Jak Polki usuwają ciąże

Aborcji życie codzienne
Od wprowadzenia w 1993 r. ustawy antyaborcyjnej wyrosło nowe pokolenie Polek. To 10 mln kobiet w wieku rozrodczym. Ile z nich w tym czasie zdecydowało się na przerwanie ciąży? Półtora, dwa, może nawet cztery miliony?
Podziemne gabinety, spadek po latach 90., to rozwiązanie dla tych kobiet, które mają pieniądze, a nie mogą wziąć urlopu w pracy czy zostawić rodziny.
mtabasevic/PantherMedia

Podziemne gabinety, spadek po latach 90., to rozwiązanie dla tych kobiet, które mają pieniądze, a nie mogą wziąć urlopu w pracy czy zostawić rodziny.

W 2014 r., rekordowym jeśli chodzi o aborcje z powodu zagrożenia życia lub zdrowia matki, wykonano ich 48.
robeo123/PantherMedia

W 2014 r., rekordowym jeśli chodzi o aborcje z powodu zagrożenia życia lub zdrowia matki, wykonano ich 48.

Z badań CBOS z 2013 r. wynika, że prawie jedna trzecia dorosłych Polek miała raz w życiu aborcję. Większość z nich to praktykujące katoliczki.
Maciej Laska/Getty Images

Z badań CBOS z 2013 r. wynika, że prawie jedna trzecia dorosłych Polek miała raz w życiu aborcję. Większość z nich to praktykujące katoliczki.

audio

AudioPolityka Elżbieta Turlej - Aborcji życie codzienne

Elżbieta, 28-latka, zrobiła aborcję tuż po dojściu PiS do władzy. Do poleconego przez koleżankę ginekologa-położnika pojechała tramwajem. Przyjął ją w swoim gabinecie, w szpitalu. Nazajutrz umówili się na parkingu pod blokiem. Podjechał czerwonym fordem focusem, dał pastylkę, po której miała zacząć ronić, przyjął 2,5 tys. zł w kopercie. Całą noc, mimo leków, zwijała się z bólu. Wysłała do niego esemes z pytaniem: co robić? Odpisał, że musi czekać. Nad ranem zaczęła krwawić, ale jeszcze wpadła do pracy.

O 16.00, tym razem autobusem, pojechała na skrobankę. Partner, mimo że obiecał zawieźć ją samochodem, nagle musiał wyjechać w delegację. Na korytarzu w prywatnym gabinecie ginekologa siedziały trzy kobiety. Na zewnątrz dwaj mężczyźni palili papierosy. Kobiety opuszczały gabinet po 15–30 minutach. Pierwsza z czegoś się śmiała, druga wyszła w spódnicy założonej tył na przód, trzeciej jeszcze podczas zabiegu brzęczała komórka ukryta w torebce.

Kiedy przyszła kolej Elżbiety, ginekolog polecił, aby usiadła na fotelu, anestezjolog podpiął ją do znieczulenia. Kiedy się obudziła, zapytał, jak wróci do domu. Chciała wziąć taksówkę, ale ginekolog powiedział, że mieszka w okolicy. Podrzucił. Krwawiła jeszcze 4 dni, ale ginekolog (tylko przez dwa dni, potem przestał odbierać) uspokajał, że to norma. Po tygodniu telefonicznie zerwała z partnerem, który mimo powrotu z delegacji nie znalazł dla niej czasu. Szukała w sobie osławionego syndromu postaborcyjnego PAS (organizacje pro-life znów zaczęły straszyć w TVP poaborcyjną depresją, załamaniami itd.), bo jeszcze i to miało ją czekać. I doszła do wniosku, że to nie jej problem.

Dobry katolik

Takich jak Elżbieta w ubiegłym roku mogło być nawet 200 tys. Takie są szacunki Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Oficjalnie sprawozdania rządowe z realizacji Ustawy o planowaniu rodziny mówią o niespełna tysiącu kobiet. W 2014 r., rekordowym jeśli chodzi o aborcje z powodu zagrożenia życia lub zdrowia matki, wykonano ich 48. Z powodu tzw. wad letalnych czy uszkodzeń płodu – 921. – Pozostałe kobiety sięgnęły po to, co dostępne na rynku, czyli gabinety podziemne, aborcję farmakologiczną i turystykę aborcyjną – mówi Karolina Więckiewicz, prawniczka Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

W pewnym sensie aborcja, czyli „budzące kontrowersje dobro luksusowe” versus „morderstwo najgorszego rodzaju” – to stały element ich świata. Dojrzewały, słuchając dyskusji przeciwników i zwolenników życia poczętego: oglądając rozwieszane na płotach kościołów wystawy ze zdjęciami martwych płodów i organizowane na 8 marca „manify o wolność macic”. Czytały na Onecie czy Wirtualnej o karach więzienia dla ginekologów, którzy wbrew prawu robili aborcje (w 2014 r. prokuratura wszczęła dochodzenie w 436 sprawach). Jednocześnie dowiadywały się, że ich odpowiedzialność karna za usunięcie ciąży jest zerowa, bo kobietę można skazać dopiero za dzieciobójstwo, a to w świetle polskiego prawa jest możliwe dopiero po porodzie (choć niektóre sądy uznawały, że także w przypadku płodu, który osiągnął zdolność do samodzielnego życia).

Obserwowały księży czy polityków, którzy tą aborcją rozgrywali wojny o władzę. Psycholog Joanna Drosio-Czaplińska zwraca uwagę, iż świadomość, że „aborcja to stały element gry politycznej”, może zmiękczać ją, odrywać od kwestii moralnych. I tak już się dzieje: z badań CBOS z 2013 r. wynika, że prawie jedna trzecia dorosłych Polek miała raz w życiu aborcję. Większość z nich to praktykujące katoliczki, które przyznają się do poglądów prawicowych. Takie jak Magda, 27-latka, która zdecydowała się na aborcję w gabinecie podziemnym.

Cztery lata temu, bez stałej pracy, porzucona przez partnera zrobiła to, co mogła. I zrobiła to najlepiej, jak umiała, czyli zanim wybrała lekarza (z ogłoszenia: pomoc ginekologiczna – pełen zakres), sprawdziła opinie na jego temat, podpytała na forach dziewczyny, które miały u niego zabieg. Jak większość lekarzy schodzących po pracy do podziemia gin przyjął ją w przychodni szpitalnej. Pod drzwiami nasłuchała się od pacjentek, jaki to wspaniały człowiek. I dobry katolik – co dla niej było ważne. Katolik, bo w kilku przypadkach, odmawiając zabiegu, powołał się na sumienie.

Polki w rozjazdach

Ale podziemne gabinety, spadek po latach 90., to rozwiązanie dla tych, które mają pieniądze, a nie mogą wziąć urlopu w pracy czy zostawić rodziny. Inne wyjeżdżają za granicę, do klinik aborcyjnych w Niemczech, Czechach, Holandii, Austrii, Wielkiej Brytanii, Słowacji. Cena jest podobna jak w Polsce: 400–500 euro, strony internetowe prowadzone są w języku polskim. Infolinia również. Warunki w porównaniu z tymi z podziemnych gabinetów luksusowe. Aborcja wykonywana farmakologicznie, ale też (co najchętniej, ze względu na skrócenie czasu, wybierają Polki) metodą próżniową (odessanie zawartości macicy).

Z informacji Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny wynika, że Polki, które wybierają turystykę aborcyjną, to aż 80 proc. zagranicznej klienteli klinik. Tylko w jednym z kilkunastu niemieckich szpitali (blisko naszej granicy) rocznie przerywa ciąże ponad tysiąc naszych rodaczek. Podobna ilość jeździ do Austrii. Do aborcji podchodzą zadaniowo. Katarzyna Waniek z wiedeńskiego Ambulatorium Gynmed przyznaje, że to, na co najczęściej się skarżą, to konieczność ukrywania się przed pracodawcą, dodatkowe opłaty za lewe zwolnienia, drogie hotele.

Po zabiegu chwalą profesjonalizm lekarzy, dziękują, że nie muszą uciekać z kliniki chyłkiem ani brać na siebie ciężaru tajemnicy. – Czują ulgę i satysfakcję, że udało im się wszystko dobrze zorganizować i spokojnie wracać do domu – mówi Waniek.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną