Społeczeństwo

Miasta na piasku (prima sort)

Podpowiadamy, jak spędzić ostatni tydzień wakacji w mieście

Jedna z wielu miejskich imprez: dzień francuski w warszawskim parku Skaryszewskim Jedna z wielu miejskich imprez: dzień francuski w warszawskim parku Skaryszewskim Szymon Starnawski/Polska Press / EAST NEWS
Wakacje w mieście to już nie wstyd, ale trend.
We Wrocławiu furorę wśród turystów robi Oceanarium-Afrykarium w miejskim zoo.
Można tam oglądać ponad 100 gatunków zwierząt (docelowo ma ich być około 250).Bartłomiej Kudowicz/Forum We Wrocławiu furorę wśród turystów robi Oceanarium-Afrykarium w miejskim zoo. Można tam oglądać ponad 100 gatunków zwierząt (docelowo ma ich być około 250).

Artykuł w wersji audio

Naczelna zasada plażowicza: im wcześniej wyjdzie się z domu, tym większa szansa, że upoluje się leżak i ciut miejsca na piasku. W standardowym ekwipunku krem z filtrem UV, kapelusz słomkowy, stosowny kostium i już. Na miejscu grill z kiełbasą, wiadro z szampanem, DJ z muzyką. Nic, tylko wypoczywać. W dodatku coraz mniejszym kosztem, bo żeby znaleźć się w takiej scenerii, już nie trzeba wyjeżdżać nad polskie morze czy jezioro. Ani nawet za granicę. W wielu miastach w kraju zagęściło się od plaż. A im dalej od Bałtyku, tym ich więcej.

Wysyp plaż, ale też remonty i renowacje nabrzeży i promenad świadczą o tym, że polskie miasta na nowo odkrywają własny potencjał turystyczny. A mieszkańcy odkrywają Kraków, Wrocław czy Gniezno jako – jak to się mówi – destynację na wakacje. Trochę w tym lokalnego patriotyzmu, trochę mody i wygody.

Wakacje na plaży

Jeszcze parę lat temu alternatywa była jasna: morze albo góry. Spotkać rodaka w kusym stroju kąpielowym, przepasanego ręcznikiem i w klapkach, w dużym mieście to był widok rzadki i świadczący o daleko posuniętej ekscentryczności rozebranego. Dziś człowiek w kąpielówkach w centrum miasta niespecjalnie dziwi. Także plaża miejska powoli staje się typowym elementem urbanistycznego krajobrazu – i to niezależnie od tego, czy miasto ma akurat dostęp do wody, czy też go nie ma. Bo bardziej niż woda liczy się piasek i starannie wydzielony obszar z rzędami leżaków: esencja plaży znad Bałtyku.

Wygląda wręcz na to, że gdy za granicą tworzy się specjalne polskie strefy wakacyjne (POLITYKA 26), takie strefy w skromniejszym wydaniu powstają też na miejscu, w centrach i na obrzeżach miast, kumulując w sobie wszystko, o czym Polak latem marzy. I co ma na wyciągnięcie ręki, bez zatłoczonych pociągów, korków na autostradach i powszechnej kurortowej ludożerki.

Drugą, może nawet najważniejszą, zaletą jest brak kosztów. Pendolino na Wybrzeże kosztuje sto lub więcej złotych, a we własnym mieście plaża jest pod nosem. Trzecią zaś przewagą miejskich plaż jest – by tak rzec – aspekt społeczny, towarzyski. Bo o ile nad morzem chodzi głównie o to, żeby się opalić i odgrodzić, stawiając między sobą jak najwyższe parawany, o tyle plaża w mieście – trochę w kontrze – raczej integruje wczasowiczów. Łatwo też zabrać ze sobą dowolną liczbę znajomych, łatwo spotkać tych dawno niewidzianych.

No i jest jeszcze aspekt estetyczny. Plaże z widokiem na bezkresne morze czy ocean już się nieco opatrzyły. Tymczasem klimat miejskich plaż zawsze jest jakoś zależny od otoczenia, przyrody, okolicznej architektury i – hipsterskiej często – inwencji dekoratorów. Z perspektywy słynnej Poniatówki ogląda się więc zarys stołecznych wieżowców. To o tym krajobrazie pisał „The Guardian” przed rokiem, że kiedy „światła mostu Poniatowskiego rozświetlają plażę wieczorową porą, to staje się ona jednym z najbardziej klimatycznych miejsc nad Wisłą”. Plaża usypana na drugim brzegu tej samej rzeki wkomponowuje się w sąsiedztwo Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Centrum Nauki Kopernik – a to dwa niesztampowe budynki. Z kolei wrocławska, nadodrzańska ZaZoo Beach Bar (to zarazem nazwa knajpy) powstała tuż obok ogrodu zoologicznego, któremu notabene zawdzięcza swoją nazwę. Muzyka płynie tutaj z głośników, ale dźwięki dobiegają też zza murów zoo, od zwierząt. I jest w tym o dziwo jakaś harmonia.

Wakacje pod palmami

W całej Polsce mamy tych miejskich plaż już dziesiątki – we Wrocławiu i Warszawie, Poznaniu, Toruniu, Bydgoszczy, Gnieźnie, Olsztynie, Białymstoku, Krakowie, Rzeszowie, Kaliszu, Sochaczewie i Wołominie. Bez mała – wszędzie. Nad Wisłą, Odrą, Wartą, ale i w samych centrach miast – usypane na rynkach, rozłożone jak dywany między kamienicami i koło ratuszy. Otwarte zwykle od maja lub czerwca do końca lata, są namiastką jakiejś południowej egzotyki. Doceniane m.in. przez „National Geographic”, nasze, swojskie miejskie plaże lądują wręcz w zestawieniach najlepszych plaż kontynentu – jak warszawska Poniatówka.

Na wielu – jak ZaZoo – tego lata nie ma gdzie postawić stopy, jeśli dotrze się nie w porę, czyli po południu. Ale miejskie plaże, w przeciwieństwie do nadmorskich, jeszcze można rozciągać. Wrocławska w najbliższym czasie ma się powiększyć trzykrotnie, osiągając powierzchnię 3 tys. m kw.; będzie jedną z największych miejskich plaż w regionie. Tak po prawdzie jej właściciele już zdążyli pobić własny rekord. W rejonie Hali Orbita i mostu Milenijnego otworzyli w tym roku plażę HotSpot o powierzchni, bagatela, 14 tys. m kw., największą w całym kraju. W zeszłym roku we Wrocławiu otwarto też bulwary: Xawerego Dunikowskiego i drugi przy Politechnice Wrocławskiej. Z kolei Warszawa na nadwiślańskie inwestycje wydała w ciągu 10 lat ponad 200 mln zł.

A co miasto, to obyczaj. Rzadko się zdarza, żeby lokalna plaża była tylko górą piasku. Są tu więc zazwyczaj knajpy (z kuchnią lokalną i ściągniętą od naszych sąsiadów), punkty z lodami (obowiązkowo „rzemieślniczymi”), małe boiska, place do gier zespołowych, koncertowe sceny. W Krakowie, nieopodal mostu Kotlarskiego na Bulwarze Kurlandzkim, ruszył niedawno projekt „PrzyStań na Plaży”, wymyślony przez tutejszy Zarząd Zieleni Miejskiej. Mieszkańcy grają w badmintona, gry planszowe i bule, bujają się na huśtawkach i wylegują w hamakach – trochę jak w czasach sprzed internetu. Na plaży w Otwocku (Otwocka Plaża Miejska) organizowany jest speed dating, szybkie randki dla ludzi w różnym wieku. Rozgrywają się też tutaj zawody skimboardowe: pływanie na desce na płytkiej wodzie. Do Otwocka tylko w tym sezonie nawieziono sto metrów sześciennych piachu najlepszego sortu.

Wakacje w plenerze

Plaże to tylko jeden ze sposobów, jak „uwczasowić” i „uegzotycznić” polskie miasta. Katowice, które raczej trudno traktować w kategoriach kurortu, zwiozły z Gliwic cztery palmy, pięciometrowe feniksy kanaryjskie. Dziś to jeden z sympatyczniejszych symboli miasta, choć – uściślijmy – palmy są tylko wypożyczone i wrócą po wakacjach do gliwickiej palmiarni.

W większości miast wypoczynek ma być – jak słyszymy – i zdrowy, i aktywny, i z kulturą. Katowice, skoro już o nich mowa, to prawie w połowie tereny zielone. Poza palmami słyną z bodaj najlepszej w kraju (a przynajmniej na Śląsku) infrastruktury rowerowej. W mieście wytyczono ponad 140 km ścieżek rowerowych, samych punktów z wypożyczalniami jest w tym roku 30. – Mimo że pogoda nas nie rozpieszczała, do niedawna rowery wypożyczono ponad 12 tys. razy. W zeszłym roku rowery wypożyczono łącznie 38 tys. razy – mówi prezydent miasta Marcin Krupa. Katowice mają też co najmniej dwa flagowe festiwale muzyczne: OFF Festival i Tauron Nowa Muzyka. Ten drugi od paru lat jest organizowany w słynnej Strefie Kultury, na zrewitalizowanych terenach kopalnianych.

Z „różnymi obliczami kultury” chce się też kojarzyć Kraków. – To ważne, żeby zachęcać do uczestnictwa w sztuce poprzez bezpośredni kontakt, a nie zaciąganie mieszkańca w muzealne mury. One się sprawdzają w normalnym sezonie, jesienią i zimą. Ale późną wiosną i latem warto wychodzić w plener, by spotykać się ze sztuką – wyjaśnia Andrzej Kulig, wiceprezydent Krakowa ds. kultury i promocji miasta. W wakacyjnym harmonogramie znalazły się więc koncerty organowe, festiwal Cracovia Sacra i plenerowe pokazy spektakli Teatru Łaźnia Nowa.

Wrocław obrał w tym roku nieco inny kierunek. – O ile zeszłoroczny sezon wakacyjny w mieście można było określić mianem kulturowego, bo Wrocław nosił tytuł Europejskiej Stolicy Kultury i odbywało się wiele wydarzeń związanych właśnie z ESK, to w tym roku lato przebiega nam pod znakiem sportu i książki – mówi Wioletta Samborska, dyrektor Biura Promocji Miasta i Turystyki. – Tak, potrafimy łączyć ze sobą rzeczy pozornie odległe. Wrocław jest więc z jednej strony areną sportów nieolimpijskich (kręgle, żużel, przeciąganie liny etc.); w zeszłym tygodniu ruszyły 10. Światowe Igrzyska Sportowe, a dla równowagi na sierpień zaplanowano Międzynarodowy Kongres Bibliotek i Informacji IFLA. Są też wreszcie rozrywki pośrednie, ani sportowe, ani kulturalne: Afrykarium, muzeum wody Hydropolis i mocno popularne we Wrocławiu escape roomy, pokoje pułapki, z których trzeba się wydostać, rozwiązując po drodze zagadki o różnym stopniu trudności. Jesienią odbędą się tutaj pierwsze w kraju Mistrzostwa Polski w Escape Roomach.

Widać w polskich miastach coraz większą potrzebę, żeby zagospodarować każdy wolny teren i czas – i słusznie, bo z danych Ministerstwa Sportu i Turystyki wynika, że średnio 11–13 mln rodaków co roku wakacje spędza w kraju. Co prawda – to już dane instytutu badawczego ABC Rynek i Opinia z czerwca 2017 r. – najpopularniejsze nadal są Bałtyk (zwłaszcza Sopot, Hel i Kołobrzeg) i Tatry (zwłaszcza Zakopane), ale kierunki wakacyjnych wojaży nieco się już dywersyfikują. No i wielu Polaków nie wybiera się nigdzie. Z badań Barometr Providenta wynika, że nawet niespełna połowa nie snuje w tym roku żadnych wakacyjnych planów. Głównie z powodów finansowych (tak tłumaczą to młodsi) i zdrowotnych (co dotyczy zwłaszcza seniorów), ale też choćby dlatego, że trudno im dostroić urlopy albo mają inne plany (jak remont mieszkania). Urlopy raczej się Polakom skracają, niż wydłużają – od lat taki właśnie jest trend. Istnieje wreszcie jeszcze jeden ważny powód niewyjeżdżania – spora część Polaków najlepiej wypoczywa w domu.

Miasta próbują na te potrzeby odpowiedzieć. Właściwie nie ma miasteczka, w którym w ostatnich latach nie postawiono by parku wodnego (inna rzecz, że nie wszystkie działają, niektórych nie było za co utrzymać albo nie dało się dokończyć budowy, jak w Słupsku). „Restauracja”, „rewitalizacja” i „gospodarowanie przestrzenią” to w ogóle słowa klucze. Odnowiony został m.in. rynek w Katowicach, z dziedzińca Miasta Poznania na życzenie obecnego prezydenta zniknął parking (teraz odbywają się tutaj różne bezpłatne wydarzenia kulturalne), knajpy otwierają się pod wiaduktami (przykładem plac Społeczny we Wrocławiu) i w parkach (żoliborska Prochownia). Wszystkim tym miejskim staraniom przyświeca jedna myśl: żeby było w plenerze. Na przykład w Krakowie w ramach akcji „Zatrać się w zieleni” organizowane są pikniki (w sumie koło 50) i zajęcia fitness na wolnym powietrzu. A po mieście kursuje bezpłatny Parkobus, który wozi mieszkańców od parku do parku.

Wakacje z pomysłem

Socjologowie zwracają uwagę, że owa gra w zielone, którą prowadzą teraz wszystkie polskie miasta, jest objawem dziejącej się właśnie drobnej rewolucji. Mieliśmy już wieczory w kapciach, mamy masowe powstanie sprzed telewizorów, wyjście w teren. – To się już dzieje na Zachodzie i powoli dociera do Polski – zauważa Andrzej Kulig. W Stanach Zjednoczonych wraca np. moda na staroświeckie, zdawałoby się, pikniki na wolnym powietrzu. Ludzie nie chcą być sami i czują przesyt: zaśmieconym internetem, problemami w pracy, codzienną gonitwą. Badacze dowodzą, że mieszkańcy centrów miast są bardziej narażeni na depresję, częściej się stresują i wolniej się wyciszają niż mieszkańcy przedmieść i wsi. Do niedawna trzeba ich było siłą wypychać z domów, bo wchodzili w te mordercze tryby bez protestów. Dziś budzi się świadomość, że świeże powietrze bardziej się człowiekowi przysłuży niż kolejny odcinek serialu. Z Zachodu trend przywiało właśnie i do Polski.

Trudno powiedzieć, co było pierwsze – potrzeba wyjścia z domu czy też wyraźnie dostrzegalna „rewolucja w przestrzeniach publicznych”, wiadomo jednak, że rosną apetyty – i mieszkańców, i miast. Bo skoro mało kto potrafi odszyfrować, skąd się wzięły nazwy ulic i parków, kim są ich patroni, co się dzieje w poszczególnych dzielnicach itd., to miasta dostrzegły w tym szansę. Miasto pochodzenia, szczególnie dla młodych pokoleń, to nadal terra incognita.

– Wolny czas to okazja, by wybrać się do miejsc, których nie mamy czasu odwiedzać w ciągu roku, poznać miejsce, w którym żyjemy z innej strony, na nowo się w nim zakochać – mówi Wioletta Samborska z Wrocławia. To samo słychać w warszawskim ratuszu: warto w czasie urlopu znaleźć czas i odkryć np. mniej znaną zieloną stronę stolicy. Warszawa jest zielona w 30 proc., nad Wisłą żyje 150 gatunków ptaków, a w samej rzece 30 gatunków ryb. – W Krakowie mieszkańcy ciągle odkrywają Kazimierz, a teraz zauważamy coraz większe zainteresowanie Podgórzem – opowiada Andrzej Kulig. – Widać, że zaciekawieni Starym Miastem przesuwają się w inne obszary. Co odciąża centrum i pokazuje, że Kraków to nie tylko Rynek i Wawel. To, co się dzieje, to jakieś ponowne odkrycie własnego miasta. Wyjście poza obręb szlaków, którymi zwykle się poruszamy, niczym konie dorożkarskie, po ustalonych liniach: praca – dom – zakupy.

Kultura spędzania lata w mieście najwyraźniej dopiero się w Polsce rodzi.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

A gdyby internet przestał działać...

Z internetu korzysta już prawie połowa ludzkości. Co by się stało, gdyby pewnego dnia przestał działać?

Edwin Bendyk, Piotr Rutkowski
16.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną