Foodsharing: jak to działa?

Bierzcie i jedzcie
W założeniu proste: zostaw jedzenie, którego masz za dużo, weź, ile chcesz i na co masz ochotę. W praktyce trudne albo wręcz niemożliwe.
Toruńska jadłodzielnia działa na targu.
Mikołaj Kuraś/Agencja Gazeta

Toruńska jadłodzielnia działa na targu.

Ratowników żywności z Krakowa, Warszawy i Torunia przybywa.
foodsharing/Facebook

Ratowników żywności z Krakowa, Warszawy i Torunia przybywa.

Ratowniczka żywności – emerytka pani Halinka przyjeżdża codziennie. Ze składanym krzesłem, obrazkiem z Jezusem Zmartwychwstałym, czajnikiem elektrycznym i kubkiem na kawę. Całe życie pracowała w warzywniaku, wagę ma w rękach, kalkulator w głowie, tęsknotę za klientem we krwi. Dlatego jadłodzielnia na toruńskim targowisku Manhattan spadła jej z nieba. Posiedzi, posprząta, ułoży na półkach, zapakuje do społecznej lodówki, podzieli na równe porcje, wyda.

Paru rzeczy jednak nie rozumie: jak można tak brać, co i ile się chce, bez oglądania się na innych? Dlaczego ich budka nr 27 w odróżnieniu od innych boksów na targowisku jest otwarta od 6.00 do 22.00? No i czy to normalne, że wszyscy mogą wchodzić, grzebać w spożywce i nikt nikomu nie patrzy na ręce? O braku pieczątek, faktur czy kierownictwa, któremu wypadałoby raportować, co, kto i jak, pani Halinka nie wspomni.

Jadłodzielnia ma działać na zasadzie odruchu: daję – biorę. Bez ideologii, rozbudowanych struktur, polityki, lansu – mówi Agnieszka Bielska z Foodsharing Warszawa. Trzydziestoparolatka, była pracownica Banku Żywności, od niedawna w Ośrodku Karta, zwolenniczka uruchamiania w ludziach mrówczej perspektywy. A jadłodzielnia jak mało co sprzyja perspektywie mrówki. Tu człowiek zapomina o hurcie w kontaktach międzyludzkich. Docenia detal: od luzu w lodówce, z której znikają niepotrzebne produkty, przez nowe smaki, po oszczędności. Widzi korzyści natury wyższej: jeśli do idei zachęci sklepy czy restauracje, może uratować tony wyrzucanego jedzenia. A jeśli do jadłodzielni ściągnie tłumy, w masie zginą biedni, do tej pory stygmatyzowani w darmowych jadłodajniach. 

Inni potrafią, my nie

Udaje się w Libanie, Włoszech czy Niemczech, gdzie ludzie dzielą się nie tylko jedzeniem, ale i sprzętami, ubraniami czy usługami bez pośrednictwa organizacji czy fundacji. W Polsce też powinno. Do foodsharingu (z ang. food – jedzenie, share – dzielić) wystarczy niewiele: chętni do dzielenia, punkt, w którym można wstawić społeczną lodówkę, regał i krzesło. Papierologia na poziomie podstawowym: podpisanie umowy na prąd do gniazdka, w które wepnie się lodówkę. Zgoda od miejscowego sanepidu z wyszczególnieniem produktów, które nie mogą być przechowywane – czyli surowego mięsa i jaj. Poza tym – państwu nic do tego, czym jeden obywatel częstuje drugiego. Mimo to w Krakowie sprawa skomplikowała się już na poziomie idei. Pomysłodawczyni jadłodzielni Weronika Wirtel musiała godzinami tłumaczyć, z czym to się je. Mówiła, że na co dzień pracuje w Centrum Konferencyjno-Kongresowym i widzi, jak po skończonej imprezie koreczki, desery czy ciasto lądują w śmietniku. Aż ręka świerzbi, żeby je uratować. Wszystko zgodnie z prawem, bo zamówienie zrealizowane, VAT odprowadzony. Tak jak w dziesiątkach innych krakowskich hoteli czy restauracji, które wyrzucają catering, a przecież mogłyby oddawać. 

Mimo to, kiedy zaczęła w mediach i przez FB szukać miejsca, lodówki i ratowników żywności, dowiedziała się, że igra z ogniem. W komentarzach czytała, że „prowokuje pasożyty społeczne” i chce ściągnąć w jedno miejsce ludzi nadużywających alkoholu. Ktoś zarzucił, że zamiast wciągać ludzi w wolontariat, powinna dać pracę. Najlepiej założyć spółdzielnię socjalną z minimum wynagrodzenia 1700 zł. Inny ostrzegał, że stworzy zagrożenie epidemiologiczne, zatruje mieszkańców Krakowa. Kolejny z troską pytał, jak widzi ograniczenie dostępu do lodówek bezdomnym czy chorym?

Wyjaśniałam, że to nie będzie miejsce dla biednych i że nie chcę dokarmiać Krakowa, ale ograniczyć marnowanie i wyrzucanie jedzenia – mówi Wirtel. – Napisałam też do jednego z największych uniwersytetów w kraju z prośbą o udostępnienie kąta na lodówkę z jedzeniem dla studentów. Dostałam odpowiedź odmowną z sugestią, że mogłam pomylić adresata. 

Po kilku miesiącach znalazła miejsce w okolicy Rynku. Ktoś dał lodówkę, zgłosiło się 20 fudsejwerów chętnych do dbania, żeby nic się nie zmarnowało. Wśród nich emeryci, którzy – jak zapewniają w listach – mają wieloletnią domową praktykę w ratowaniu żywności. 

Kto lepszy, kto gorszy

Ratownicy po sześćdziesiątce – co zauważają fudsejwerzy z Torunia – są niezwykle oddani żywności. Tyle że nie mają takiego jak młodzi dostępu do potencjalnych oferentów. Nie mają też ich siły przekonywania. Może budzą zaniepokojenie, że wezmą tylko dla siebie, przehandlują? Poza tym, tak jak pani Halinka, mają potrzebę podsumowań i rozliczeń: kto ile dał, kto bardziej zasłużony, kto mniej. Kto lepszy, kto gorszy. – A tu trzeba delikatnie. Lepiej im nie patrzeć na ręce, bo uciekną – przekonuje Sylwia Kowalska, organizatorka toruńskiej jadłodzielni, radna opozycyjnego wobec władz miasta Czasu Mieszkańców. – Najlepiej przejść się po targowisku, przekonać, że nie muszą sami przynosić. Wystarczy, żeby zostawiali na ławach, my zbierzemy.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną