Społeczeństwo

Starość nie jest pięknym darem

Czy w starzeniu się i umieraniu można odnaleźć sens?

„Nie zaplanujemy sobie śmierci, tak jak nie zaplanujemy sobie życia”. „Nie zaplanujemy sobie śmierci, tak jak nie zaplanujemy sobie życia”. photographee.eu / PantherMedia
Józefa Hennelowa o sztuce rezygnacji, sensie długiego życia i o tym, czy można się przygotować na śmierć.
Józefa HennelowaMichał Łepecki/Agencja Gazeta Józefa Hennelowa
„Chciałabym, żeby nie udawano, że to jest niesłychanie piękne i że starość jest darem – nawet gdy robił to Jan Paweł II, nie przekonywało mnie to”.photographee.eu/PantherMedia „Chciałabym, żeby nie udawano, że to jest niesłychanie piękne i że starość jest darem – nawet gdy robił to Jan Paweł II, nie przekonywało mnie to”.

Andrzej Brzeziecki: – Kiedy poczuła pani, że starość nadchodzi?
Józefa Hennelowa: – Późno zauważyłam braki, które dotykają starzejącą się osobę. Cała moja kariera polityczna zaczęła się dopiero, gdy miałam 64 lata. Pamiętam, że nieraz trzeba było całą noc jechać pociągiem, brać udział w wielogodzinnych obradach, spotkaniach. Potem posiedzenia Sejmu też były wyczerpujące. To dziś ludzie domagają się opieki zaraz po 60. Pańskie pokolenie wcale nie musi być zdrowe, może nasze przedwojenne części były lepsze?

Ale starość z czasem przyszła. Momentów, kiedy przychodziła, mogło być kilka. To są takie uderzenia czysto fizyczne. Jednym z nich było odkrycie, że perspektywa rozporządzania własnym wzrokiem jest ograniczona. Kiedyś w Nałęczowie postanowiliśmy skorzystać z mężem, gdy jeszcze żył, z porady okulisty i dowiedziałam się od niego, jak się samej zdiagnozować. Lekarz dał mi kartkę w kratkę z punktem w środku i powiedział, że jak zobaczę, iż kratki się gną, a punkt jest nie do uchwycenia, będzie wiadomo, że to następny etap choroby siatkówki. To jest nieuleczalne, związane z wiekiem. Wtedy bije dzwon. A to tylko jeden z etapów.

Pani buntuje się przeciw swojej starości?
Oczywiście. To sprawia, że czasami jest się ciężkim do zniesienia. Człowiek stary wyobraża sobie, że zachowuje prawo do krytyki, kategorycznych sądów, oceniania wyborów młodszych pokoleń. Chce im mówić, jak mają żyć. To może drażnić. Wśród papierów męża znalazłam tekst Tomasza z Akwinu, w którym pisał, cytuję z pamięci: „Wiem, że jestem najmądrzejszy, ale pozwól mi Boże nie dawać tego wszystkim do zrozumienia, bo chciałbym zachować jeszcze paru przyjaciół”.

Wielu ludzi uczy się więc milczenia. Kiedyś tego nie rozumiałam. Teraz rozumiem, dlaczego tylko się uśmiechają, nie spieszą się z osądem. Najtrudniej jest z ludźmi chorymi, oni wkraczają w zupełnie inny świat w ramach starości.

W miesięczniku „Znak”, w którym pisze pani felietony pod znamiennym tytułem „Coraz bliżej albo coraz mniej”, napisała pani niedawno: „Przestajemy dostawać zaproszenia. Przestajemy dostawać odpowiedzi na list wysłany. I coraz częściej telefon z jakiejś sondażowni zamienia się w grzeczne podziękowanie po paru słowach wyjaśnienia, w jakim rzeczywiście jesteśmy wieku”. Czy rzeczywiście więź ze światem przestaje istnieć?
Tak, powoli, ale tak. W pewnym momencie następuje wycofanie się w sferę, w której się nie mówi, nie pisze, nie urządza uroczystych przyjęć. Taka postawa wydaje mi się bardziej słuszna. Co prawda, gdy ktoś odchodzi, zostawia żal: gdybyśmy wiedzieli, tobyśmy go jeszcze spytali, zdążylibyśmy z czymś.

Jerzy Stuhr mówił w jednym z wywiadów, że w pewnym momencie, starzejąc się, izolujemy się od społeczeństwa – rozmowa, spotkania rodzinne, wszystko to są obowiązki, które coraz trudniej nam spełniać. Nie dlatego, że kogoś się nie lubi albo lekceważy, ale już po prostu nie ma na to miejsca w rytmie naszego życia. Jest to coś, przeciwko czemu człowiek sam się buntuje. I tego nie można już nadrobić ani dobrym wychowaniem, ani przywiązaniem. Trzeba by ciągle tłumaczyć: nie przeczytam, nie usłyszę, nie dojdę.

Czyli starość wymaga sztuki rezygnacji?
Tak, zdecydowanie. Różne czynności trwają coraz dłużej, więc z wielu trzeba rezygnować.

Z czego pani rezygnuje – książki, muzyka?
Sama już nie czytam. Jestem zależna od lektora. Nigdy nie przemyślałam i już pewnie nie zdążę przemyśleć gruntownie ostatnich dzieł Tomasza Manna. Na pewno też już nie dotrę do wielu dzieł Williama Szekspira. Niektóre symfonie Ludwika van Beethovena wciąż czekają na to, by się jeszcze raz w nie wsłuchać. Nie przeczytałam wszystkich książek Jana Pawła II. Wydawało mi się, że to kiedyś zrobię, ale na pewnym etapie zaczęłam się zastanawiać, czy znajdę tam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, albo jeśli te odpowiedzi tam są, to może ja ich już nie chcę. Nie sięgnęłam już do wydań zbiorowych pism moich przyjaciół: Jerzego Turowicza, Stefana Swieżawskiego, Jacka Woźniakowskiego. Czytałam je wszystkie, gdy były publikowane, choćby w „Tygodniku Powszechnym”, ale chciałabym je jeszcze raz przeczytać. Nie dam rady.

Kiedyś rozmawiałem z prof. Jerzym Szackim i zeszło na budowę drugiej linii metra w Warszawie, powiedziałem, że rok czy dwa opóźnienia nie ma znaczenia. On powiedział, że dla niego ma, bo takie opóźnienie może oznaczać, że on już do tego metra nie wsiądzie. Czy dla pani perspektywa roku czy dwóch też jest tak trwożąca? Myśli pani tak np. o przyszłych świętach?
Wbrew pozorom takich myśli człowiek się nie boi. I chyba lepiej tak nie mówić, bo to wywołuje irytację młodszych pokoleń. Także mówienie: Pamiętajcie o tym albo o tamtym, dopilnujcie tego, bo ja już tego nie dożyję – bardzo drażni. Szalenie sobie cenię to, że nigdy się nie zetknęłam z taką postawą ludzi, którzy odchodzili. Nikt nigdy nie wykorzystywał tego moralnego argumentu, który w gruncie rzeczy jest szantażem.

Zdarzyło się pani w sklepie wysypać drobniaki z portmonetki i powiedzieć: proszę sobie wybrać?
Zawsze tak robię. To znaczy robiłam, kiedy jeszcze sama chodziłam na zakupy. Nigdy nie miałam z tym żadnego przykrego doświadczenia, zwłaszcza że płaciłam małe sumy. Musiałam zawierzyć. Najwyżej ktoś wziął piątkę zamiast dwójki, ale nie straciłam chyba na tym jakoś bardzo. Owszem, jest to przyznanie się do słabości, ale nikt mi w sklepie nie mówił kazań.

Czy w życiu publicznym jest granica, po której przekroczeniu ludzie starsi nie powinni w nim brać udziału, tylko winni zrobić miejsce młodszym?
Decyduje wszystko inne, ale nie to, że ktoś jest za stary. Chyba że fizyczne uwarunkowania już nie pozwalają, by pracować. Czasem jednak bezradność bierze górę. Weźmy Lecha Wałęsę. Jest on nie tylko symbolem historii, ale człowiekiem, który uczestniczy w życiu publicznym i na bieżąco udziela odpowiedzi. Te odpowiedzi, jak w kwestii zawartości szafy gen. Czesława Kiszczaka, czasem po prostu rozczarowują. Widać bezradność starzejącego się człowieka.

Medycyna wydłuża coraz bardziej życie – czy to ma sens? Dokąd można dojść?
To straszna perspektywa. Jest faktem, że powszechna długowieczność zaczęła się właśnie teraz. Słyszałam, że poprzedni prezydent Niemiec Joachim Gauck nie podpisywał od pewnego momentu gratulacji stulatkom, tylko 105-latkom. To straszne. Wydłużaniu życia jednocześnie towarzyszą bowiem różne braki ludzkiej egzystencji. Alzheimer, parkinson – na te problemy wciąż nie ma odpowiedzi.

Lepiej byłoby, gdyby wiadomo było, że człowiek przeżyje np. sto lat i umrze?
Nie wiem, czy taka świadomość czyniłaby nas lepszymi i takimi, których bliźni potrafią znieść. Człowiek odchodziłby ze świata pyszny, bo byłby przekonany, że zamknął wszystkie rachunki. A przecież mógłby je zamknąć fałszywie, nie zauważyć czegoś. Złudzenie co do samego siebie rozrosłoby się nieznośnie.

Wróćmy do ułomności. Pamiętam, że pod koniec życia Tadeusz Mazowiecki miał taką zimową kurtkę, z której się bardzo cieszył, bo była ciepła, ale nie radził sobie z drobnym suwakiem.
Doskonale znam te problemy. To jest to samo co z niepełnosprawnymi. Bardzo późno odkryliśmy, że dla człowieka nieprzekraczalną barierą są schody, stopnie, brak poręczy. Teraz chyba jest lepiej. Ale rzeczywiście, jakichkolwiek udogodnień ludzie nie wymyślą, ułomność zawsze okazuje się szybsza o pół kroku. A pewnie gdy wyeliminujemy już wszystkie fizyczne przeszkody, to i tak nas dopadnie zwykła starcza tępota, utracimy nasze człowieczeństwo. Jak żyją ludzie w świecie, którego nie mogą już przeżywać – to jest dla mnie niepojęte. Jerzy Nowosielski umierał tak przez lat dziesięć. Było to dość straszne.

W takiej sytuacji byłaby pani zwolenniczką eutanazji?
Pytamy o eutanazję czy o samobójstwo? Boję się postawy decydowania o człowieku bez jego zgody. Wydanie wyroku na bliźniego jest uzurpacją. Nie wiem wcale, czy to ratunek. Każdy ma prawo do testamentu życia, który zostawi albo nie. Nie chciałabym tego odbierać nikomu. Mówię jednak o czymś, w czym nie brałam udziału.

Sama pani powiedziała, że umieranie Jerzego Nowosielskiego było straszne. Czy miało sens?
Miało. Widziałam to po osobach, które się nim zajmowały. Wspominają to jako lata duchowego bogactwa. Zresztą dopiero co media doniosły, że udało się nawiązać kontakt z kobietą uwięzioną we własnym ciele – i okazało się, że ona przekazała światu, iż chce żyć.

Dlaczego doświadczenie starości Bóg dał właśnie takie?
Nie wiem. Chciałabym, żeby nie udawano, że to jest niesłychanie piękne i że starość jest darem – nawet gdy robił to Jan Paweł II, nie przekonywało mnie to. Nie wiem więc, dlaczego starość jest taka, jaka jest. Wniosek mój: człowiek musi zrezygnować z pytania: dlaczego?

W rozmowie z Justyną Dąbrowską ks. Adam Boniecki, mówiąc o starości, sprawia wrażenie pogodnie pogodzonego.
Ależ ksiądz Boniecki jest wciąż w toku życia prawdziwego – działa, pisze, wypowiada się. Może więc trochę kokietuje? Mnie ten wywiad z nim nie przekonał.

Jest taka starotestamentowa formuła, że nagrodą za czczenie ojca i matki będzie właśnie długowieczność i starość. Z tego wynikałoby, że starość to rozkwit wszystkiego: mądrości, autorytetu i poczucie stabilizacji. To także obietnica obcowania z otoczeniem, które szanuje, wyczekuje z wytęsknieniem, liczy się z naszym zdaniem. Wiele jednak na to wskazuje, że nic z tych rzeczy.

Wydaje się, że starość właśnie w naszych czasach straciła autorytet. Po raz pierwszy starsi ludzie przestali być mądrzejsi, począwszy od spraw prozaicznych, jak wiedza naszych babek, jak wywabić plamę czy upiec ciasto, a kończąc na sprawach poważnych. Cała ta wiedza jest w internecie.
To się potwierdza, poczynając od tego, że pokolenie korzystające z internetu żyje w innym świecie niż my, ludzie książek, nieumiejący czytać już na komputerze i smartfonie. Ten wzór – im starszy, tym mądrzejszy – nie nadaje się już do zastosowania. Może jedynie w kwestii charakteru i doświadczeń.

Jest jednak jeszcze coś innego, co mnie dziś niepokoi w relacjach między pokoleniami. Wydaje mi się, że jedną z rzeczy, które nas czekają, będzie rozliczenie się z elitami budującymi Polskę w ostatnich dekadach. Siłą rzeczy będzie to rozliczenie się z ludźmi najstarszymi. Już jest to robione lekką ręką i za pomocą krzywdzących działań. To oznacza zatracanie i marnowanie spadku, w którym można by znaleźć masę pożytecznych rzeczy. Człowiek, który przeżył epokę stalinowską, wie, jak to wyglądało. A jeśli ktoś tylko czytał w dokumentach o okropnych wywózkach na Sybir, nie zrozumie, z czym stamtąd wracali ludzie, którzy odnieśli duchowe zwycięstwo, ci, którzy weszli do armii Władysława Andersa, ale także Zygmunta Berlinga. Oni wracali do Polski i budowali ją, bo przeżyli wywózkę i łagry. Tych ludzi wyrzuca się na śmietnik. Nikt nie chce już słyszeć o złożoności tamtych spraw, a zamiast poważnych rozmów o przeszłości, oferuje się tzw. rekonstrukcje historyczne. Następuje też apoteoza Żołnierzy Wyklętych. Czy jednak można nauczyć się patriotyzmu, kiedy w zupełnie bezpiecznych warunkach, gdy kompletnie nic nie grozi, odgrywa się np. powstańca warszawskiego? Czy naprawdę ktoś wierzy, że podczas rekonstrukcji można się czegoś dowiedzieć o tym, co myślał i czuł w ostatnich chwilach życia Krzysztof Kamil Baczyński? Nie da się odegrać patrioty.

Irytują panią młodsze pokolenia?
Rzadko mam z nimi kontakt. Zdarza mi się jednak przemierzać ulicę Smoluchowskiego z drugą osobą, która mi towarzyszy. Młodzi ludzie chcą nas wyminąć, ale między żywopłotem a samochodami jest mało miejsca. Wtedy ktoś taki, kto wlecze się o lasce i opiera się na drugiej osobie, pewnie budzi irytację. Zwłaszcza młode dziewczyny stukają wówczas obcasami, a ich wołanie: Przepraszam! – jest takie bardzo agresywne. Nie do pomyślenia jest, by poczekały chwileczkę.

Sprzeciw młodszych pokoleń wywołuje też nasza chęć do gromadzenia śladów przeszłości. Parokrotnie zdarzało mi się zapytać, czy nie przechować dawnych czasów, po których zostały pamiątki i korespondencja. Napotykałam opór: Nie interesuje mnie to, wyrzuć stare listy i zdjęcia. Po co nam to?

Sama wypominam sobie czas, gdy mój starzejący się teść mieszkał u nas. Miał ponad 80 lat i podczas posiłku wiadomo było, że będzie wspominał. Nie potrafiłam mu przerwać i nie mogłam nic zrobić, nawet pójść do kuchni po drugą herbatę, bo on mówił, patrząc na mnie. W końcu wymyśliłam, że będę robić na drutach. Dziś wiem, że byłam za mało wyrozumiała, nie miałam w sobie współczucia.

Starość to nie jest choroba, ale często się wiąże z chorobami. Jest takie powiedzenie, że choroba uszlachetnia, a starość? Co dobrego jest w starości?
Starość może dać szansę.

Jaką?
Otworzenia jakiegoś okienka, które wydawało się, że nigdy się nie otworzy. Poruszenia struny w instrumencie, który, wydawało się, nie wyda już z siebie żadnego dźwięku.

Nie ma jednak starości jako takiej, jest starość konkretnego człowieka. Gdyby więc spytać: Co dobrego jest w twojej starości – to pytanie byłoby usprawiedliwione. Człowiek nie jest z taśmy, nie jest klonem. Konstytucja „Gaudium et spes” kończy się stwierdzeniem, że człowiek to stworzenie, którego Bóg chce dla niego samego. Każdy człowiek jest inny i każda starość jest inna.

Moja starość jest dość komfortowa, w miarę dostatnia, nie mam też poczucia, że jest mi nudno. Wszystko wydaje mi się jeszcze bardziej pełne znaczenia i smaku. Ma swoją barwę i harmonię. Można sobie to przeżywać. Może to jest dar, który otrzymałam. W tym sensie, że wszystko mogło być inaczej. Nie myślę tylko o ubóstwie, ale mógł to być też inny rodzaj samotności. Jeśli starość upływa na nieustannym braku – gdy traci się nie tylko słuch czy wzrok, ale też pamięć – to chyba jest zupełnie inna sytuacja. Nie podjęłabym się tłumaczenia, że w starości takich ludzi jest coś bardzo cennego. Ktoś już bardzo wiekowy powiedział mi, że doskwiera mu tyle rzeczy, że już nie jest w stanie znaleźć współczucia dla bliźniego. Co na to można odpowiedzieć?

Kiedyś powiedziała pani, że starość jest momentem, w którym człowiek może zwątpić w Boga.
Jan Paweł II, przygotowując nas do nowego stulecia, robił to na różne sposoby. Mówił też o starości, która go dosięgła, i radził, by odnaleźć się w przestrzeni modlitwy. Modlitwa ma pomóc rozgoryczonemu człowiekowi, który jest z każdym dniem coraz mniej doskonały. Szczerze: nie wiem, czy to pomaga.

Po drugie, starzejąc się i zbliżając do śmierci, zbliżamy się do rozliczenia, które jest nam zapowiedziane. To wśród wielu bliskich mi ludzi budziło protest, bo perspektywa rozliczenia jest nieprzyjemna. Starość to więc trudny czas. Może tylko ludzie, którzy są tak bardzo zajęci spełnianiem jakiegoś doczesnego obowiązku, że nie mają czasu na rozrachunki, żyją w spokoju. Ale bywa, że starość, choroba i niedołęstwo, bo często te zjawiska występują razem, powodują, że siłą rzeczy docierają do nas uczucia destrukcyjne. Starość jest obrachunkiem i pytaniem o własne winy.

Pani rozlicza się z życiem?
Oczywiście, ale to już jest nie do opowiadania.

Czy to są uporczywe myśli?
Czasem przychodzą same, ale czasem jest potrzeba rachunku. Gdy korzystam ze spowiedzi, robię rozrachunek. Najczęściej rozmyślam o sytuacjach, w których ktoś był ode mnie zależny. Pojawia się pytanie: co z tą przewagą zrobiłam? Pojawia się też pytanie o wyrządzone krzywdy. Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy nie przejmują się tym, co zrobili, i wskutek tego ocalają swój spokój i dobrą pamięć o sobie.

Spytam inaczej: o czym pani myśli, gdy nie może zasnąć?
O spotkaniu z tymi najbliższymi, którzy nas już wyprzedzili. Zwłaszcza o spotkaniu z mężem. To pytanie o spotkanie jest jednym z pytań, które mnie najbardziej nurtują. Tak naprawdę sprowadza się do jednej kwestii: przepraszam, to gdzie on teraz jest? W wieczności czy w czyśćcu? Gdzie on jest – czy czeka na rozliczenie, czy się rozlicza? A może jest już w wieczności? A jeśli w czyśćcu, to jaką to ma perspektywę czasową? Można zabrnąć na jakieś bezdroża, próbując sobie to wyjaśnić. Myślę jednak, że Jacek jest już w dobrym miejscu. Był lepszym chrześcijaninem ode mnie. Nie przyjmował też do wiadomości, że zwierzęta są wykluczone z życia w wieczności boskiej. Skąd! W Apokalipsie zwierzęta są obecne przy tronie Boga.

Czy można się przygotować na śmierć?
Wygląda na to, że nie. Rzadko jest tak, że jest się przygotowanym. W większości przypadków jest się zaskakiwanym w momencie działania, jak Władek Bartoszewski. Nie zaplanujemy sobie śmierci, tak jak nie zaplanujemy sobie życia. Choć np. mój ojciec być może był bliski ideału. Pogodnie przeżył starość, w zgodzie z Bogiem mimo szalenie dramatycznych rzeczy w jego życiu. Pewnego dnia powiedział, że na chwilę sobie odpocznie i po 15 minutach nie było go już. Odszedł bez cierpień.

Myślała pani o sytuacji ateistów – oni nie mają obietnicy spotkania.
Jest mi ich żal, ale nie wierzę, że można być ateistą do samej śmierci i uparcie myślę, że to nie jest złudzenie. Nie wierzę, że można być potępionym na wieki ani że można powiedzieć Panu Bogu nie w ostatniej chwili. Nigdy nie rozmawiałam z kimś, kto rzeczywiście do samej głębi powiedział nie i zamierza to powtarzać.

Co jest silniejsze – chęć życia czy chęć spotkania z mężem?
Oczywiście, że chęć spotkania! Nie jestem przywiązana do życia. Muszę się jednak starać, by o tym nie mówić, bo to irytuje moje dzieci.

rozmawiał Andrzej Brzeziecki

***

Józefa Hennelowa (ur. w 1925 r. w Wilnie) jest publicystką, była wieloletnią redaktorką „Tygodnika Powszechnego” (m.in. była zastępczynią redaktora naczelnego), do 2012 r. felietonistką tego pisma. Członkini zespołu miesięcznika „Znak”. W latach 1989–93 posłanka na Sejm. Ostatnio opublikowała książkę „Otwarty, bo powszechny. O Kościele, który może boleć” (2012).

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Mistrz efektów specjalnych. Leonardo da Vinci na dworze mediolańskich władców

Na mediolańskim dworze Sforzów odpowiadał za rozrywki: widowiska, turnieje, bankiety.

Anna Brzezińska
21.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną