Społeczeństwo

Lance dla lansu

Maczo po polsku

„W dwudziestoleciu międzywojennym następcą Sarmaty w wyobraźni symbolicznej stał się ułan”. „W dwudziestoleciu międzywojennym następcą Sarmaty w wyobraźni symbolicznej stał się ułan”. Marek Lasyk / Reporter
Rozmowa z dr. hab. Wojciechem Śmieją o tym, jak ukształtował się osobliwy polski wzorzec tak zwanego prawdziwego mężczyzny.
Dr hab. Wojciech ŚmiejaLeszek Zych/Polityka Dr hab. Wojciech Śmieja
Polityka

Ewa Wilk: – Bada pan wzorce męskości w kulturze i literaturze. Rzeczywiście w Polsce wciąż dominuje model sarmacki?
Wojciech Śmieja: – W polskiej kulturze dominowały na ogół męskości militarne, powstańcze, sarmackie. Nie wykształcił się – inaczej niż np. w kulturze anglosaskiej – inny atrakcyjny wzorzec: przedsiębiorcy, bohatera przemysłu. W zbiorowej wyobraźni mamy tylko Stanisława Wokulskiego z „Lalki” albo Karola Borowieckiego z „Ziemi obiecanej”, lecz za bardzo im się nie powiodło. Zachodnia męskość „kapitalistyczna” na swój sposób wpędzała mężczyzn w opresję, ale w jej ramach mężczyzna to jednak ktoś, kto umie coś stworzyć, a nie tylko pięknie umrzeć. Weźmy nazwy patronów ulic w Niemczech: Daimlera, Boscha, Opla. Rozmawiamy w centrum Katowic. Kogo tu mamy? Ofiary Wujka, Powstańców Śląskich, a być może Rondo gen. Ziętka zmieni nazwę na Lecha Kaczyńskiego, jak chcą lokalni działacze PiS.

Poda pan przykład polskiego sarmaty współczesnego?
Witold Waszczykowski. To jest typ Sarmaty, który kompletnie nie odnajduje się w świecie. Zgoła mrożkowska postać. Hibernatus sarmacki, który nagle trafił na salony i przegrywa 27 do 1, bo tej jego sarmackości nikt już nie czyta. On nienawidzi wegan i cyklistów, bo w jego wyobraźni weganizm i cyklizm zagraża męskości. Waszczykowski również wizualnie jest dla mnie ucieleśnieniem Sarmaty. Podobnie jak Janusz Korwin-Mikke. Noszone z dumą sarmackie brzuchy obu panów aż proszą się o owinięcie pasem słuckim!

W polskiej kulturze fikcją dominującą pozostaje Sarmata. Powszechnie się przyjmuje, że taki właśnie ma być tzw. prawdziwy mężczyzna. Zwykle ten wzorzec rygorystycznie wciela w życie wąska grupa mężczyzn, ale całe ich zastępy modelują swoje życie tak, by otrzymać patriarchalną dywidendę. Jak np. w polskim międzywojniu, pozbawieni co prawda szarmu gen. Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, lecz jego wierni naśladowcy.

To archetyp, który bardzo mocno zaważył na naszym pojmowaniu męskości i wciąż pod różnymi formami powraca. Dziś symbolizuje go choćby ów wąs sarmacki wciąż obecny na polskich twarzach, choć wyglądający coraz bardziej groteskowo. Fikcję sarmackości stworzył głównie Henryk Sienkiewicz. Przemysław Czapliński w książce „Resztki nowoczesności” dowodzi, że ten mit się rozlał, upowszechnił w latach 60. i 70. Że wzmacniały go ekranizacje Trylogii, że wspierany był seksapilem Daniela Olbrychskiego czy Tadeusza Łomnickiego – to mężczyźni wzorcowi, wyidealizowani, Polacy emblematyczni. Czapliński pisze o próbie stworzenia w PRL sarmatyzmu ponadklasowego jako spoiwa wspólnoty. Edmund Osmańczyk w „Rzeczpospolitej Polaków” z 1977 r. twierdził, że w sarmackiej epoce gierkowskiej cały naród został nobilitowany, uszlachcony. To była próba spojenia socjalistycznego konceptu politycznego z kulturową ramą sarmacką. Co poskutkowało nieoczekiwanie wybuchem ruchu Solidarności.

Faktycznie, Lech Wałęsa i jego sarmacki wąs…
Tu nie tylko o wąs chodzi. Sarmackość manifestowała się też np. w charakterystycznym dla wczesnej Solidarności kulcie maryjnym, wiecowym demokratyzmie, a nawet w podziale na regiony. Ta rewolucja, mimo że przecież robotnicza, była też rewolucją sarmackich mężczyzn, którzy w jakimś sensie się emancypowali, walczyli o Polskę, gdy – jak głosił słynny napis na murze Stoczni Gdańskiej – kobiety miały zostać w domu. I ówczesna polska rewolucja, i ta obecna są – w moim odczuciu – mocno płciowo naznaczone.

Dzisiaj raczej mamy do czynienia z kontrrewolucją, na pewno w sensie obyczajowym, czyż nie?
Polskę postrzegam dzisiaj jako teren konfliktu płci. Ograniczenia praw kobiet, praw reprodukcyjnych, odczytuję jako próbę powrotu do męskiej dominacji, do nienegocjowalnej hegemonii w klasycznym wymiarze. Co zderza się ze samoświadomością kobiet.

Ta kontrrewolucja to dzisiaj zresztą problem ogólnoświatowy. Donald Trump reprezentuje męskość nieokiełznaną, brutalną, biologiczną, nieliczącą się ani z polityczną poprawnością, ani z elementarną kulturą, czego dał dowód np. na spotkaniu z Angelą Merkel.

Sarmacka fikcja była nie tylko afirmowana, ale też krytykowana, wyszydzana.
Jest ona niesłychanie żywotna. W moim odczuciu pierwszy bardzo wyraźny kryzys męskości sarmackiej miał miejsce w XVIII w. Kiedy Rzeczpospolita panów-braci upada, Tadeusz Kościuszko pisze w 1794 r. odezwę do polskich kobiet, w której nazywa je współobywatelkami i wzywa do pomocy w obronie niepodległości: „Raczcie, proszę was o to na miłość ludzkości robić szarpie i bandaże dla wojska; ofiara ta rąk pięknych ulży cierpieniom i męstwo samo zachęci”. Zupełnie inaczej niż strajkujący w 1980 r. stoczniowcy. Męskość sarmacka w XIX w. staje się męskością powstańców. Ona jest pozbawiona czegoś, co uprawomocniało Sarmatów, a i dla współczesnych mężczyzn jest podstawowe: państwa narodowego.

Nie mają państwa, ale zyskują męczeństwo?
Słusznie to pani ujęła: męczeństwo uprawomocnia hegemonię męską tak samo jak w ówczesnych imperiach zdobycze kolonialne czy rozwój przemysłu. Oni zyskują je, lecz nie mają swojej instytucji. Wiek XIX jest czasem wielkiej, właściwie kastracyjnej, rany zadanej polskiej męskości. Weterani powstań, wygnańcy i emigranci to w obrazie literackim, jak i w rzeczywistości, często straceńcy, którzy na obczyźnie się degenerują, giną w pojedynkach, nie mają możliwości reprodukcyjnych – nie mogą wrócić do swych Baś z ziemi włoskiej czy paryskiego bruku. Bitny Polak staje się coraz bardziej anachroniczny.

W XIX w. na Zachodzie całkiem mocno artykułują się już inne niż militarna męskości, a pierwsza wojna światowa bardzo głęboko rewiduje rolę męskości w społeczeństwach. Freud w 1919 r. pisze o nerwicy pourazowej w wyniku szoku wojennego – ona wszak dotyka głównie mężczyzn. Mężczyźni nagle stali się neurotyczni. Kiedyś ich ran „Basia niegodna była całować” – teraz, choć somatycznie nic im nie dolega, trzęsą się, nie mogą powiedzieć słowa, mają lęki. Pierwsza wojna światowa przyniosła kryzys męskości na szeroką skalę. Nagle okazało się, że męskość nie jest przezroczysta, ma ciało, ma psyche, jest obiektem wrażliwym. W tym samym roku co rozprawa Freuda w Polsce w powstaje Polski Kodeks Honorowy, tzw. kodeks Boziewicza. W kulturze europejskiej mamy Freuda, a w polskiej Boziewicza, który próbuje scementować i dostosować do nowych warunków wzorce sarmackie! W dwudziestoleciu międzywojennym następcą Sarmaty w wyobraźni symbolicznej staje się ułan. Powstaje cała seria filmów ułańskich, odbywają się parady wojskowe – to praktyki kulturowe formujące „ułańską” męskość hegemoniczną.

Ułani, oczywiście, nie mieli nerwicy.
Nie, nie. To była męskość glamour w stylu wspomnianego Wieniawy, męskość pańska i ludowa zarazem, pozornie łatwo dostępna, wsparta przez upragnioną instytucję państwa. Kiedy ta instytucja się rozpada, Wieniawa popełnia samobójstwo. Jest to również śmierć pewnego wyobrażenia kulturowego o męskości. Czytałem wspomnienia ułanów i proszę sobie wyobrazić, że we wczesnych latach 30. młodzi oficerowie buntowali się przeciwko lancom jako elementowi uzbrojenia: nikt na lance nie walczy w XX w., na cholerę nam te lance!? – pytali.

Dla lansu.
Otóż to. Wyższe szarże wojskowe ukręciły łeb sprawie. Mają być lance, lance są paradne, i koniec. Oczywiście nie można powiedzieć, że w polskiej kulturze męskość sarmacka została zupełnie zakonserwowana. Pisarze, artyści, zwykli ludzie doświadczyli okropieństw wojen. Witold Gombrowicz pisał, że wojna polsko-bolszewicka nauczyła go bycia indywidualistą, wyzwoliła go intelektualnie z przymusu uczestnictwa w wojnie, a zauważmy, że pytanie: „A kawaler jeszcze nie w wojsku?” – było powszechnie zadawane wtedy nieumundurowanym młodzieńcom.

W literaturze dwudziestolecia mamy całkiem liczne świadectwa okaleczenia męskości, zapomniane dzisiaj zupełnie. To np. dylogia powieściowa o inwalidzie wojennym, autorstwa Jana Żyznowskiego, cenionego w międzywojniu autora, który młodo tragicznie zmarł. Jego bohater trafia pod Verdun. Tam nie ma heroizmu, tam jest maszynka do mielenia mięsa. Odnosi bardzo poważne rany, wraca do Polski z jedną ręką, z jedną nogą. Jego rany są już nie do usymbolizowania. Rany Kmicica można było usymbolizować. To były rany za ojczyznę. Blizna ładnie się rymuje z ojczyzną. Ale kikut? Pozostawiona w domu kochanka wciąż go, okaleczonego, kocha, ale wchodzi w jakąś narrację chrystologiczną – wierzy, że on jest Chrystusem, w związku z tym ona nie może cieleśnie z nim obcować. On jako mężczyzna trochę się wykaraskał z tych ran wojennych i budzi się w nim pożądanie. Ale seks osób niepełnosprawnych? Dzisiaj jest problemem, a co dopiero wtedy? W ostatniej scenie powieści bohater wiesza się, pełen wstrętu do siebie i swojego ciała.

Kolejną opowieścią o zranieniu męskości jest dzisiaj zapomniana, ale w międzywojniu bestsellerowa opowieść „Koń na wzgórzu” Eugeniusza Małaczewskiego oraz tom jego wierszy, które stworzył pod wpływem doświadczeń wojennych na froncie wschodnim. Postulował coś niezwykłego: przekobiecenie mężczyzn. Chodziło mu o destrukcję męskości militarnej. Pisał, że skala okrucieństw wojennych jest związana z męską, agresywną naturą. Patrzył na wojnę przez pryzmat płci, a nie nacjonalizmów, ideologii czy kapitału. Proponował wyrzec się tego agresywnego nadmiaru męskości. Brzmiało to utopijnie sto lat temu. Autor postradał zmysły, zaraził się gruźlicą, młodo zmarł. Zatem już w latach 20. hermetyczny model męskości zaczynał kruszeć.

Mężczyźni poczuli się zmęczeni i znużeni tą męskością?
Ci dwaj bohaterowie – na pewno. Myślę, że zmęczenie polskim wariantem męskości nadeszło na dobre we wrześniu 1939 r. To był moment, kiedy męskość heroiczno-honorowo-barwna zderzyła się z machiną nowoczesnego państwa i nowocześnie konstruowanej męskości niemieckiej, przede wszystkim faszystowskiej, ale zbudowanej jeszcze na fundamencie wilhelmińskim. Opowiada o niej wyczerpująco Klaus Theweleit w niedawno tłumaczonej na polski rozprawie „Męskie fantazje”. To model silnie związany z państwem – państwo deleguje tu atrybuty męskości, daje funkcje, funduje hierarchię. Nasz emblematyczny ułan, z tą lancą nieszczęsną się lansujący, konfrontuje się nie z człowiekiem, ale z pochodem, z uregulowanym marszem. Polska fikcja męskości zostaje we wrześniu zdemaskowana. W naszej kulturze utrwala się obraz żołnierza utrudzonego, zmęczonego, w złachmanionym mundurze, bladego, głodnego...

…ale ciągle ułana?
U Wojciecha Żukrowskiego, u Stefana Kisielewskiego, u Jana Józefa Szczepańskiego ci ułani po klęsce odczuwają ulgę. Ulgę z powodu klęski wrześniowej! Najwyraźniej to widać w „Sprzysiężeniu” Kisielewskiego. Bohater przez lata cierpiał na impotencję, chodził po lekarzach i burdelach, próbował współżycia i nie wychodziło mu. Kiedy klęska się dokonuje, zrzuca mundur, spotyka Zosię, młodą wdowę wrześniową, i w końcu może się przespać z kobietą – w końcu staje się mężczyzną. Tą Zosią nawiązuje Kisielewski zapewne do Zosi z „Pana Tadeusza”.

Dość ryzykowna figura, bo wskazywałaby, że polski mężczyzna musi przegrać, żeby być mężczyzną.
To wyraz przekonania, że to ułaństwo, ta formacja kulturowa musi przegrać. Że potrzeba emancypacji mężczyzny do jakiejś nowocześniejszej, choć niesprecyzowanej, formy męskości. Dlatego nazwałem w swojej książce rozdział im poświęcony – trawestując Andrzeja Ledera – prześnioną rewolucją męskości. Przychodzi ktoś z zewnątrz, kto wyzwala mężczyznę z mężczyzny (Sarmaty, ułana). W literaturze najmocniej wyzwalał chyba Gombrowicz.

„Jakaś straszliwa kombinacja sklerozy, zaściankowości, pruderii, patosu i wysilonej, wojskowej męskości” – to jedna z jego diagnoz. Ale i tak najbardziej apetycznymi mężczyznami w PRL byli opozycjoniści, wąsacze czy brodacze w kraciastych koszulach, za którymi chodzi ubecja.
To fakt – oni mieli niesłychaną atrakcyjność jako konspiratorzy, spiskowcy. Na pewno męskość polska jest męskością konfrontacyjną. W PRL w latach 50. i 60. odbyła się wielka psychomachia, nazwana sporem o bohaterszczyznę. W istocie był to spór o różne wzorce męskości. Ten oficjalnie dominujący, hegemoniczny uprawomocnił się w partyzantce, w wysiłku zbrojnym. Ostatnim jego podrygiem był wybuch stanu wojennego – wszyscy członkowie WRON należeli do pokolenia lat 20. – ostatniego, które doświadczyło wojny na własnej skórze. Ale zderzała się z nim męskość pokoleń powojennych bikiniarzy, męskość hipisowska, opozycyjna. Już w latach 50. docierać tu zaczęła kultura popularna. Pojawili się pisarze, aktorzy, jak np. Marek Hłasko naśladujący Jamesa Deana.

Tę konfrontację z opresyjną męskością militarną wyraźnie potem też widać w wierszach z okresu stanu wojennego – poeci postulują zupełnie inne wzorce – bardzo często w literaturze tamtego okresu pojawia się relacja ojciec–syn, która zastępuje uprzywilejowaną w polskiej kulturze relację matka–syn. Ojciec wychowuje syna na obywatela, a matka chowała na żołnierza, powstańca.

Czy dziś kształtują się jakieś fikcje, które mają szanse konkurować z tą odradzającą się – choćby w kulcie żołnierzy wyklętych – militarną?
Kiedy wprowadzaliśmy kapitalizm, próbowaliśmy stworzyć jakiś wzorzec biznesmena, kapitalisty. Słynna reklama proszku do prania „Ociec prać” była wizualnym sygnałem pewnej przemiany kulturowej: oto Sarmaci mieli się osadzić w przestrzeni mieszczańskiej czystości i higieny. Ale w tę przemianę chyba jednak nie weszliśmy do końca. Męskość sarmacka, ułańska nagle wkroczyła w dziki turbokapitalizm i zyskała tylko parodystyczne reprezentacje. Ziemowit Szczerek w „Siódemce” czy Michał Witkowski w „Barbarze Radziwiłłównie z Jaworzna-Szczakowej” świetnie to przedstawiają. Tzw. Janusze, pionierzy polskiego kapitalizmu, już nie są Sarmatami, ale też bynajmniej nie zostali rekinami biznesu, Steve’ami Jobsami czy – jak to się ładnie mówi w Szwecji – café latte daddies – tatusiami z café latte.

Nasza kultura bardzo potrzebuje przebudowy wzorców męskich. Lecz by to zrobić, powinniśmy sobie opowiedzieć naszą męskość na nowo, krytycznie i z dystansem.

Jak to zrobić, kiedy bohaterami masowej wyobraźni są gangsterzy i banksterzy, pakerzy i blokersi, a teraz żołnierze wyklęci?
No tak, Silny z powieści Doroty Masłowskiej… Mit żołnierzy wyklętych to próba stworzenia nowej-starej męskości w modelu jeszcze bardziej straceńczym. To już nie akowski inteligent, lecz bardziej ludowy model mężczyzny, wyraz tęsknoty za doświadczeniem wojennym, militarnym, heroicznym. Charakterystyczne są też te całe zastępy rekonstruktorów historycznych, którzy – na razie – przelewają keczup. To, niestety, przypomina Niemcy po pierwszej wojnie światowej. Bardzo silny kryzys męskości wywołał tam wysyp organizacji mężczyzn opętanych militaryzmem – Freikorpsów. W ich środowisku narodził się i szybko rósł w siłę faszyzm. Takie męskie wzmożenie było odpowiedzią na ówczesny kryzys ekonomiczny, społeczny, normatywny.

Dzisiaj znów jest on wyraźny. Zagospodarowuje się go na różne sposoby. Znany serial „Czas honoru” próbuje wskrzesić wzorce akowskie. Mieszkając na prowincji od kilkunastu lat, obserwuję fenomen popularności klas mundurowych, zresztą u obojga płci. To dla mnie coś strasznego. W moim pokoleniu, we wczesnych latach 90., byliśmy rokendrolowcami, jakimiś post- czy neohipisami, chcieliśmy się wyróżniać, byliśmy indywidualistami, a tu widzę tendencję do umundurowania, unifikacji i oczekiwanie na wodza. I ktoś taki pojawia się na horyzoncie. Wiadomo, o kim mowa – o Antonim Macierewiczu.

Czy widzi pan w tym rozczarowanie młodzieży pokoleniem ojców?
W Polsce ojcowie są często słabi i nieobecni. Nie tylko symbolicznie, ale też materialnie, realnie. Kryzys męskości jest wielopłaszczyznowy.

A czy przypadkiem nie wmówiliśmy mężczyznom tego kryzysu? W końcu przecież jakoś sobie radzą. Pracują, budują domy, płodzą synów.
Być może, ale słowa mają moc twórczą. Mężczyźni na pewno odczuwają problem z odnalezieniem się w redefiniowanym dziś kontrakcie płci. Tradycyjne role męskie i kobiece kruszeją, żadne zaklęcia i modlitwy tego nie powstrzymają. To po prostu dzieje się na naszych oczach. I wymaga od mężczyzn (od kobiet również) umiejętności negocjacyjnych, wyjścia poza sferę oczywistości. Dla mnie było oczywiste, że wracam ze szkoły i stoi talerz zupy na stole. Od kiedy żyję w małżeństwie, to nie jest oczywiste. Sfera prywatna staje się negocjacyjna. Trzeba coś odnajdywać na własną rękę, bez wzorców, i w tym sensie jest to kryzys. Do tego dochodzi jeszcze postfeudalny układ, w jakim tkwimy, zwłaszcza jeśli chodzi o stosunki pracy. Stan niepewności tzw. prekariatu to powszechne uczucie. Dotyczy nie tylko męskości, ale odnoszę wrażenie, że jednak mężczyźni mocniej go odczuwają.

Istnieje też – jak zawsze – społeczna awangarda wielkomiejska. Czy widzi tam pan zalążek jakiegoś nowego modelu męskości?
Tak, ale nie chcę prorokować, co się z tego wykluje. Widzę bowiem wiele świadectw ruchu wstecz. O Polsce, o USA – mówiliśmy. W Rosji niedawno praktycznie zalegalizowano przemoc domową. Czy nastąpi rehegemonizacja mężczyzn? Czy nadchodzi – używając terminu Zygmunta Baumana – retroutopia? Wierzę, że ta kontrrewolucja spali na panewce, ale pewności nie mam.

Emblematyczni, jakby pan powiedział, dla tej kontrrewolucji stali się w Polsce ekshipisi: Ryszard Terlecki czy Marek Kuchciński.
To chyba koniunkturalne. Nie wierzę w szczerość ich intencji. Dostrzegam natomiast wojnę Kościoła z gender, a mówienie o kulturowych uwarunkowaniach męskości to nic innego jak gender właśnie. Gender jest dla Kościoła zagrożeniem, ponieważ desakralizuje świętą rodzinę i sztywny podział ról, np. rolę ojcowską. Czy dzisiejsi mężczyźni utożsamiają się z cieślą Józefem, jak chciałby ojciec prezydenta Dudy? Przecież wielu z nich nawet gwoździa wbić nie potrafi. Nie dlatego, że takie z nich ciamajdy, ale dlatego, że nie jest im ta umiejętność zanadto potrzebna. A właśnie zmiana roli ojca jest niesłychanie ważna dla współczesności.

W literaturze pojawiła się nieobecna dotychczas postać mężczyzny, który mówi o swoim ojcostwie. Dla mnie objawieniem literackim są teksty Tomasza Jastruna, Jacka Podsiadły, Mariusza Wilka. Są to czuli ojcowie, szukający języka do nazwania ojcostwa, rezygnują z pozycji ojca dominującego, krytykującego, patriarchalnego. Ojcostwo staje się zmysłowe. Dotyk, pieszczota, sensualność – wszyscy opowiadają o tym niezależnie od siebie. Dotychczas ojcostwo było wzrokowe, karcące – ojciec nie mówił, wystarczało często, że pokazał wzrokiem, co dziecko ma zrobić albo czego nie robić.

Może to właśnie nowe ojcostwo wyzwoli mężczyznę z mężczyzny?
Żyję, jak wspomniałem, na prowincji – moi koledzy to górnicy, mechanicy samochodowi. Mój syn koleguje się z ich synami, spotykamy się w szatni szkolnej, na imprezach jasełkowych, ogniskach klasowych. Obserwuję ich: są czuli, pomogą synom się zapiąć, pocałują w czoło. Oni tego nie mieli w domach, znam ich ojców – byli powściągliwi w emocjach i gestach. Nie odprowadzali, a już na pewno nie całowali w czoło, może jeszcze czasem córki, ale na pewno nie synów. Być może zatem ojcostwo jest czymś, na czym powinniśmy oprzeć szukanie nowego modelu męskości.

rozmawiała Ewa Wilk

Więcej o męskości w nowym Poradniku Psychologicznym POLITYKI „Ja My Oni” (w sprzedaży od 24 maja).

***

Dr hab. Wojciech Śmieja pracuje w Instytucie Nauk o Literaturze Polskiej im. Ireneusza Opackiego Uniwersytetu Śląskiego; wykładał też na Uniwersytecie Warszawskim (gender studies ISNS). Jego najnowsza książka nosi tytuł „Hegemonia i trauma. Literatura wobec dominujących fikcji męskości” (w druku). Mieszka we wsi Łąka koło Pszczyny.

Polityka 19.2017 (3109) z dnia 09.05.2017; Społeczeństwo; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Lance dla lansu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną