Kultowa knajpa Krowarzywa ma kłopoty. Pracownicy na śmieciówkach, nad głowami – monitoring
Krowarzywa to nie odosobniony przypadek. Warszawska gastronomia chyba w całości gra wedle tych samych reguł.
Marcin Matuszewski/Facebook

Pracownicy popularnej wegańskiej burgerowni Krowarzywa w centrum Warszawy oprotestowali pogarszające się warunki pracy i brak umów o pracę, zawiązali związek zawodowy, a następnie zostali – niegodnie z obowiązującym prawem – zwolnieni. Obecnie trwają negocjacje, knajpa przeżywa kryzys wizerunkowy. Gra toczy się o przyszłość nie tylko restauracji, ale także wizji biznesu opartego na ideałach. Bo wizytówką Krowarzyw był nie tylko weganizm, ale i anarchistyczny, równościowy klimat.

Ideały chwyciły. Świetnie funkcjonująca jadłodajnia nie mieściła się w swoim lokalu, a jednocześnie zdawała sobie sprawę, że podstawą jej sukcesu jest lokalizacja. Z czego właściciele mogli sobie nie zdawać sprawy, to że duża część ich sukcesu z pewnością opierała się na ideowej lojalności pracowników. Wynajęto większy lokal przy Hożej i drugi przy Marszałkowskiej: tym razem po normalnej cenie rynkowej (bardzo wątpię, by dziupla w kamienicy, której stan wyraźnie mówi, że jest w trakcie odzyskiwania, kosztowała proporcjonalnie tyle samo).

I nagle wszystko zaczęło się psuć. Relacje między pracownikami a pracodawcą gwałtownie się pogorszyły (pracownicy mówią o kilkukrotnym zwiększeniu obowiązków służbowych), a kultura pracy idąca w pakiecie z warstwą ideologiczną przedsięwzięcia musiała ustąpić w tak zwanym starciu z rzeczywistością. Co właściciele podkreślili, montując nad głowami anarchistycznej załogi monitoring. Brawa za wyczucie.

Lewicowe środowiska widzą to przede wszystkim jako nagły atak chciwości właścicieli i ich przejście na pozycję wroga klasowego. Ja nie. Kiedy mijałam otwierające się Krowarzywa na Marszałkowskiej – znając mniej więcej stawki czynszowe tego typu – byłam pewna, że będą kłopoty.

Potrafię sobie wyobrazić szefów tego przedsięwzięcia, którzy – mając świetny, kręcący się pomysł na biznes! – nie mogli zasnąć, zestawiając w myślach przychody ze stałymi pozycjami: wielkim czynszem i wynagrodzeniami brutto.

Krowarzywa to nie odosobniony przypadek. Warszawska gastronomia chyba w całości gra wedle tych samych reguł. (Z pewnością są wyjątki. To tych kilka miejsc, gdzie jest dość drogo, ale wciąż tam chodzimy, od lat przyzwyczajeni do tych samych twarzy, a z kelnerami jesteśmy po imieniu). W Krowarzywach jednak ciekawe jest to, że nie jest to wybór ideologiczny przedsiębiorcy-kapitalisty, „bo można”. Od początku byli ideowi. To dowód na to, że po prostu nie da się zarobić tyle, żeby wystarczyło na realizowanie wszystkich przewidzianych reguł. Jak to podsumował znajomy z branży Paweł Bravo: – Czynsze zachodnie, siła nabywcza klientów wschodnia.

Dziki kapitalizm w tym kraju będzie wygrywał tak długo, jak długo pracownicy na śmieciówkach będą przekonani, że ich wrogiem jest pracodawca, a roztrzęsieni pracodawcy – że ich największym problemem są krnąbrni, roszczeniowi i okradający ich pracownicy.

Tymczasem to jednak nie tak. Gwałtowny kryzys w opartej na ideałach organizacji biznesowej (wcześniej w podobny sposób oberwał Nowy Wspaniały Świat związany z Krytyką Polityczną) mówi nam tyle, że choćby się chciało, i tak się nie da. Czynsze zachodnie, siła nabywcza klientów – wschodnia. I to warto by z głową wreszcie zmienić.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną