Społeczeństwo

Raport o bezbronności

Dziurawa polska armia

Wygląda na to, że zamiast stawiać na nogi polską armię minister Macierewicz będzie się skupiał na budowaniu armii alternatywnej. Wygląda na to, że zamiast stawiać na nogi polską armię minister Macierewicz będzie się skupiał na budowaniu armii alternatywnej. Adam Chełstowski / Forum
Antoni Macierewicz mijał się z prawdą, mówiąc o tym, że na jesieni polska armia była nieprzygotowana do obrony, ale już się to zmieniło. Nie zmieniło się.
Według nowej doktryny patriotyzm i wiara naszych żołnierzy mają być najlepszym gwarantem bezpieczeństwa Polski.Sławomir Olzacki/Forum Według nowej doktryny patriotyzm i wiara naszych żołnierzy mają być najlepszym gwarantem bezpieczeństwa Polski.
Armato-haubica Krab. Nowoczesna broń, do której WP nie ma amunicji.Pibwl/Wikipedia Armato-haubica Krab. Nowoczesna broń, do której WP nie ma amunicji.

Artykuł w wersji audio

Decyzja o utajnieniu raportu o stanie polskiej armii to zagranie zupełnie nie w stylu ministra Antoniego Macierewicza. Raportu o stanie Wojskowych Służb Informacyjnych nie tylko nie utajnił, ale ochoczo wrzucił go do internetu (także w wersji rosyjskiej). Tym razem wgląd do materiałów miała tylko wąska grupa posłów z sejmowej komisji obrony narodowej. O tym, co się znalazło w raporcie, dyskutowano na zamkniętym posiedzeniu, z którego niewiele przedostało się do mediów. – Nie mogę mówić o szczegółach, choć w raporcie ich nie brakowało. Stan polskiej armii był dramatyczny. A zaniedbania na wszystkich polach – mówi poseł PiS Michał Jach, przewodniczący sejmowej komisji obrony narodowej. I dalej, nie wchodząc w oklauzulowane szczegóły, wylicza najważniejsze problemy polskiej armii: – System dowodzenia jest nieczytelny, kompetencje poszczególnych dowódców nakładają się. Rezerwy podstawowych środków bojowych nie odpowiadają normom obronnym. Niektóre jednostki istnieją właściwie tylko na papierze, bo mają takie niskie stany osobowe.

Opozycja bagatelizuje te zarzuty i wskazuje na nieumiejętne interpretowanie faktów. – Problemy z brakiem amunicji wynikają m.in. z nierównego tempa prac nad nową bronią i amunicją do niej – tłumaczy Czesław Mroczek, były wiceminister obrony narodowej. – Wspieraliśmy kilka programów artyleryjskich. Zależało nam, żeby nowe moździerze czy haubice strzelały polską amunicją, ale prace nad nią się przeciągały. Chyba lepiej, że nie kupiliśmy amunicji za granicą? – pyta poseł Mroczek. Ten problem dotyka m.in. armato-haubicy Krab, która miała zostać wyposażona w amunicję pozwalającą na precyzyjne rażenie celów na dystansie 40 km. Podobnie jest z moździerzem Rak, do którego również nadal nie ma odpowiedniej amunicji, choć pierwsze zakupy Raków dla wojska planowane były już w zeszłym roku. Jednak ci, którzy lepiej znają materiał opracowany w MON, twierdzą, że problem nie jest natury interpretacyjnej. – Minister Macierewicz, mówiąc o tym, że bronilibyśmy się od trzech do pięciu dni, wcale nie przesadzał. Kiedy ja o tym mówiłem, spadła na mnie fala krytyki – tłumaczy gen. Waldemar Skrzypczak, były wiceminister obrony narodowej. – Zapasy podstawowej amunicji karabinowej wystarczyłyby nam na mniej więcej tyle. Problem jest systemowy, bo amunicję wypadałoby kupować w kraju, a ta jest absurdalnie droga, skoro podstawowe komponenty do jej produkcji trzeba kupować za granicą.

Asy w dziurawym rękawie

Polska zbrojeniówka linię do produkcji prochu strzelniczego kupiła równo 94 lata temu. Nadal produkujemy na niej proch. Na ile jego jakość spełnia współczesne wymogi, nie warto dywagować.

Jednak armii brakuje nie tylko amunicji, ale również ludzi. Są i takie jednostki, które nie obronią nie tylko kraju, ale nawet samych siebie. Wojskowi przez lata żonglowali żołnierzami pomiędzy jednostkami. Podobnie ze sprzętem.

W czerwcu 2014 r. polska armia dokupiła kolejną partię 119 czołgów Leopard 2. Skierowano je do 34. Brygady Kawalerii Pancernej. Tyle że 34. Brygada przez lata balansowała na krawędzi likwidacji i kto mógł uciekał do innych jednostek. Na dodatek „34” szkoliła się na czołgach PT91, a o Leopardach nie miała pojęcia, bo wozy przyszły bez trenażerów. Żeby szybko postawić brygadę na nogi, kadrę podebrano więc z 10. Brygady Kawalerii Pancernej. W której z kolei nie bardzo było na czym się szkolić, bo zdecydowana większość czołgów, które mieli na stanie, nie miała przedłużonych badań technicznych i dopuszczenia do użytkowania. W efekcie dwie kluczowe brygady pancerne są w rozsypce. Choć na papierze wykazujemy całkiem przyzwoitą siłę uderzeniową, żadna z trzech dywizji, które tworzą trzon polskich siły lądowych, nie jest w stanie szybko osiągnąć zdolności bojowej.

Sprzęt to kolejny rozdział. Choć prace nad armato-haubicą Krab trwały ponad 18 lat, to, że nie opracowano do niej amunicji, nie jest największym błędem. Pierwszych osiem Krabów z fanfarami oddano wojsku do użytku 30 listopada 2012 r. w czasie święta Wojsk Rakietowych i Artylerii, ale trudno powiedzieć, żeby 11. Mazurski Pułk Artylerii w Węgorzewie cieszył się nowym sprzętem. Bardzo szybko okazało się, że ważąca ponad 50 ton konstrukcja jest za ciężka do silnika wskazanego przez armię. W efekcie dochodziło do przegrzania silników. Wszystkie przekazane wojsku wozy trzeba było wycofać z użytku. Ostatecznie kupiono licencję na nowe podwozie w Korei Południowej. Jeśli pierwsze Kraby będą mogły bronić polskich granic za dwa lata, to można będzie mówić o ogromnym sukcesie. W tym tempie wprowadzania zmian, skoro Polska była bezbronna jesienią, to równie bezbronna jest wiosną.

Także Marynarka Wojenna jest w podobnej zapaści. Gdy w zeszłym roku, po prawie 20 latach przerwy, udało się zwodować dwie nowe jednostki, wydawało się, że zapaść przynajmniej przestaje się pogłębiać. Ale już wiadomo, że wejście do służby ORP „Ślązak” nie odbędzie się na czas. Projekt ma kolejne opóźnienie, liczone już w miesiącach i dodatkowych milionach. Także modernizacja tego, co już mamy, przebiega z problemami. Okręty typu Orkan zostały tak mocno doposażone, że istnieje obawa utraty ich sterowności. Na wszelki wypadek nie mogą zbyt gwałtownie manewrować.

Plecaki pełne buław

Winą za zły stan polskiej armii Antoni Macierewicz obarcza głównie wojskowych. Gdyby nie zaplanowane na czerwiec międzynarodowe ćwiczenia Anakonda 2016 i organizowany miesiąc później szczyt NATO w Warszawie, kadrowy trup już ścieliłby się gęsto. Na razie samodzielnie odeszło pięciu generałów, na 23 zatrudnionych w Dowództwie Generalnym. Odejścia miały raczej charakter ambicjonalny. Oficerowie dosyć mieli podważania ich kompetencji i jawnej arogancji ze strony cywilnych zwierzchników. – Celował w tym zwłaszcza wiceminister Bartosz Kownacki, który niektórym oficerom manifestacyjnie nie podawał ręki. Ludziom, którzy mieli osiągnięcia, sprawdzili się na misjach. Trudno się dziwić, że odeszli i to na własną prośbę w trybie niemal natychmiastowym – mówi proszący o anonimowość oficer.

Dla MON odejścia były zaskoczeniem, bo minister Macierewicz dowiedział się o nich z mediów. Jego służby informacyjne zupełnie nie były przygotowane na taką sytuację. Pożar postanowiono ugasić benzyną. Sprawę do skomentowania dostał minister Kownacki. Podszedł do tego z właściwym sobie taktem i logiką. Najpierw odchodzącym oficerom sugerował tchórzostwo i opuszczanie żołnierzy w potrzebie, a następnie cieszył się, że sami odeszli, bo i tak miano się ich pozbyć. Łatwo wydedukować, która wersja jest prawdziwa. A na potwierdzenie domysłów dwa dni po odejściach minister Macierewicz już samodzielnie pozbył się kolejnych dwóch generałów.

Jednak początek kadrowej karuzeli dopiero przed nami. W maju kończy się kadencja szefa Sztabu Generalnego gen. Mieczysława Gocuła. Szanse na to, że zachowa stanowisko na drugą kadencję, są bliskie zera. Plany opracowywane za jego kadencji przez Sztab Generalny dostały w MON miażdżące oceny. WSyD (Wojenny System Dowodzenia), czyli plany na czas wojny, uznano za nierealne i oderwane od możliwości polskiej armii. – Od lat mieliśmy z tym problem. Skoro zrezygnowaliśmy z poboru i nie szkoliliśmy nowych rezerw, to każdy plan był fikcją. To nie przypadek, że wśród wojskowych dokument powszechnie nazywany jest WSTyD – mówi gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych.

Podobny los czeka najprawdopodobniej również gen. Marka Tomaszyckiego, dowódcę operacyjnego. W zhierarchizowanej instytucji, jaką jest wojsko, wahnięcia w pozycji danego oficera odczytuje się choćby z najdrobniejszych gestów. – Na wielkanocne jajeczko u gen. Tomaszyckiego z MON oddelegowano zastępcę dyrektora jakiegoś departamentu. Nie pojawił się nikt z kierownictwa. To jasny sygnał, że na tej linii chemii nie ma – tłumaczy jeden z oficerów. Gen. Tomaszycki już od ponad roku przygotowuje największe po 1989 r. ćwiczenia na terenie Polski. Oprócz 12 tys. polskich żołnierzy weźmie w nich udział 13 tys. żołnierzy z innych państw NATO, w tym 10 tys. żołnierzy amerykańskich. Praca w takiej atmosferze pewnie nie jest miła, ale przygotowania do ćwiczeń oceniane są wysoko.

Mniej więcej tyle samo szans na zachowanie stanowiska ma również gen. Mirosław Różański, dowódca generalny Rodzajów Sił. Był on koordynatorem do spraw reformy systemu dowodzenia – projekt, wprowadzany według wytycznych ministra Stanisława Kozieja, byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, krytykowano od samego początku. – Miało być prosto i przejrzyście, a wyszła struktura, w której gubią się nawet wojskowi. Cała ta reforma jest do pilnej i gruntownej zmiany – mówi poseł Jach. A wojskowi dopowiadają, że do zmiany będą również ci, którzy te projekty firmowali.

Wśród generałów nie ma dobrych nastrojów. Za to od majora w dół zmiany są oczekiwane, zgodnie z zasadą, że skoro generałowie odchodzą, to ktoś musi awansować na ich miejsce. Wiadomo nawet, z jakiego klucza. Krótko przed Świętami Wielkanocnymi nowym rektorem Akademii Obrony Narodowego został płk dr inż. Ryszard Parafianowicz. Choć to saper z wykształcenia, to doktorat poświęcił jednak innym zagadnieniom. Skupił się na historii „żołnierzy wyklętych”. Minister Macierewicz, wyznaczając nowego komendanta AON, stwierdził, że jego zadaniem będzie odbudowanie prestiżu naukowego tej uczelni. Ambitne zadanie, biorąc pod uwagę dotychczasowy dorobek naukowy nowego komendanta.

Jeden żołnierz z jednej ulicy

Wygląda na to, że zamiast stawiać na nogi polską armię minister Macierewicz będzie się skupiał na budowaniu armii alternatywnej. Forsowany przez niego projekt powołania Obrony Terytorialnej to absolutny priorytet w MON. Tworzenie tej formacji właściwie wyłączono spod struktur wojskowych. – Macierewicz w ogóle nie ufa zwykłym wojskowym. Jego zdaniem w ich wykonaniu nic by z tego nie wyszło. Zarżnęliby projekt w powijakach, tak jak zarżnęli Narodowe Siły Rezerwy – mówi jedna z osób związanych z resortem. Dlatego zadanie powierzono emerytowanemu oficerowi z Nysy Grzegorzowi Kwaśniakowi, który podlega bezpośrednio ministrowi Macierewiczowi. A nabór ludzi do ścisłego kierownictwa odbywa się głównie wśród oficerów wojsk specjalnych. – Zdaniem resortu to jedyny zdrowy element w polskiej armii. Nieskażony wpływami zwykłej armii, która przez samego ministra oceniana jest jako umundurowana i uzbrojona struktura urzędnicza – dodaje osoba związana z resortem.

Chęć angażu do OT wyraziło kilku oficerów GROM i jednostki z Lublińca. Nad przejściem zastanawiało się więcej osób, ale formacja nie ma w wojsku najlepszej opinii, zwłaszcza po tym, jak Grzegorz Kwaśniak, jej ojciec założyciel, wyłuszczył publicznie swoją wizję. „Celem Obrony Terytorialnej powinno być wzmocnienie patriotycznych i chrześcijańskich fundamentów naszego systemu obronnego oraz sił zbrojnych, tak aby patriotyzm oraz wiara polskich żołnierzy były najlepszym gwarantem naszego bezpieczeństwa” stwierdził na początku marca. Po tych słowach liczba chętnych stopniała. Wojskowi robili sobie żarty, że żołnierze OT dostaną krzyże zamiast karabinów.

Może się jednak okazać, że OT dostanie nowocześniejszy sprzęt, niż ma regularna armia. – Plany są ambitne. Nie będzie oszczędzania i docierania starego sprzętu gnijącego w magazynach. Od mundurów, przez buty, a na broni skończywszy wszystko ma być nowe i dobrej jakości – mówi jedna z osób zaangażowanych w projekt.

Zadanie jest ambitne, bo MON chce powołać aż 364 kompanie OT w całej Polsce, po jednej w każdym powiecie. W sumie pod bronią znalazłoby się dodatkowych 35 tys. żołnierzy. Pierwsze dwie brygady mają powstać jeszcze w tym roku, głównie na ścianie wschodniej. Z ochotnikami nie będzie pewnie większego problemu, bo resort planuje wypłacać im regularny żołd. Gorzej może być ze strukturą do szkolenia, bo w szale zmian wojsko masowo polikwidowało swoje strzelnice. Nie ma ich już w ponad połowie jednostek.

Wojskowi przyglądają się OT z dużym dystansem. Dotychczas armia była zamkniętą i hermetyczną korporacją, teraz pojawiła się konkurencja, która z czasem może przejmować coraz większą część wojskowego tortu, i to z silnym zapleczem politycznym. Pierwsze etaty dla OT mają być uruchomione już w kwietniu.

Dla MON sprawa jest priorytetowa również ze względów piarowych. Jeśli nie uda się szybko znaleźć dodatkowych pieniędzy na program 500 +, to tradycyjnie trzeba będzie sięgnąć do budżetu MON. Wojsko ćwiczy ten wariant od lat, rok w rok oddając od kilkuset milionów do kilku miliardów. Jednak PiS podkreślał, że wojsko i obronność jest dla tej partii priorytetem, który trudno będzie pogodzić ze skokiem na wojskowy budżet. Dlatego, tworząc OT, zawsze można grać argumentem, że co prawda oddaliśmy miliardy do budżetu, ale powiększyliśmy armię o tysiące żołnierzy. Przeciętny Polak nie będzie wiedział, że to zwykłe mydlenie oczu, bo wartość bojowa takich formacji „do użytku wewnętrznego” w realnej wojnie jest znikoma.

Kawaleria w odwodzie

Choć od momentu przejęcia władzy przez PiS stosunki z USA są na równi pochyłej, to Amerykanie ogłosili właśnie, że wschodnią flankę NATO wzmocnią jedną ze swoich brygad. Ponad 4 tys. żołnierzy ma być rozlokowanych w Polsce, Rumunii i krajach bałtyckich. Polska liczy, że na jej terytorium znajdować się będzie zdecydowana większość sprzętu, który ze sobą przywiozą, i około 2 tys. żołnierzy. I jest to realne, biorąc pod uwagę potencjał szkoleniowy naszego kraju. Polskie poligony są jednymi z największych w Europie, ich średni stopień wykorzystania wynosi 15 proc. rocznie i jest jednym z najniższych w Europie.

Po Lasach Państwowych i PKP – MON to największy posiadacz ziemski w Polsce. Armia zarządza ponad 200 tys. ha gruntów. Ma na nich około 25 tys. obiektów o różnej kubaturze. Polska jest więc idealna do składowania tu sprzętu i ćwiczenia żołnierzy.

Na zaznaczeniu swojej obecności w tym regionie zależało samym Stanom Zjednoczonym. O tym, że trzeba pilnie wzmocnić ten region wojskami amerykańskimi, gen. Philip Breedlove, dowodzący siłami NATO w Europie, głośno mówił już od wielu miesięcy. Tłumaczył, że ignorowanie słabości wschodniej flanki jest proszeniem się o kłopoty i może zostać odczytane przez Rosjan jako oddanie im inicjatywy. Czego skutki mogłyby być opłakane i uderzające w wizerunek nie tylko Sojuszu, ale i USA, jako światowego hegemona. Ogłoszone w zeszłym tygodniu przebazowanie jednej z amerykańskich brygad na wschodnią flankę NATO to w dużym stopniu jego zasługa. Breedlove po prostu wie, że sami się nie obronimy. I niewiele zrobiliśmy, żeby to poprawić. Choć od lat budżet na MON rośnie. I wojsko kosztowało już podatnika dziesiątki miliardów. A efekt jak wyżej.

***

O problemach polskiej armii autor pisał w POLITYCE wielokrotnie. Zob. m.in.: „Swojskie wojsko”, raport, 37/15, „Dziki interes”, 36/15, „Bal na wycieczkowcu”, 28/15, „Przetapianie zatopionej”, 20/15, „Zakupy na potęgę”, 18/15, „Papierowe żołnierzyki”, 7/15, „Operacja Zakupy”, 3/15, „Zalatani”, 43/14, „Tajemnice wojskowe”, 37/14, „Niemiec płakał, jak sprzedawał”, 24/14, „Skażone procedury”, 20/14.

Polityka 15.2016 (3054) z dnia 05.04.2016; Społeczeństwo; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Raport o bezbronności"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną