Uprowadzone przez własnych rodziców

Odbite dzieci
Na rodziców niedojrzałych, widzących tylko własny interes, wikłających dzieci w swój konflikt, w gruncie rzeczy nie ma mocnych.
Daiga Ellaby/Unsplash

Na rodziców niedojrzałych, widzących tylko własny interes, wikłających dzieci w swój konflikt, w gruncie rzeczy nie ma mocnych.

Osób szukających pomocy w Itace było coraz więcej (teraz mają do 350 zgłoszeń rocznie).
darknula/PantherMedia

Osób szukających pomocy w Itace było coraz więcej (teraz mają do 350 zgłoszeń rocznie).

Często w tym wszystkim ginie dobro dziecka. Ze zmagań dorosłych wychodzi pokiereszowane emocjonalnie.
SPL/EAST NEWS

Często w tym wszystkim ginie dobro dziecka. Ze zmagań dorosłych wychodzi pokiereszowane emocjonalnie.

audio

AudioPolityka Ryszarda Socha - Odbite dzieci

Bezwład

Para poszła w gwizdek. Podobna niemoc i inercja towarzyszyły przez lata problemowi przemocy domowej. Trzeba było wielu wysiłków, wielu dramatycznych zdarzeń, by ją w końcu przełamać. Może to problem naszej mentalności, zakodowanej niechęci do ingerowania w rodzinę. Może stąd ten brak wyraźnej woli, by ukrócić rodzicielską wolnoamerykankę.

Adwokatkę Elżbietę Bansleben, która ma doświadczenie z międzynarodowymi uprowadzeniami rodzicielskimi, dziennikarze zaskoczyli kiedyś pytaniem, czym właściwie uprowadzenie rodzicielskie różni się od porwania. Doszła do wniosku, że chodzi głównie o zmiękczenie obrazu zdarzenia. Zwykłe porwanie obliguje do stanowczych działań, a rodzicielskie? No właśnie. Jest usprawiedliwieniem dla bezczynności. Bansleben uważa, że aby zdyscyplinować rodziców, nie trzeba wcale wprowadzać nowych przepisów. Wystarczy zmienić podejście do tych, które już od dawna obowiązują, czyli do wspomnianego wcześniej art. 211 kk.

Można jeszcze inaczej. W kwietniu 2015 r. w Lęborku ojciec uprowadził spod szkoły swego 7-letniego syna. Matka, zgłaszając porwanie policji, wprowadziła stróżów prawa w błąd, twierdząc, że mężczyzna ma ograniczone prawa rodzicielskie. Ale już po dwóch tygodniach od uprowadzenia sąd odebrał ojcu te prawa na czas prowadzonego postępowania. Daniel Pańczyszyn z lęborskiej policji pamięta, że odnaleźli dziecko po dwóch czy trzech miesiącach w nadmorskim pensjonacie należącym do rodziny ojca. Dzięki decyzji sądu policjanci mieli rozwiązane ręce, mogli przekazać chłopca matce. W innym razie mieliby dla niej tylko informacje, co się z dzieckiem dzieje. Sąd sprawił, że porwanie się nie opłaciło. Potem mógł spokojnie zbadać sprawę.

Może takie postępowanie powinno być zasadą. Przypomina ono to wypracowane w relacjach międzynarodowych, zapisane w konwencji haskiej. Tam generalnie przyjęto, że jeśli dziecko zostało wywiezione przez jednego rodzica wbrew woli drugiego do innego kraju, to najpierw należy przywrócić stan sprzed zdarzenia. Czyli dziecko powinno wrócić tam, skąd zostało zabrane. Ma to zniechęcać rodziców do podejmowania takich kroków. Co roku w trybie konwencji haskiej wpływa do Polski 5090 wniosków o wydanie dzieci. Podobna liczba wniosków kierowana jest z Polski do innych państw. Najwięcej spraw dotyczy Wielkiej Brytanii i Niemiec, a więc krajów, do których wyemigrowało najwięcej Polaków.

Konwencja daje sądom kraju, do którego dziecko wywieziono, termin sześciu tygodni. W polskich realiach niewyobrażalnie krótki. Pozostawia też furtkę (art. 13). Państwo wezwane do wydania dziecka może odmówić, jeżeli istnieje poważne ryzyko, że powrót naraziłby je na szkodę fizyczną lub psychiczną albo „w jakikolwiek inny sposób postawiłby je w sytuacji nie do zniesienia”. Elżbieta Bansleben analizowała orzeczenia sądów różnych krajów. Okazało się, że w Bułgarii, Rumunii i Polsce więcej było przypadków, kiedy sądy, powołując się na art. 13, odmawiały wydania dziecka do kraju, z którego zostało wywiezione. Uważa, że w grę wchodzą: mniejsze poszanowanie reguł prawnych, większa wrażliwość na łzy, na niepoparte faktami opowieści rodzica porywacza, gotowość do kombinowania, by mu pomóc. Dotyczy to nie tylko sądów, prokuratury, policji, ale i szerszego otoczenia (szkoła, przedszkole, kuratorzy, sąsiedzi).

Bezsilność

Często w tym wszystkim ginie dobro dziecka. Ze zmagań dorosłych wychodzi pokiereszowane emocjonalnie. W styczniu 2014 r. Darek miał niewiele ponad 4 lata, kiedy Anna, jego matka, oskarżyła Adama, ojca, o zgwałcenie chłopca. Zgłosiła też podejrzenia, że był molestowany przez nianię oraz wychowawczynie z placówki edukacyjnej. Adam działania żony łączy z pewnym niezrównoważeniem po przebytym udarze mózgu. Oboje są prawdziwymi Europejczykami. Poznali się w Anglii na studiach, pracują dla instytucji europejskich. Ona Polka, on obywatel Polski i Niemiec. Pobrali się w 2001 r. Żyli poza Polską, w różnych krajach, ostatnio w Belgii. Prócz Darka mają jeszcze drugie dziecko, młodsze o trzy lata. Gdy związek się posypał, doszło do separacji. Dzieci mieszkały przy matce, ojciec się z nimi spotykał. Aż do momentu oskarżenia o gwałt. To w ostatnich latach modna broń, po którą sięgają kobiety, by wykluczyć ojców z życia dzieci.

Gdy belgijscy śledczy i sąd zajęli się wyjaśnianiem sprawy, Anna zrobiła wszystko, by nie dopuścić do zbadania Darka przez specjalistów. Okazało się, że same jej słowa nie wystarczą, więc wyjechała z chłopcami do Polski. I tu znów oskarżyła Adama, że wykorzystał synka seksualnie podczas krótkiego pobytu w Sopocie. Dziecko zostało przesłuchane w tzw. niebieskim pokoju, w obecności biegłej. Dowodów molestowania nie znaleziono, ale sprawa ciągnęła się jeszcze dość długo. Tymczasem belgijskie organy ścigania szybko wyciągnęły wnioski z uników kobiety – śledztwo zostało umorzone. Belgijski sąd orzekł, że chłopcy mają zamieszkać przy ojcu. Sprzeciw Anny został oddalony. Adam zgłosił w Belgii uprowadzenie synów i w trybie konwencji haskiej wystąpił o ich wydanie.

Anna przed polskim sądem, który rozpatrywał sprawę wydania dzieci, powoływała się na argument sytuacji „nie do zniesienia”. Dla Darka miał nią być powrót do ojca pedofila – tak mówiła o nim przy chłopcu i innych osobach. Sąd Rejonowy w Sopocie postanowił, że dzieci do 6 grudnia 2014 r. mają być wydane ojcu, że jego prawa zostały naruszone, że nie ma dowodów wykorzystania seksualnego, a wiele wskazuje, iż to matka mogła sugerować chłopcu wykorzystanie.

Kobieta cały czas ukrywała się z dziećmi. Przed sądem musiała ujawnić miejsce pobytu. Ale 6 grudnia 2014 r. już ich pod tym adresem nie było. W październiku 2015 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku, do którego Anna się odwołała, oddalił apelację, uznał trafność ustaleń pierwszej instancji. Wcześniej odbyło się spotkanie z biegłymi w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-Konsultacyjnym. Choć to Anna o nie wnioskowała, przebiegło podobnie jak w Belgii. Matka zrobiła wszystko, by do badania dzieci nie doszło. Pojawiła się bez nich. Sprowadziła je dopiero po wielu sugestiach. Towarzyszył im wynajęty ochroniarz. Zachowywała się bardzo agresywnie. Chłopcy byli tak wystraszeni, iż biegli musieli odstąpić od ich badania. Wtedy kobieta nieco się uspokoiła.

Z opinii RODK wyłania się obraz dzieci utrzymywanych w poczuciu ciągłego zagrożenia, odciętych od normalnego życia społecznego. Okazało się, że Darek jest pozbawiony należytej pomocy psychologicznej. Specjaliści nie byli w stanie ocenić, czy był molestowany. Mieli natomiast pewność, że matka nastawia go wrogo do ojca, utwierdza w roli ofiary, wszczepia poczucie krzywdy, traumatyzuje.

Mimo to po wydaniu orzeczenia przez sąd drugiej instancji długo nic się nie działo. Darek osiągnął wiek szkolny, ale nic (poza oświadczeniami matki) nie wskazywało, że się gdziekolwiek uczy. Ojciec walczył zarzucał prokuraturze stronniczość, policji pozorowanie działań. Mijały miesiące. Dopiero w połowie lutego 2016 r. Annę zatrzymano na podstawie europejskiego nakazu aresztowania (ENA), wystawionego przez Belgię. Dzieci zostały przekazane ojcu. Teraz sąd w Gdańsku musi podjąć decyzję, czy przekazać ich matkę belgijskiemu wymiarowi sprawiedliwości.

***

Imiona dzieci i rodziców zostały zmienione.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną