Społeczeństwo

Odbite dzieci

Uprowadzone przez własnych rodziców

Na rodziców niedojrzałych, widzących tylko własny interes, wikłających dzieci w swój konflikt, w gruncie rzeczy nie ma mocnych. Na rodziców niedojrzałych, widzących tylko własny interes, wikłających dzieci w swój konflikt, w gruncie rzeczy nie ma mocnych. Daiga Ellaby / Unsplash
Rodzice często przygotowują dzieci, by płakały, krzyczały, gdy w drzwiach stanie ktoś obcy.
Osób szukających pomocy w Itace było coraz więcej (teraz mają do 350 zgłoszeń rocznie).darknula/PantherMedia Osób szukających pomocy w Itace było coraz więcej (teraz mają do 350 zgłoszeń rocznie).
Często w tym wszystkim ginie dobro dziecka. Ze zmagań dorosłych wychodzi pokiereszowane emocjonalnie.SPL/EAST NEWS Często w tym wszystkim ginie dobro dziecka. Ze zmagań dorosłych wychodzi pokiereszowane emocjonalnie.

Artykuł w wersji audio

W ciągu kilku lat nie tylko zwiększyła się liczba uprowadzeń rodzicielskich, ale też mają one bardziej dramatyczny przebieg. Jedni uprowadzają wbrew orzeczeniom sądów, które uznały, że dziecko ma mieszkać z drugim rodzicem. Inni – przeciwnie, by wyegzekwować orzeczenie ignorowane przez drugiego rodzica. Przykład pierwszy to głośna na całą Polskę sprawa 3-letniego chłopca, zabranego spektakularnie sprzed domu przez trzech zakapturzonych mężczyzn w listopadzie 2015 r. Za akcją stał ojciec dziecka, były antyterrorysta. Miał ograniczone prawa rodzicielskie.

Inaczej było z 8-letnią Sarą, po którą w styczniu 2016 r. trzech mężczyzn, w tym tata, wpadło do klasy szkolnej, rozganiając przestraszone dzieci. Jednak postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie (z września 2015 r.) do czasu zakończenia sprawy rozwodowej wyznaczało córce miejsce zamieszkania właśnie przy ojcu i nie udało się go wyegzekwować. Wcześniej (marzec 2013 r.) sąd „przypisał” ją matce, ale ta robiła wszystko, by wyeliminować mężczyznę z życia dziewczynki i zastąpić go nowym tatą.

Bezradność

Kiedy sąd zmieniał swoją wcześniejszą decyzję, ojciec od 9 miesięcy nie widział córki. Gdy przychodził po nią, nikt nie otwierał albo był załatwiany odmownie. Doszło do tego, że w dni, w które ojciec miał się kontaktować z córką, matka nie posyłała jej do szkoły. Sąd dostrzegł niebezpieczeństwo, że dziecko, zależne od matki i jej konkubenta, kierując się instynktem samozachowawczym, „zatraci całkowicie zdolność samodzielnej oceny sytuacji, będzie prezentować tylko i wyłącznie postawy, jakich oczekuje matka – czyli postawę niechęci do ojca”.

Właściwie po Sarę powinien przyjechać kurator. W asyście policji, jeśli spodziewał się oporu. Ale znając życie, albo pocałowałby klamkę, albo byłoby straszliwe larum. I musiałby zdecydować – wyrywać dziecko na siłę czy się wycofać. Rodzice często przygotowują dzieci, by płakały, krzyczały, gdy w drzwiach stanie ktoś obcy. W fundacji Itaka, zajmującej się poszukiwaniem osób zaginionych i niesieniem pomocy ich bliskim, znają przypadki, gdy 14 podejść nie wystarczyło, by dziecko odebrać. Ze środowiska kuratorskiego mają sygnały, że rekord to 40 prób. Grzegorz Kostka z Itaki nie kryje, że w fundacji długo się wahali, czy w ogóle ruszać ten temat, czy raczej – wzorem innych instytucji – potraktować porwania rodzicielskie jako konflikt okołorodzinny. Bo nie jest to klasyczne zaginięcie. Zwykle wiadomo, że dziecko jest z drugim rodzicem, który też ma prawa opiekuńcze. Często wiadomo z grubsza, gdzie przebywa. Ale osób szukających pomocy w Itace było coraz więcej (teraz mają do 350 zgłoszeń rocznie). Uznali, że trzeba się włączyć. Tłumaczą rodzicom, że mogą prosić policję, by ustaliła miejsce pobytu dziecka. Sprawdziła, czy faktycznie opiekuje się nim drugi rodzic i czy jest zdrowe. Ale to wszystko, czego w takim wypadku mogą od policji oczekiwać.

Dalej rodzice albo muszą się porozumieć między sobą, albo pozostaje im droga sądowa. – Radzimy, żeby się dogadali pozasądowo – mówi Grzegorz Kostka. – Dla dobra dziecka, które potrzebuje obojga rodziców. W sądzie sprawa przechodzi zwykle przez dwie instancje. Mijają ze dwa lata, nim zapadnie prawomocne orzeczenie, które nierzadko nie zadowala żadnej ze stron. Potem niezmiernie trudno je wyegzekwować.

Sąd może wymierzyć rodzicowi, który uniemożliwia drugiemu kontakty z dzieckiem, grzywnę za każde niedoszłe do skutku spotkanie. Są sądy, które takie rozwiązanie chwalą – np. w okręgu szczecińskim wydają rocznie kilkadziesiąt postanowień zagrażających karą finansową za utrudnianie kontaktów dziecka z drugim rodzicem, a w podlegającym Szczecinowi Goleniowie za kilkadziesiąt nieodbytych spotkań dwóch nastoletnich synów z ojcem zasądzono od matki karę 30 tys. zł. Jednak zwykle kończy się na zagrożeniu.

Tak było w przypadku Sary, tej „odbitej” podczas lekcji. Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że dziecko ma być przy ojcu, bo ojciec nie będzie matce utrudniał kontaktów. W razie niepodporządkowania się orzeczeniu zagroził kobiecie kwotą 2 tys. zł za każdy przypadek niewydania dziecka ojcu – lecz nic z tego nie wynikło. Czasem bywa jak w przypadku ojca, któremu zasądzono od matki 500 zł za każde udaremnione spotkanie z dzieckiem. Gdy uzbierało się kilkanaście tysięcy złotych, mężczyzna zwrócił się do sądu, by wyegzekwować należność. Wtedy sąd umorzył całą kwotę, bo jedynym źródłem utrzymania matki i dziecka były alimenty. Sąd uznał, że ściągnięcie grzywny odbyłoby się kosztem dziecka.

Bezkarność

Brak konsekwencji demoralizuje. I sprawia, że na rodziców niedojrzałych, widzących tylko własny interes, wikłających dzieci w swój konflikt, w gruncie rzeczy nie ma mocnych. W Itace mieli do czynienia z sytuacjami, że rodzic zmieniał dziecku wygląd – zapuszczał albo obcinał włosy, chłopca przebierał za dziewczynkę albo na odwrót. Mówił, że mama czy tata nie żyje, więc nie ma za kim tęsknić. Rekordzista trzy lata ukrywał dzieci (włącznie z nieposyłaniem do szkoły) i po tych trzech latach sąd stwierdził, że nie byłoby dobrze, gdyby dziecko zmieniało miejsce pobytu, bo już się przyzwyczaiło, bo przenosiny byłyby nową traumą. Przyklepał rodzicielską samowolę. Nierzadko kontakt z dzieckiem traci ten dojrzalszy rodzic, ze skrupułami, który nie chce przysparzać mu trudnych przeżyć.

Inne państwa z problemem uprowadzeń rodzicielskich radzą sobie różnie. W wielu krajach są one karane. W polskim Kodeksie karnym jest art. 211, który stanowi, że „kto wbrew woli osoby powołanej do opieki lub nadzoru, uprowadza lub zatrzymuje małoletniego poniżej lat 15 (…) podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech”. Jednak w orzecznictwie sądowym przyjęła się interpretacja, że to nie dotyczy rodziców niepozbawionych władzy rodzicielskiej. Wtedy porwanie rodzicielskie nie jest przestępstwem. Traktuje się je objaśnia Itaka jako „formę konfliktu wewnątrzrodzinnego, który powinien zostać rozwiązany bez angażowania dodatkowych służb”.

Interpretację tę wywiedziono z orzeczenia, które Sąd Najwyższy wydał pod koniec lat 70. A więc w innej rzeczywistości społeczno-politycznej. Wtedy zmiany miejsca pobytu były pod kontrolą aparatu państwowego. A o swobodzie podróżowania za granicę, jaką mamy dziś, Polacy nawet nie śnili. Mniej było rozwodów, które rodzą konflikty o opiekę nad dziećmi. Nic jeszcze nie zapowiadało zjawiska aktywnego ojcostwa, na które matki często nie są gotowe. A ojcowie uciekają się do działań radykalnych. Przykładem jest stowarzyszenie Dzielny Tata, skupiające mężczyzn walczących o opiekę nad dziećmi. Stowarzyszenie, choć poufnie, rekomendowało na swej stronie internetowej uprowadzenie jako dobre rozwiązanie i instruowało, jak je przeprowadzić.

POLITYKA (21/12) kilka lat temu pisała o pilnej potrzebie zmiany prawa. Rzecznik praw obywatelskich, rzecznik praw dziecka, także fundacja Itaka opowiadali się za penalizacją porwań rodzicielskich. Jednakże Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego nie zarekomendowała tego rozwiązania. Zaważyło stanowisko Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości. Grzegorz Kostka pamięta, iż wielu ekspertów było za tym, żeby rodziców wysyłać do mediatorów i niczego w prawie nie ruszać. W końcu nie wytrzymała pewna sędzia stwierdziła, że nie da się złego prawa naprawić mediacją. Ale finalnie także Itaka dała się przekonać, że penalizacja porwań mogłaby zaszkodzić tym, którzy uciekają z dzieckiem przed przemocą domową.

Fundacja zamierza obecnie zabiegać o to, by wprowadzono odpowiedzialność karną za nierespektowanie orzeczeń sądu (podobnie jak w przypadku niepłacenia alimentów, co jak wiadomo słabo się sprawdziło), ale w praktyce może być jak z sankcjami finansowymi.

Bezwład

Para poszła w gwizdek. Podobna niemoc i inercja towarzyszyły przez lata problemowi przemocy domowej. Trzeba było wielu wysiłków, wielu dramatycznych zdarzeń, by ją w końcu przełamać. Może to problem naszej mentalności, zakodowanej niechęci do ingerowania w rodzinę. Może stąd ten brak wyraźnej woli, by ukrócić rodzicielską wolnoamerykankę.

Adwokatkę Elżbietę Bansleben, która ma doświadczenie z międzynarodowymi uprowadzeniami rodzicielskimi, dziennikarze zaskoczyli kiedyś pytaniem, czym właściwie uprowadzenie rodzicielskie różni się od porwania. Doszła do wniosku, że chodzi głównie o zmiękczenie obrazu zdarzenia. Zwykłe porwanie obliguje do stanowczych działań, a rodzicielskie? No właśnie. Jest usprawiedliwieniem dla bezczynności. Bansleben uważa, że aby zdyscyplinować rodziców, nie trzeba wcale wprowadzać nowych przepisów. Wystarczy zmienić podejście do tych, które już od dawna obowiązują, czyli do wspomnianego wcześniej art. 211 kk.

Można jeszcze inaczej. W kwietniu 2015 r. w Lęborku ojciec uprowadził spod szkoły swego 7-letniego syna. Matka, zgłaszając porwanie policji, wprowadziła stróżów prawa w błąd, twierdząc, że mężczyzna ma ograniczone prawa rodzicielskie. Ale już po dwóch tygodniach od uprowadzenia sąd odebrał ojcu te prawa na czas prowadzonego postępowania. Daniel Pańczyszyn z lęborskiej policji pamięta, że odnaleźli dziecko po dwóch czy trzech miesiącach w nadmorskim pensjonacie należącym do rodziny ojca. Dzięki decyzji sądu policjanci mieli rozwiązane ręce, mogli przekazać chłopca matce. W innym razie mieliby dla niej tylko informacje, co się z dzieckiem dzieje. Sąd sprawił, że porwanie się nie opłaciło. Potem mógł spokojnie zbadać sprawę.

Może takie postępowanie powinno być zasadą. Przypomina ono to wypracowane w relacjach międzynarodowych, zapisane w konwencji haskiej. Tam generalnie przyjęto, że jeśli dziecko zostało wywiezione przez jednego rodzica wbrew woli drugiego do innego kraju, to najpierw należy przywrócić stan sprzed zdarzenia. Czyli dziecko powinno wrócić tam, skąd zostało zabrane. Ma to zniechęcać rodziców do podejmowania takich kroków. Co roku w trybie konwencji haskiej wpływa do Polski 5090 wniosków o wydanie dzieci. Podobna liczba wniosków kierowana jest z Polski do innych państw. Najwięcej spraw dotyczy Wielkiej Brytanii i Niemiec, a więc krajów, do których wyemigrowało najwięcej Polaków.

Konwencja daje sądom kraju, do którego dziecko wywieziono, termin sześciu tygodni. W polskich realiach niewyobrażalnie krótki. Pozostawia też furtkę (art. 13). Państwo wezwane do wydania dziecka może odmówić, jeżeli istnieje poważne ryzyko, że powrót naraziłby je na szkodę fizyczną lub psychiczną albo „w jakikolwiek inny sposób postawiłby je w sytuacji nie do zniesienia”. Elżbieta Bansleben analizowała orzeczenia sądów różnych krajów. Okazało się, że w Bułgarii, Rumunii i Polsce więcej było przypadków, kiedy sądy, powołując się na art. 13, odmawiały wydania dziecka do kraju, z którego zostało wywiezione. Uważa, że w grę wchodzą: mniejsze poszanowanie reguł prawnych, większa wrażliwość na łzy, na niepoparte faktami opowieści rodzica porywacza, gotowość do kombinowania, by mu pomóc. Dotyczy to nie tylko sądów, prokuratury, policji, ale i szerszego otoczenia (szkoła, przedszkole, kuratorzy, sąsiedzi).

Bezsilność

Często w tym wszystkim ginie dobro dziecka. Ze zmagań dorosłych wychodzi pokiereszowane emocjonalnie. W styczniu 2014 r. Darek miał niewiele ponad 4 lata, kiedy Anna, jego matka, oskarżyła Adama, ojca, o zgwałcenie chłopca. Zgłosiła też podejrzenia, że był molestowany przez nianię oraz wychowawczynie z placówki edukacyjnej. Adam działania żony łączy z pewnym niezrównoważeniem po przebytym udarze mózgu. Oboje są prawdziwymi Europejczykami. Poznali się w Anglii na studiach, pracują dla instytucji europejskich. Ona Polka, on obywatel Polski i Niemiec. Pobrali się w 2001 r. Żyli poza Polską, w różnych krajach, ostatnio w Belgii. Prócz Darka mają jeszcze drugie dziecko, młodsze o trzy lata. Gdy związek się posypał, doszło do separacji. Dzieci mieszkały przy matce, ojciec się z nimi spotykał. Aż do momentu oskarżenia o gwałt. To w ostatnich latach modna broń, po którą sięgają kobiety, by wykluczyć ojców z życia dzieci.

Gdy belgijscy śledczy i sąd zajęli się wyjaśnianiem sprawy, Anna zrobiła wszystko, by nie dopuścić do zbadania Darka przez specjalistów. Okazało się, że same jej słowa nie wystarczą, więc wyjechała z chłopcami do Polski. I tu znów oskarżyła Adama, że wykorzystał synka seksualnie podczas krótkiego pobytu w Sopocie. Dziecko zostało przesłuchane w tzw. niebieskim pokoju, w obecności biegłej. Dowodów molestowania nie znaleziono, ale sprawa ciągnęła się jeszcze dość długo. Tymczasem belgijskie organy ścigania szybko wyciągnęły wnioski z uników kobiety – śledztwo zostało umorzone. Belgijski sąd orzekł, że chłopcy mają zamieszkać przy ojcu. Sprzeciw Anny został oddalony. Adam zgłosił w Belgii uprowadzenie synów i w trybie konwencji haskiej wystąpił o ich wydanie.

Anna przed polskim sądem, który rozpatrywał sprawę wydania dzieci, powoływała się na argument sytuacji „nie do zniesienia”. Dla Darka miał nią być powrót do ojca pedofila – tak mówiła o nim przy chłopcu i innych osobach. Sąd Rejonowy w Sopocie postanowił, że dzieci do 6 grudnia 2014 r. mają być wydane ojcu, że jego prawa zostały naruszone, że nie ma dowodów wykorzystania seksualnego, a wiele wskazuje, iż to matka mogła sugerować chłopcu wykorzystanie.

Kobieta cały czas ukrywała się z dziećmi. Przed sądem musiała ujawnić miejsce pobytu. Ale 6 grudnia 2014 r. już ich pod tym adresem nie było. W październiku 2015 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku, do którego Anna się odwołała, oddalił apelację, uznał trafność ustaleń pierwszej instancji. Wcześniej odbyło się spotkanie z biegłymi w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-Konsultacyjnym. Choć to Anna o nie wnioskowała, przebiegło podobnie jak w Belgii. Matka zrobiła wszystko, by do badania dzieci nie doszło. Pojawiła się bez nich. Sprowadziła je dopiero po wielu sugestiach. Towarzyszył im wynajęty ochroniarz. Zachowywała się bardzo agresywnie. Chłopcy byli tak wystraszeni, iż biegli musieli odstąpić od ich badania. Wtedy kobieta nieco się uspokoiła.

Z opinii RODK wyłania się obraz dzieci utrzymywanych w poczuciu ciągłego zagrożenia, odciętych od normalnego życia społecznego. Okazało się, że Darek jest pozbawiony należytej pomocy psychologicznej. Specjaliści nie byli w stanie ocenić, czy był molestowany. Mieli natomiast pewność, że matka nastawia go wrogo do ojca, utwierdza w roli ofiary, wszczepia poczucie krzywdy, traumatyzuje.

Mimo to po wydaniu orzeczenia przez sąd drugiej instancji długo nic się nie działo. Darek osiągnął wiek szkolny, ale nic (poza oświadczeniami matki) nie wskazywało, że się gdziekolwiek uczy. Ojciec walczył zarzucał prokuraturze stronniczość, policji pozorowanie działań. Mijały miesiące. Dopiero w połowie lutego 2016 r. Annę zatrzymano na podstawie europejskiego nakazu aresztowania (ENA), wystawionego przez Belgię. Dzieci zostały przekazane ojcu. Teraz sąd w Gdańsku musi podjąć decyzję, czy przekazać ich matkę belgijskiemu wymiarowi sprawiedliwości.

***

Imiona dzieci i rodziców zostały zmienione.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”, czyli na czym polega edukacja seksualna

Nie chodzi o to – jak wydaje się niektórym – żeby pokazywać techniki masturbacyjne. Raczej o to, żeby specjaliści wytłumaczyli rodzicom i wychowawcom, że coś takiego jak masturbacja dziecięca istnieje.

Dominika Buczak
17.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną