Uprowadzone przez własnych rodziców

Odbite dzieci
Rodzice często przygotowują dzieci, by płakały, krzyczały, gdy w drzwiach stanie ktoś obcy.
Na rodziców niedojrzałych, widzących tylko własny interes, wikłających dzieci w swój konflikt, w gruncie rzeczy nie ma mocnych.
Daiga Ellaby/Unsplash

Na rodziców niedojrzałych, widzących tylko własny interes, wikłających dzieci w swój konflikt, w gruncie rzeczy nie ma mocnych.

Osób szukających pomocy w Itace było coraz więcej (teraz mają do 350 zgłoszeń rocznie).
darknula/PantherMedia

Osób szukających pomocy w Itace było coraz więcej (teraz mają do 350 zgłoszeń rocznie).

Często w tym wszystkim ginie dobro dziecka. Ze zmagań dorosłych wychodzi pokiereszowane emocjonalnie.
SPL/EAST NEWS

Często w tym wszystkim ginie dobro dziecka. Ze zmagań dorosłych wychodzi pokiereszowane emocjonalnie.

audio

AudioPolityka Ryszarda Socha - Odbite dzieci

W ciągu kilku lat nie tylko zwiększyła się liczba uprowadzeń rodzicielskich, ale też mają one bardziej dramatyczny przebieg. Jedni uprowadzają wbrew orzeczeniom sądów, które uznały, że dziecko ma mieszkać z drugim rodzicem. Inni – przeciwnie, by wyegzekwować orzeczenie ignorowane przez drugiego rodzica. Przykład pierwszy to głośna na całą Polskę sprawa 3-letniego chłopca, zabranego spektakularnie sprzed domu przez trzech zakapturzonych mężczyzn w listopadzie 2015 r. Za akcją stał ojciec dziecka, były antyterrorysta. Miał ograniczone prawa rodzicielskie.

Inaczej było z 8-letnią Sarą, po którą w styczniu 2016 r. trzech mężczyzn, w tym tata, wpadło do klasy szkolnej, rozganiając przestraszone dzieci. Jednak postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie (z września 2015 r.) do czasu zakończenia sprawy rozwodowej wyznaczało córce miejsce zamieszkania właśnie przy ojcu i nie udało się go wyegzekwować. Wcześniej (marzec 2013 r.) sąd „przypisał” ją matce, ale ta robiła wszystko, by wyeliminować mężczyznę z życia dziewczynki i zastąpić go nowym tatą.

Bezradność

Kiedy sąd zmieniał swoją wcześniejszą decyzję, ojciec od 9 miesięcy nie widział córki. Gdy przychodził po nią, nikt nie otwierał albo był załatwiany odmownie. Doszło do tego, że w dni, w które ojciec miał się kontaktować z córką, matka nie posyłała jej do szkoły. Sąd dostrzegł niebezpieczeństwo, że dziecko, zależne od matki i jej konkubenta, kierując się instynktem samozachowawczym, „zatraci całkowicie zdolność samodzielnej oceny sytuacji, będzie prezentować tylko i wyłącznie postawy, jakich oczekuje matka – czyli postawę niechęci do ojca”.

Właściwie po Sarę powinien przyjechać kurator. W asyście policji, jeśli spodziewał się oporu. Ale znając życie, albo pocałowałby klamkę, albo byłoby straszliwe larum. I musiałby zdecydować – wyrywać dziecko na siłę czy się wycofać. Rodzice często przygotowują dzieci, by płakały, krzyczały, gdy w drzwiach stanie ktoś obcy. W fundacji Itaka, zajmującej się poszukiwaniem osób zaginionych i niesieniem pomocy ich bliskim, znają przypadki, gdy 14 podejść nie wystarczyło, by dziecko odebrać. Ze środowiska kuratorskiego mają sygnały, że rekord to 40 prób. Grzegorz Kostka z Itaki nie kryje, że w fundacji długo się wahali, czy w ogóle ruszać ten temat, czy raczej – wzorem innych instytucji – potraktować porwania rodzicielskie jako konflikt okołorodzinny. Bo nie jest to klasyczne zaginięcie. Zwykle wiadomo, że dziecko jest z drugim rodzicem, który też ma prawa opiekuńcze. Często wiadomo z grubsza, gdzie przebywa. Ale osób szukających pomocy w Itace było coraz więcej (teraz mają do 350 zgłoszeń rocznie). Uznali, że trzeba się włączyć. Tłumaczą rodzicom, że mogą prosić policję, by ustaliła miejsce pobytu dziecka. Sprawdziła, czy faktycznie opiekuje się nim drugi rodzic i czy jest zdrowe. Ale to wszystko, czego w takim wypadku mogą od policji oczekiwać.

Dalej rodzice albo muszą się porozumieć między sobą, albo pozostaje im droga sądowa. – Radzimy, żeby się dogadali pozasądowo – mówi Grzegorz Kostka. – Dla dobra dziecka, które potrzebuje obojga rodziców. W sądzie sprawa przechodzi zwykle przez dwie instancje. Mijają ze dwa lata, nim zapadnie prawomocne orzeczenie, które nierzadko nie zadowala żadnej ze stron. Potem niezmiernie trudno je wyegzekwować.

Sąd może wymierzyć rodzicowi, który uniemożliwia drugiemu kontakty z dzieckiem, grzywnę za każde niedoszłe do skutku spotkanie. Są sądy, które takie rozwiązanie chwalą – np. w okręgu szczecińskim wydają rocznie kilkadziesiąt postanowień zagrażających karą finansową za utrudnianie kontaktów dziecka z drugim rodzicem, a w podlegającym Szczecinowi Goleniowie za kilkadziesiąt nieodbytych spotkań dwóch nastoletnich synów z ojcem zasądzono od matki karę 30 tys. zł. Jednak zwykle kończy się na zagrożeniu.

Tak było w przypadku Sary, tej „odbitej” podczas lekcji. Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że dziecko ma być przy ojcu, bo ojciec nie będzie matce utrudniał kontaktów. W razie niepodporządkowania się orzeczeniu zagroził kobiecie kwotą 2 tys. zł za każdy przypadek niewydania dziecka ojcu – lecz nic z tego nie wynikło. Czasem bywa jak w przypadku ojca, któremu zasądzono od matki 500 zł za każde udaremnione spotkanie z dzieckiem. Gdy uzbierało się kilkanaście tysięcy złotych, mężczyzna zwrócił się do sądu, by wyegzekwować należność. Wtedy sąd umorzył całą kwotę, bo jedynym źródłem utrzymania matki i dziecka były alimenty. Sąd uznał, że ściągnięcie grzywny odbyłoby się kosztem dziecka.

Bezkarność

Brak konsekwencji demoralizuje. I sprawia, że na rodziców niedojrzałych, widzących tylko własny interes, wikłających dzieci w swój konflikt, w gruncie rzeczy nie ma mocnych. W Itace mieli do czynienia z sytuacjami, że rodzic zmieniał dziecku wygląd – zapuszczał albo obcinał włosy, chłopca przebierał za dziewczynkę albo na odwrót. Mówił, że mama czy tata nie żyje, więc nie ma za kim tęsknić. Rekordzista trzy lata ukrywał dzieci (włącznie z nieposyłaniem do szkoły) i po tych trzech latach sąd stwierdził, że nie byłoby dobrze, gdyby dziecko zmieniało miejsce pobytu, bo już się przyzwyczaiło, bo przenosiny byłyby nową traumą. Przyklepał rodzicielską samowolę. Nierzadko kontakt z dzieckiem traci ten dojrzalszy rodzic, ze skrupułami, który nie chce przysparzać mu trudnych przeżyć.

Inne państwa z problemem uprowadzeń rodzicielskich radzą sobie różnie. W wielu krajach są one karane. W polskim Kodeksie karnym jest art. 211, który stanowi, że „kto wbrew woli osoby powołanej do opieki lub nadzoru, uprowadza lub zatrzymuje małoletniego poniżej lat 15 (…) podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech”. Jednak w orzecznictwie sądowym przyjęła się interpretacja, że to nie dotyczy rodziców niepozbawionych władzy rodzicielskiej. Wtedy porwanie rodzicielskie nie jest przestępstwem. Traktuje się je objaśnia Itaka jako „formę konfliktu wewnątrzrodzinnego, który powinien zostać rozwiązany bez angażowania dodatkowych służb”.

Interpretację tę wywiedziono z orzeczenia, które Sąd Najwyższy wydał pod koniec lat 70. A więc w innej rzeczywistości społeczno-politycznej. Wtedy zmiany miejsca pobytu były pod kontrolą aparatu państwowego. A o swobodzie podróżowania za granicę, jaką mamy dziś, Polacy nawet nie śnili. Mniej było rozwodów, które rodzą konflikty o opiekę nad dziećmi. Nic jeszcze nie zapowiadało zjawiska aktywnego ojcostwa, na które matki często nie są gotowe. A ojcowie uciekają się do działań radykalnych. Przykładem jest stowarzyszenie Dzielny Tata, skupiające mężczyzn walczących o opiekę nad dziećmi. Stowarzyszenie, choć poufnie, rekomendowało na swej stronie internetowej uprowadzenie jako dobre rozwiązanie i instruowało, jak je przeprowadzić.

POLITYKA (21/12) kilka lat temu pisała o pilnej potrzebie zmiany prawa. Rzecznik praw obywatelskich, rzecznik praw dziecka, także fundacja Itaka opowiadali się za penalizacją porwań rodzicielskich. Jednakże Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego nie zarekomendowała tego rozwiązania. Zaważyło stanowisko Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości. Grzegorz Kostka pamięta, iż wielu ekspertów było za tym, żeby rodziców wysyłać do mediatorów i niczego w prawie nie ruszać. W końcu nie wytrzymała pewna sędzia stwierdziła, że nie da się złego prawa naprawić mediacją. Ale finalnie także Itaka dała się przekonać, że penalizacja porwań mogłaby zaszkodzić tym, którzy uciekają z dzieckiem przed przemocą domową.

Fundacja zamierza obecnie zabiegać o to, by wprowadzono odpowiedzialność karną za nierespektowanie orzeczeń sądu (podobnie jak w przypadku niepłacenia alimentów, co jak wiadomo słabo się sprawdziło), ale w praktyce może być jak z sankcjami finansowymi.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną