Społeczeństwo

Zaliczeni

Dwa miliony frankowiczów czekają na cud

Poturbowani przez kredyty frankowe: Krystyna i Dariusz Wojciechowscy Poturbowani przez kredyty frankowe: Krystyna i Dariusz Wojciechowscy Adam Bogoryja-Zakrzewski
Nadzieje frankowiczów na uwolnienie się od toksycznych kredytów znów okazują się płonne. Dwa miliony ludzi wciąż siedzi na tykających bombach.
Renata Cader. Jej mąż, nie mogąc spłacić kredytu we frankach, popełnił samobójstwo.Adam Bogoryja-Zakrzewski/Polityka Renata Cader. Jej mąż, nie mogąc spłacić kredytu we frankach, popełnił samobójstwo.

Artykuł w wersji audio

Leszek Cader pożegnał się z żoną, gdy rozwieszała pranie. Zajrzał do córki, wtedy sześcioletniej, powiedzieć, że idzie do pracy. Z drugiego, nocnego etatu w firmie Fiat miał wrócić rano, przegryźć coś i pójść do pracy dziennej. Zastrzelił się w nocy, z broni służbowej. Wdowie po nim łamie się głos, gdy czyta dziś: „Przepraszam Renata. Milenka dostanie rentę. Kredyty hipoteczne są ubezpieczone, ale nie wiem, czy na życie. Nie umiem już zrobić nic innego”. Do córki też napisał. Był 16 marca 2015 r. Dwa miesiące po „czarnym czwartku”, gdy frank szwajcarski skoczył z 2 zł do 5 zł. – Nie radziliśmy sobie z tym kredytem. Już wcześniej prosiliśmy bank o zmniejszenie rat, wydłużenie okresu spłaty, ale dostaliśmy odmowę – opowiada Renata Cader.

Samobójstwo jej męża było głośne w regionie. Bank tym razem sam zaproponował roczną przerwę w spłacie kredytu, pobierając jedynie odsetki. Do rodziny zgłosił się prawnik Janusz Budzianowski z kancelarii w Gliwicach. Pomaga jej pro bono prowadzić w sądzie walkę o przewalutowanie kredytu po kursie z dnia udzielenia kredytu lub o dostosowanie wysokości raty do możliwości finansowych wdowy. – To, co się stało z frankiem szwajcarskim, powinno być potraktowane jako losowe trzęsienie ziemi. Bank powinien zareagować po ludzku – uważa. Ale sprawa w sądzie jeszcze potrwa, a przerwa w spłacie rat kończy się w październiku. Już wiadomo, że z pensji Renaty Cader oraz renty dziecka nie dadzą rady płacić po 1,2 tys. zł.

Coś tu się nie zgadza

Wiceprezes Związku Banków Polskich Jerzy Bańka zna sytuację Renaty Cader i podkreśla, że właśnie ta osoba w sposób szczególny zasługuje na pomoc z nowo tworzonego Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, który banki uruchomiły, by pomóc zadłużonym z powodów losowych. Fundusz to pomysł związku na rozbrojenie bomby frankowej.

Frankowicze wciąż jeszcze mają nadzieję na więcej. W styczniu 2016 r. ogłoszono oczekiwany prezydencki projekt ustawy. Zakładał przewalutowanie po tzw. kursie sprawiedliwym, wyższym o ok. 30 proc. niż kurs zaciągnięcia kredytu, a znacznie niższym od obecnego, a gdyby bank nie zgodził się na przewalutowanie – na spłatę po sprawiedliwym kursie.

Zaraz zaprotestował jednak minister finansów Mateusz Morawiecki oraz Narodowy Bank Polski, który oszacował koszty ustawowej restrukturyzacji kredytów na 35 mld zł (plus 9 mld zł z tytułu zwrotu kredytobiorcom nienależnie pobranych spreadów, czyli dodatkowych, przymusowych marż pobieranych przez banki za sprzedaż walut kredytobiorcom).

To rozwiązanie nie broni się w żaden sposób. Jeżeli wybierzemy tę drogę, możemy zdestabilizować system finansowy w Polsce – uważa Jacek Bartkiewicz, członek zarządu NBP. – Nasz system finansowy to w 75 proc. banki. Gdyby część z nich wpadła w poważne kłopoty, to środki z bankowego funduszu gwarancyjnego mogłyby okazać się niewystarczające i trzeba by sięgnąć po budżetowe pieniądze. To z kolei mogłoby uniemożliwić realizację ambitnych programów gospodarczych rządu.

W połowie marca własne wyliczenia dotyczące kosztów prezydenckiej ustawy udostępniła też Komisja Nadzoru Finansowego. Jej zdaniem straty banków miałyby wynosić jeszcze więcej: od 44,5 mld do 67 mld zł (plus 15 mld zł z tytułu zwrotu spreadu). – Przy 67 mld zł, pięć banków mogłoby zbankrutować, ale też 15 banków wykazałoby stratę finansową. To oznaczałoby wejście tych banków w program postępowania naprawczego – dodaje Maciej Krzysztoszek, rzecznik KNF. Zdaniem KNF przy ewentualnym wzroście kursu franka do 5 zł koszty restrukturyzacji przekroczą 107,2 mld zł – a to już by było samobójstwo państwa. Zatem nadzieje frankowiczów, pokładane w projekcie prezydenckim, się zachwiały.

Odezwały się co prawda głosy polemiczne. Były wiceszef KNF Marcin Gomoła przyznaje, że nisko ocenia raport KNF, jeśli chodzi o jego merytoryczny wkład i dane użyte do obliczeń. – W mojej ocenie bez dalszej obróbki trudno będzie go przyjąć jako wiarygodny materiał – mówi. Wśród najważniejszych zarzutów innych ekspertów do wyliczeń KNF jest np. to, że w ujęciu KNF strata to nieosiągnięcie spodziewanych zysków. Na te drugie czekać trzeba by i 40 lat, ale stratę wyliczono na najbliższy rok. Bankowcy tymczasem wciąż wspominają o węgierskim modelu przewalutowania – czyli po aktualnym kursie. Banki by to ochroniło, ale kredytobiorców nie. Zadłużenie pozostałoby niebotyczne, a wysokość raty mogłaby jeszcze wzrosnąć.

Kredyt na kredyt

Dziś ze spłatą rat więcej niż za trzy miesiące zalega 8,5 tys. kredytobiorców walutowych (na ok. 800 tys. wszystkich), a w wielu wypadkach banki powzięły już kroki, aby wymówić kredyt.

Danuta i Mikołaj Rutkowscy są po licytacji. Właśnie stracili dom w Sokołowie Podlaskim. W 2005 r., zapożyczyli się na ponad 100 tys. franków (wtedy ok. 285 tys. zł). Ona kierowała agencją pośrednictwa udzielającą kredytów, on prowadził bar. Ale bank rozwiązał umowę z jej agencją, a właściciel automatów do gier wycofał z baru Rutkowskiego swoje maszyny. Nie byli w stanie zarobić na kredyt, zwłaszcza że w latach kryzysu raty wzrosły prawie o połowę, do grubo ponad 2 tys. zł.

Sprzedali biżuterię, przez jakiś czas pomagała im rodzina, z czasem wpadli w pętlę zadłużenia. Np. wzięli 20 tys. zł kredytu na córkę – wystarczyło na pół roku spłacania rat. Ratowali się niewielkimi pożyczkami w innych bankach, po 10–15 tys. zł – ale to tylko pogarszało ich sytuację. W 2011 r. zaproponowali bankowi ugodę w sprawie domu, czyli dostosowanie rat do ich możliwości, ale ten się nie zgodził. Dom zlicytowano, do końca 2015 r. powinni byli się wyprowadzić, ale nie mieli dokąd. Po 1 kwietnia, zgodnie z prawem, ruszają eksmisje, w najbliższych tygodniach Rutkowskich czeka więc wyprowadzka na ulicę. Oboje przekroczyli już sześćdziesiątkę; on po dwóch zawałach i z cukrzycą dorabia jako ochroniarz, ona po udarze, z którego udało się wyjść, pracuje na pół etatu w biurze obrachunkowym. Liczą jeszcze na pozew, który złożyli przeciw bankowi o unieważnienie umowy kredytowej, lecz to i tak nie zapewni im dachu nad głową. Dzieci mają troje, wyprowadziły się z Sokołowa. Pomagają jak mogą, ale też mają swoje kredyty.

Pan Janusz, też już po licytacji, nie zgadza się na podanie jego danych, bo ukrywa dochody przed syndykiem. Oficjalnie pracuje na etacie za najniższą krajową, żona pracuje na czarno. Dzięki temu żyją. Kredyt we frankach wzięli w latach 2006–08 na rozkręcenie jego firmy oraz na mieszkanie. Za spóźnienia w spłacie rat, plajtę firmy i utratę mieszkania pan Janusz wini bank i gwałtowny wzrost kursu franka. Z wziętego miliona zdążyli spłacić aż 640 tys., ale gdy zaczęły się opóźnienia, bank kredyt wymówił i zażądał jeszcze 1,5 mln zł. Pan Janusz uznał to za rozbój. – W ten sposób nigdy nie wyszedłbym z długów – mówi. Wystąpił do sądu o upadłość likwidacyjną, a po niej o upadłość konsumencką. Mieszkanie – spłacone już w połowie – przejął bank. Pan Janusz ma pretensje do siebie: o naiwność i wiarę w polityków, że ci nie pozwolą bankom wycisnąć go jak cytrynę. Mają z żoną po 42 lata. Jeszcze nie tak dużo. Pomagają dorosłym dzieciom w zorganizowaniu wyjazdu z Polski na stałe, a potem może sami wyruszą za nimi.

Dla Jacka Czarterskiego jego mieszkanie w Opolu to wspomnienie. Zlicytował je nie bank, ale wspólnota mieszkaniowa, ale bank przejął całość środków. Wspólnota nie dostała nic, bo hipoteka przekraczała wartość mieszkania. Wiele życiowych zawirowań spowodowało, że miał długi czynszowe. – Po licytacji bank każe mi dalej spłacać raty kredytu za mieszkanie, którego już nie mam – mówi. – Przez 30 lat po 1,8 tys. zł miesięcznie.

Jacek Czarterski walczy jednak w sądzie o zwrot mieszkania.

Zamknę, zwolnię, upadnę

Lada chwila na bruku znajdą się także dwie inne rodziny: Agnieszki Bińki z dziećmi w Warszawie oraz jej rodziców w podstołecznym Mszczonowie, Krystyny i Dariusza Wojciechowskich. Nie są w stanie spłacać rat, od kiedy pani Krystyna, główna kredytobiorczyni, w 2011 r. straciła dobrą posadę w księgowości. Z korporacji zwolniono ją trzy miesiące przed tzw. okresem ochronnym przed emeryturą. W wieku 54 lat nowego zajęcia już nie znalazła. Dwa mieszkania, które wraz z mężem kupili w 2008 r. na kredyt frankowy, mają po 45 m kw. W jednym, warszawskim, zamieszkała córka samotnie wychowująca dwoje dzieci, w drugim oni.

Gdy zaczęły się kłopoty, Krystyna Wojciechowska poszła do banku rozmawiać. Zgodzili się na zawieszenie spłaty rat przez pół roku i spłatę samych odsetek. A potem trzeba było płacić dalej. Tymczasem z racji zmiany kursu raty z ponad 2 tys. wzrosły do 5 tys. zł miesięcznie. Wojciechowscy proponowali bankowi wpłacanie po 3 tys. zł miesięcznie, ale odmówił. A mieszkań nie można już było sprzedać, bo zadłużenie przekroczyło ich wartość. W 2012 r. bank wypowiedział im umowę. Jest już po pierwszej licytacji mieszkania w Warszawie, lada chwila dojdzie do następnej, bo potencjalni kupcy czekają, aż komornik obniży cenę wywoławczą. Wojciechowscy złożyli pozew do sądu przeciwko bankowi – o niepodejmowanie negocjacji, niechęć do restrukturyzacji kredytu, rozłożenia rat, ale wiadomo, że to potrwa. Żadna specjalna ustawa nie zdąży im już pomóc.

Bezdomna będzie też Grażyna H., która prosi o anonimowość, bo sama prowadzi agencję obrotu nieruchomościami. Informacje o czekającej ją licytacji mogłyby zaszkodzić biznesowi. Kredyt ma z 2007 r. – dostała franki, bo nie miała zdolności kredytowej na złotówki. Kupiła trzy pokoje w wielkiej płycie w Warszawie za 429 tys. zł. W 2011 r. wzięła rozwód i pochowała tatę. To plus codzienna harówka do wieczora doprowadziło ją do depresji.

Przestała spłacać raty regularnie i na początku 2012 r. jej zaległości urosły do 14 tys. zł. – Bank nie pytał o sytuację, nie zaproponował ugody, a jedynie dał mi miesiąc na uregulowanie zobowiązań, po czym od razu przystąpił do windykacji. I wyliczył mi aż 960 tys. zł długu, choć spłaciłam już 180 tys. zł, czyli prawie połowę zaciągniętego kredytu – opowiada. Skierowała sprawę do sądu o uznanie wypowiedzenia za nieskuteczne – dwie instancje odrzuciły jej pozew. Tymczasem bank zaproponował jej spłatę po 2 tys. zł miesięcznie w 300 ratach, przy czym jednorazowo musiałaby jeszcze dopłacić 400 tys. zł. – To było nierealne. Kończąc spłacanie, miałabym 75 lat. No i skąd miałabym mieć takie pieniądze od ręki? – denerwuje się.

Nie podpisała zaproponowanej „ugody”, spłacała jednak co miesiąc po te dwa tysiące; mieszkanie wynajęła, wyprowadziła się do dzieci. Mimo to w 2013 r. bank wystawił tytuł egzekucyjny, a w 2015 r., mimo wpłat, wszczął procedurę komorniczą. Wtedy przestała płacić cokolwiek. Licytacja jest więc kwestią najbliższych tygodni. – Ale nie zapłacę bankowi już nic więcej – mówi Grażyna H. – Zamknę firmę, zwolnię ludzi, pójdę do więzienia albo ogłoszę upadłość.

Grażyna H. znalazła nowego prawnika i planuje raz jeszcze złożyć pozew w sądzie. A potem walczyć – choćby po Sąd Najwyższy. W całej Polsce w sądach leży co najmniej kilka tysięcy pozwów frankowiczów przeciw bankom. – Kancelaria PZ Capital prowadzi ponad 200 takich spraw – wylicza adwokat dr Daniel Pawluczuk i dodaje, że w każdej umowie o tzw. kredyt frankowy występują klauzule niedozwolone. Spread, czyli wyliczany dowolnie „nawis” na kursie sprzedaży, przymusowe, a niekorzystne ubezpieczenie niskiego wkładu własnego, podwyższona marża za brak wpisu w hipotece, wysokie opłaty i prowizje, podwyższona marża w czasie karencji od spłaty kapitału, naliczane opłaty za aneksy do umów, które sięgały nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Niewolnicy bankowi

Do sądu poszła też pani N., która sama była dyrektorem kilku oddziałów różnych banków. Dlatego musi zachować anonimowość: odchodząc z pracy po 10 latach, podpisała lojalkę, czyli nakaz milczenia. Dziś ona także walczy w sądzie z bankiem o swój kredyt. Zadłużyła się blisko 10 lat temu: bank wypłacił jej 350 tys. zł, za które kupiła 28-metrowe mieszkanie. Do dziś spłaciła 140 tys. zł, mimo to jej dług wynosi jeszcze ponad 600 tys. zł. Raty wynosiły początkowo 1,2 tys. zł, dziś – 1,8 tys. – A mówili, że musiałaby być wojna, żeby kurs franka wzrósł o 30 proc. – denerwuje się. – Klient nie miał możliwości wykupienia zabezpieczenia od ryzyka kursowego, np. ubezpieczeniem. Nie było w banku takiego produktu. A co będzie, gdy frank skoczy z 4 do 7 zł? To kredyt bez końca.

Coraz częściej do sądów zgłaszają się także ci, którzy nie mają kłopotów ze spłatą. Jak Maciej Janiszewski. Jako 22-latek, pracujący w stolicy na umowy o dzieło, dostał wraz z partnerką kredyt w wysokości 110 proc. wartości mieszkania. Miało wystarczyć jeszcze na jego wykończenie. W 2008 r. bank przyznał im 300 tys. franków, czyli ok. 600 tys. zł. Wtedy frank był najtańszy. Mimo że Maciej Janiszewski nie zalega z ratami i spłacił już ok. 250 tys. zł, to dług urósł do miliona złotych. Janiszewski wytoczył bankowi sprawę o unieważnienie klauzuli walutowej, czyli ustalenie salda zadłużenia i utrzymanie raty na poziomie kursu z dnia podpisania umowy. Mówi, że walczy, by przez resztę życia nie być bankowym niewolnikiem.

Jerzy Bańka, wiceprzewodniczący Związku Banków Polskich, podkreśla jednak, że banki sądów się nie boją, bo uzyskały korzystne wyroki we wszystkich dużych sprawach o unieważnienie umów kredytowych we frankach.

Polityka 14.2016 (3053) z dnia 29.03.2016; Społeczeństwo; s. 37
Oryginalny tytuł tekstu: "Zaliczeni"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną