Powrót do zbrodni po latach: podważone badanie DNA

Beztroska bez dna
Jest nagły zwrot w sprawie głośnego zabójstwa, które zostało już osądzone i wydano wyrok. I sygnał w sprawie wiarygodności badań DNA. No, może nie tyle badań, co ludzi, którzy je wykonują.
Świadkowie zeznali potem, że strzelało dwóch z trzech facetów stojących przy ogrodzeniu. Broń trzymali w gołych dłoniach, bez rękawiczek.
Mirosław Gryń/Polityka

Świadkowie zeznali potem, że strzelało dwóch z trzech facetów stojących przy ogrodzeniu. Broń trzymali w gołych dłoniach, bez rękawiczek.

Oskarżono o podwójne zabójstwo jedynie Artura S. Policja i prokuratura nie znalazły innych podejrzanych.
Mirosław Gryń/Polityka

Oskarżono o podwójne zabójstwo jedynie Artura S. Policja i prokuratura nie znalazły innych podejrzanych.

Artur S. ma pecha, ale i trochę szczęścia. Jego pech polega na tym, że ślady DNA znalezione na broni, z której zastrzelono człowieka, po trzech latach dopasowano do jego kodu genetycznego. Odrobina szczęścia zaś dotyczy biegłej, która wydała opinię brzmiącą jak wyrok. To ta sama pracownica policyjnego laboratorium z Olsztyna, której postawiono zarzuty w związku z zaniedbaniami dotyczącymi materiału genetycznego pobranego ze szczątków Krzysztofa Olewnika, ofiary porwania dla okupu. Prokuratura uznała, że błędy popełnione wtedy przez biegłą wymagają przeprowadzenia ekshumacji, by ponownie sprawdzić, czy to faktycznie szczątki Krzysztofa. Przed sądem w Elblągu toczy się proces tej specjalistki z policyjnego laboratorium. Straciła też pracę. Tamta nierzetelność to dzisiaj szansa dla Artura S.

Od niedawna pełnomocnikiem Artura S. jest wrocławski adwokat Jakub Orłowski. Przeglądając akta, ze zdziwieniem skonstatował, że wśród dowodów nie wykazano materiału genetycznego, na podstawie którego skazano jego klienta. Zwrócił się z pytaniem o dokumentację służącą wydaniu opinii kryminalistycznej do Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Uzyskał następującą odpowiedź: „W dokumentacji archiwalnej związanej z wydaniem opinii kryminalistycznej LK-7111/2002 nie ma informacji, które mogłyby wprost wskazywać na związek z osobą Artura S.”.

Adwokat wywnioskował z tego, że jego klienta skazano na 25 lat więzienia, bo sąd został przez biegłą wprowadzony w błąd. Dlatego złożył do Sądu Najwyższego wniosek o wznowienie postępowania, czyli o ponowne przeprowadzenie procesu.

Ucieczka przed klęską

Sprawa dotyczy dokonanego w Mikołajkach podwójnego zabójstwa z sierpnia 2002 r. Odtworzono następujący przebieg wydarzeń: od strony ulicy do ogródka tawerny Okoń podeszło trzech osobników w dresach i nakryciach głowy zasłaniających twarze. Stanęli za plecami młodego mężczyzny siedzącego przy pierwszym stoliku w otoczeniu znajomych. Akurat na podeście dla orkiestry zaczął grać zespół Projekt. Goście słuchali muzyki i patrzyli w stronę sceny, kiedy padły strzały. Świadkowie zeznali potem, że strzelało dwóch z trzech facetów stojących przy ogrodzeniu. Broń trzymali w gołych dłoniach, bez rękawiczek. Celowali wyłącznie do mężczyzny siedzącego do nich plecami. Dostał przynajmniej osiem kul. Nikomu poza nim nic się nie stało. Napastnicy rzucili się do ucieczki.

Kiedy zbiegali z pobliskiego mostu w stronę parku, zauważyła ich załoga radiowozu policyjnego. Funkcjonariusze nie wiedzieli o strzelaninie w tawernie, ale widok biegnących mężczyzn wzbudził ich podejrzenia. Jeden z policjantów, sierżant sztabowy Marek Cekała, ruszył w ich stronę, a jego kolega pojechał radiowozem, aby zablokować ulicę, którą uciekali podejrzani osobnicy. Świadkowie usłyszeli, jak sierżant Cekała krzyczy: „Stój! Policja!”. Potem padły dwa strzały, ale to nie policjant użył broni. Strzelał jeden z bandytów. Pierwszy pocisk nie wyrządził policjantowi krzywdy, ale drugi trafił go w klatkę piersiową. Po kilkunastu minutach podjechała karetka, lekarz podjął reanimację, ale bez skutku. Sierżant Cekała zmarł.

Śmiertelną ofiarą zamachu w tawernie Okoń był Jacek Klepacki, ps. Młody Klepak, wówczas boss osławionego gangu wołomińskiego. Przywództwo nad strukturami gangu przypadło mu w schedzie po ojcu Marianie Klepackim, ps. Maniek, który stracił życie w czasie słynnej strzelaniny w restauracji Gama w Warszawie w marcu 1999 r. Nieznani sprawcy zabili tam pięciu mężczyzn związanych ze światem przestępczym. O zlecenie, a nawet bezpośredni udział w tej dintojrze, podejrzewano Karola S., zwanego Karolem, kiedyś żołnierza Mańka, ale potem toczącego ze swoim dawnym bossem bezpardonową wojnę.

Karol i jego ludzie słusznie obawiali się, że Jacek Klepacki zacznie się mścić. Próbowali go uprzedzić, ruszyło polowanie na Młodego Klepaka. Pod koniec 1999 r. w podwarszawskiej Zielonce nieznani sprawcy ostrzelali samochód, którym jechał. Klepakowi nic się nie stało, ale zapewne miał świadomość, że to nie koniec pogoni.

W sierpniu 2002 r., kiedy zabawiał się w Mikołajkach, ścigali go nie tylko wrogowie z grupy Karola, ale też prokuratura. Trzy miesiące wcześniej rozesłano za Jackiem Klepackim list gończy. Podejrzewano go o szereg rozbojów z bronią w ręku i inne przestępstwa. W Mikołajkach posługiwał się dowodem osobistym na nazwisko Robert Pióro, ale wyglądu nie zmienił. Gdyby wtedy dopadli go policjanci, straciłby wolność, ale ocalił życie. Kilerzy byli jednak szybsi.

Podejrzewano, że Klepaka wystawił ktoś z grona towarzyszącego mu w ostatnich godzinach życia. Mogła to być dziewczyna, która siedziała z nim przy stoliku w tawernie Okoń, a kilka minut przed strzelaniną wyszła do toalety. Mógł to być inny uczestnik biesiady, który kolegował się z wrogami Jacka Klepackiego. Kiedy padły strzały, oboje uciekli i natychmiast wyjechali z Mikołajek. Zarzutów im jednak nie postawiono.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną