jako ImmunoMedica, gdyż taki jest adres strony internetowej.

Chorzy na nowotwory gotowi są wydać ostatnie pieniądze na ratowanie życia. Czy są to dla nich ostatnie deski ratunku? – Dla co trzeciego pacjenta tak – twierdzi dr Norbert Szaluś. – Wielu szuka tej szansy na Zachodzie. Albo niektórzy w Chinach. Jadą tam na tydzień, wracają – i co dalej? Do tej pory zostawali u nas bez niczego.

Doc. Bogdan Michalski już od dawna ma poczucie, że onkologia pozostawia niedosyt. Bo ile można leczyć chemią lub napromieniać pacjenta? Potem kontrole w poradni: rok, dwa, pięć lat. Podświadome wypatrywanie wznowy. – Dopóki nie pojawiła się hipertermia, brakowało mi elementu, który pozwalał na kontynuację leczenia. Jeśli nie ma nic, co mogę choremu zaoferować, dlaczego nie dawać mu takiej nadziei?

Jednak trzeba pamiętać, że medycyna oparta na faktach rozwija się dzięki nauce, czyli science. Pacjentom korzystającym z medycyny niekonwencjonalnej oraz praktykującym ją lekarzom musi wystarczać fiction.

Polityka 8.2016 (3047) z dnia 16.02.2016; Społeczeństwo; s. 37
Oryginalny tytuł tekstu: "Kliniki cudów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Kraśnik i inne strefy wolne of LGBT

Rok temu ostentacyjnie wprowadzali „strefy wolne od ideologii LGBT”. Teraz Europa sprawdza, czy polskie samorządy głosujące za strefami łamały prawa człowieka. Tymczasem straszenie gejami trwa w najlepsze. Andrzej Duda kusi wyborców obietnicą obrony dzieci przed LGBT. Zrobi to w ramach zobowiązania, które nazwał Kartą Rodziny.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną