Społeczeństwo

Koniec iluzji

Jak żyć w dzisiejszych trudnych czasach?

Nie jest żadnym wstydem, defektem czy ekstrawagancją dystansowanie się od chronicznego stanu upojenia sieciowego. Nie jest żadnym wstydem, defektem czy ekstrawagancją dystansowanie się od chronicznego stanu upojenia sieciowego. Mirosław Gryń / Polityka
Raport o stanie świata: to my wariujemy, czy też przyszło nam żyć w zwariowanych czasach?
Namysł nad współczesnym światem może w ogromnej mierze uwolnić człowieka z niepokoju o samego siebie.Mirosław Gryń/Polityka Namysł nad współczesnym światem może w ogromnej mierze uwolnić człowieka z niepokoju o samego siebie.
Już w sprzedaży nasz kolejny Pomocnik Psychologiczny „Ja My Oni”. A w nim próba odpowiedzi na pytanie: jak żyć w dzisiejszych trudnych czasach, jak radzić sobie z kłopotami, które niosą?Joanna Mucho/Polityka Już w sprzedaży nasz kolejny Pomocnik Psychologiczny „Ja My Oni”. A w nim próba odpowiedzi na pytanie: jak żyć w dzisiejszych trudnych czasach, jak radzić sobie z kłopotami, które niosą?

Co powiedzieliby państwo na zaproszenie do udziału w takim oto ćwiczeniu psychologiczno-filozoficzno-literackim: proszę wziąć pustą kartkę lub otworzyć nowy plik tekstowy w swoim komputerze i wyobrazić sobie, że będzie to dokument ostatni. Ostatnia rzecz, jaką piszecie w życiu. Coś, co pozostawicie potomkom, którzy za 10, 50, 100 lat zechcą na to rzucić okiem. A może nawet proszę pójść w swej imaginacji dalej – wyobrazić sobie, że będzie to jedyne pisane świadectwo po naszych czasach, ocalałe z jakiejś globalnej katastrofy.

Trudne? No pewnie, człowiek z reguły wzdraga się przed napisaniem standardowej ostatniej woli dopóty, dopóki nie musi. Niepoważne? Zabawa dla 12-latków czy adeptów science fiction? Ale czyż nie takie właśnie zadanie stawiają sobie raz po raz co tęższe mózgi naszej epoki – badacze społeczni, myśliciele. Mierzą się z cząstkowymi, a czasem i generalnymi raportami o stanie świata, by sparafrazować tytuł znanej audycji radiowej. Próbują uchwycić ducha epoki, w której żyjemy.

„Nie ma chyba bardziej wyświechtanej frazy w naukach społecznych jak koniec ewentualnie zmierzch: »Koniec historii« (Fukuyama), »Zmierzch Zachodu« (Spengler), »Koniec człowieka« (Derrida), »Koniec pracy« (Rifkin), »Koniec ideologii« (Bell, także Aron), koniec kapitalizmu, koniec religii, koniec polityki, koniec rodziny. Trochę to wszystko równoważą narodziny i świty, ale koniec i zmierzch dominują w obrazie zjawisk społecznych” – ironizuje nieco prof. Jacek Raciborski w książce „Obywatelstwo w perspektywie socjologicznej” (gdzie – nawiasem – polemizuje z zapowiedzią końca państwa narodowego).

W myśli społecznej i publicystyce można zatem znaleźć mnóstwo materiałów pomocniczych do naszego eksperymentu. Dopuszczamy wszelkie ściągawki, a jedną od razu polecimy (i sami z niej tu skorzystamy) – nowość wydawniczą Znaku „Czyje jest nasze życie?”. Książka nie odstrasza rozmiarami, przyciąga formą: jest dialogiem, lecz nie przypomina standardowego wywiadu. To pełna wzajemnego zrozumienia, erudycyjna rozmowa o człowieku zapodzianym we współczesności świata zachodniego pomiędzy Olgą Drendą, etnolożką i antropolożką kultury (niedawno 30-latką), oraz Bartłomiejem Dobroczyńskim, psychologiem i historykiem psychoanalizy (niedługo 60-latkiem). Raport o stanie świata przeplata się tam ze zwierzeniami o stanie dusz autorów – pogodnych pesymistów, jak sami siebie w konkluzji zgodnie określają.

Do potomnych (wstęp)

Jaki jest zatem świat człowieka – kobiety i mężczyzny, Europejczyków, Polaków – latem 2017 r.? Chciałoby się zacząć chyba jednak dość optymistycznie: Drodzy potomni, nasz świat jest całkiem znośny. Relatywnie do setek pokoleń przed nami, a nawet tych dwóch, trzech z poprzedniego stulecia – wręcz fantastyczny. Czego większość naszych przodków nie miała, a my dzisiaj nieomal powszechnie mamy? Ciepłą wodę w kranach, umiejętność pisania i czytania od 7. roku życia, prawa wyborcze, supermarkety, auta, komputery osobiste, telefony mobilne, antybiotyki. Żaden człowiek nie jest własnością drugiego człowieka. Stosunkowo niewielu ludzi cierpi nędzę i głód. Wyciągają nas z rozmaitych choróbsk – żyjemy średnio o 20 lat dłużej niż nasi pradziadkowie.

Co przeważającej liczbie pokoleń przed nami było dane, a nam zostało oszczędzone? 70-latkom i młodszym rocznikom Polaków udało się nie zaznać wojny. Żaden najeźdźca nie gwałcił nam córek, nasi synowie nie poginęli w obronie granic, co więcej, granice – przynajmniej w Europie – poznoszono. Starszym spośród nas dane jest powszechniej niż kiedykolwiek zasmakować przewidywalnego życia według schematu: edukacja, kariera, rodzina, własny dach nad głową, w końcu skromna, ale na razie dość pewna, emerytura.

To niepełna, ale chyba wystarczająca lista walorów, by uznać, że my – ludzie, którym zdarzyło się zaistnieć w tej części świata akurat teraz – mamy ogromnego farta. A jednak tysiące osób bynajmniej nie czują się szczęśliwe. Nie mają wcale wrażenia, by świat był dobrym, bezpiecznym, przewidywalnym miejscem. Rzecz nie tyle w kłopotach psychicznych, kwalifikowanych jako schorzenia i zaburzenia. Nawet nie w depresji – chorobie tak często dziś diagnozowanej, że nominowano ją na przypadłość XXI w. Rzecz w strapieniach ludzi, których kondycja psychiczna wydaje się całkowicie mieścić w normie. A jednak. Nagły niepokój. Niepewność przyszłości. Poczucie obcości i samotności, niekiedy nawet wśród najbliższych. Wrażenie, że innymi ludźmi kierują niezrozumiałe emocje, przekonania, motywacje, sposób myślenia. Lęk. Stres. Kryzys poczucia własnej wartości. Kryzys sensu istnienia.

Tysiące z nas poszukują jakiejś asekuracji, choćby właśnie w poradnictwie psychologicznym. Tylu ma jakieś defekty? A może coś bardzo niedobrego zaczęło się dziać z naszym światem? Może to on jest zaburzony, szalony, mówiąc kolokwialnie: ześwirował?

Wymienieni przez prof. Raciborskiego myśliciele diagnozują nasze czasy jako moment kryzysu. Zmiany. Pękania iluzji. I to ostatnie wydaje się szczególnie ważne z psychologicznego punktu widzenia. Bo pęknięcie iluzji zawsze jest bolesne. Spróbujmy zatem choć pięć z tych powszechnie żywionych, a dziś rozpływających się miraży rozpatrzyć, zadając sobie przy tym stale pytanie, jak to może wpływać na stan psychiczny pojedynczego człowieka, na kondycję każdego z nas.

Iluzja dobrego kierunku

Mniej więcej ćwierć wieku temu świat namówił nas do wiary, że będzie już tylko lepiej. Postacią symboliczną dla tej iluzji stał się Francis Fukuyama, amerykański politolog. Tytuł jego bestsellerowej książki „Koniec historii” wszedł do globalnego użycia jako skrót myślowy – oto świat zachodni wymyślił najlepszy z możliwych systemów organizacji życia społecznego (demokrację liberalną) oraz gospodarczego (kapitalizm). Dołączyły już do niego kraje wyzwolone (i wyleczone) z komunizmu, a wkrótce doszlusuje cała reszta. Rewolucja informatyczna oznaczać będzie wyłącznie postęp, a dzieła ostatecznego uszczęśliwienia ludzkości dokona rewolucja biotechnologiczna. Nieco to, rzecz jasna, strywializowany skrót myśli Fukuyamy, ale takiego właśnie wieszcza ćwierć wieku temu świat musiał widocznie łaknąć. Zwłaszcza tu, na naszym cywilizacyjnym Wschodzie, gdzie potrzebny był zastrzyk energii do „brania losu we własne ręce”.

Dziś wielu badaczy społecznych powiada, że umówiliśmy się na demokrację i kapitalizm, nie dogadawszy przedtem, jak te pojęcia rozumieć. W efekcie wiele osób wpadło w pułapkę mirażu, że demokracja będzie oznaczać sprawiedliwość w podziale dóbr, a kapitalizm – tych dóbr wręcz naddatek. I teraz trzeba sobie z tym złudzeniem radzić. Nierówności społeczne pogłębiły się – i u nas, i na całym świecie. Zależność pomiędzy wykształceniem, talentem, pracowitością a dochodami wcale nie jest oczywista. Pokolenie 30-latków ma prawo do poczucia, że świat ich nabrał, oferując złudne wykształcenie i niepewną, zwykle – na początek przynajmniej – śmieciową pracę. Ich rodziców ten stan rzeczy przyprawia o niepokój, tym bardziej że ich starość też wymyka się kontroli, choćby z powodu coraz bardziej zagrożonego systemu emerytalnego.

Wielu z nas żyje dziś w poczuciu ograniczonego zaufania do świata. W niepewności co do reguł, które nim rządzą. Przenieśmy to na prostą analogię: oto człowiek wsiada za kierownicę. Przyjmuje, że on i inni kierowcy przestrzegać będą przepisów, co wszystkim zagwarantuje bezpieczeństwo oraz dotarcie do celu w wyobrażonym czasie. A gdyby tak któregoś dnia musiał ruszyć na autostradę, dowiedziawszy się, że zniesiono Kodeks drogowy, niektórzy będą jechać jego pasem w przeciwnym kierunku, nie wszystkie mosty są wytrzymałe, a znaki drogowe mogą być fałszywe?

Przez lata świat wmawiał ludziom, że są w stanie sprawnie zarządzać swoim losem, jeśli tylko nabędą odpowiednich kompetencji. Niemała w tym „zasługa” popularnej psychologii, która w tysiącach poradników kazała nam „budzić w sobie olbrzymów”, projektować kariery i związki, pracować nad nimi, stać się bez mała menedżerami własnego życia. Dziś jeśli tak wielu ludzi odczuwa utratę kontroli nad swym przyszłym losem, to niekoniecznie dlatego, że mają rozstrojoną psychikę, ale dlatego, że świat się rozstroił.

Iluzja, że świat będzie przewidywalny

Jedną z najbardziej widowiskowych klęsk ponosi dziś utopia globalnej wioski – zunifikowanej, bezkonfliktowej, przewidywalnej. Budzimy się co kilkanaście tygodni zaskoczeni: jeszcze wczoraj przewidywano, że Wielka Brytania nie wystąpi z UE, dziś – wystąpiła. Jeszcze wczoraj sondaże wskazywały na Clinton, dziś – jednak Trump. Jeszcze wczoraj wydawało się, że na populizm, rasizm, szowinizm świat zachodni uodpornił się ostatecznie poprzez rzezie II wojny światowej. Nie uodpornił się. Nie jesteśmy jedynym krajem, gdzie widać dziś pogłębiające się pęknięcie nieomal na pół. Jedni wierzą w wartości liberalnej demokracji, inni we wspólnotę narodowo-religijną. Wydawać by się mogło, że owo rozpołowienie ma charakter polityczny z domieszką światopoglądową. Ale manifestuje się w nim również pierwiastek psychologiczny. Bo zaostrzanie się tych postaw świadczy, że w tle czai się potężna emocja: strach. Jedni coraz bardziej boją się drugich. Ci, nazwijmy ich, liberalni – politycznych uzurpatorów mianujących się ojcami ludu. Ludu zaczadzonego propagandą. Propagandy uzasadniającej tyranię. Tyranii państwa partyjno-policyjnego, ustanowionego pod hasłem zaprowadzenia porządku. Ci konserwatywni boją się stracić poczucie pewności swego miejsca na ziemi, słuszności swoich przekonań i sposobu życia. Strach każe im wierzyć w każdą podpowiedź co do obiektów zagrażających: uchodźców i gejów, poprawności politycznej i „cywilizacji śmierci”, „resortowych dzieci” i postkomunistów, „opcji niemieckiej” i wegetarian. Itd.

Przełóżmy zatem i tę sytuację na jakieś indywidualne doświadczenie: człowiek zbłądził w lesie, komórka się wyczerpała, walą pioruny, leje. Wcześniej czy później musi nadejść strach. Na wszelki wypadek cały organizm traktuje strach jako sygnał, by się sprzęgnąć z odpowiednim ciśnieniem krwi, pracą serca, wydzielaniem kortyzolu itd. Wszystko to, jak powiadają psychologowie, jest przystosowawcze, czyli niepozbawione sensu.

Wyobraźmy sobie teraz, że ktoś widzi z ukrycia przerażenie człowieka, ale zamiast pomóc, zabawia się, wydając jakieś dzikie, diabelskie odgłosy. Strach – stara to prawda – nie jest dobrym doradcą. W strachu człowiek szybciej uwierzy w diabła, niż zacznie domyślać się manipulacji.

Świat współczesny zabawia się ludzkim strachem perwersyjnie. Sieją strach terroryści i tyrani. Ale także żądni władzy politycy mieniący się demokratami. Sieją stabloidyzowane (albo propagandowe) media, wypełnione po brzegi toksyczną treścią: zamachy, katastrofy, epidemie, wypadki, choroby, afery, złodziejstwo, układy…

Władzy nad ludzkimi umysłami nie da się zdobyć skuteczniej niż strachem. Strachem przyciąga się uwagę, poparcie, pieniądze. To nie nasza wina, defekt albo słabość, że dajemy się przytłoczyć lękom sączonym poprzez radia, telewizory, smartfony. To cywilizacja zwiodła nas obietnicą, że dzięki ogólnie dostępnej, błyskawicznej informacji świat będzie zrozumiały i przewidywalny, a przez to bezpieczniejszy. Nie jest. A nawet gdyby był, to łatwo się o tym nie dowiemy.

Iluzja, że internet nas połączy i otworzy

Miraż globalnej wioski wiąże się, oczywiście, z powstaniem internetu. Co najmniej 10 lat temu pozbyliśmy się nawyku językowego – a właściwie myślowego – by dzielić świat na real i wirtual. Dla ludzi, którzy w chwili swego przyjścia na świat zastali na nim komputery i telefony komórkowe, obie sfery są już jedną rzeczywistością. Odbywa się tam całkiem realne życie społeczne, polityczne, ba, uczuciowe czy intymne milionów ludzi. „Wykluczenie sieciowe to bez mała najpoważniejszy problem społeczny XXI w.” – grzmią od lat cyberentuzjaści.

Jednocześnie jednak wielu z nich, również twórców cudownych technologii, dostrzega manowce, na jakie sieć pozbaczała, i iluzoryczność wielu nadziei, jakie z nią wiązano. Np. Ethan Zuckerman, badacz nowych mediów, a jednocześnie wynalazca reklam pop-up, dał temu wyraz w niedawnej rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym” zatytułowanej znamiennie „Internet to stan ciągłego pijaństwa”.

Ot, pierwsza z brzegu iluzja – że dzięki sieci ludzie masowo wyjdą poza więzi z rodziną, najbliższym środowiskiem, rodakami. Owszem, liczba kontaktów międzynarodowych jest spora, tyle że statystyki nabijają emigranci i ekspaci, którzy po godzinach łączą się ze swoimi rodzinami, starymi znajomymi i przyjaciółmi. Więc sieć nas nie tyle pootwierała na innych, ile pozamykała w cybergronach. I przejmuje nad nimi kontrolę. Selekcjonując informacje, które do człowieka docierają, utwierdza go w gustach i przekonaniach.

To już banał powtarzać, jak wielkim problemem współczesnego świata jest postprawda, której głównym nośnikiem jest właśnie sieć. Bartłomiej Dobroczyński: „w oczach opinii publicznej obiektywne fakty, a nawet ustalone przez naukę prawidłowości, przegrywają z emocjami i osobistymi przekonaniami. Postprawda sankcjonuje zgodę na kłamstwo. Oszustwo, manipulacja, matactwo nie pociągają już za sobą żadnych negatywnych konsekwencji, przestały być karane, nie są nawet piętnowane”.

Świat pozwolił sieci na zbyt wiele. Internet omamił użytkowników wolnością słowa, opacznie pojętą jako prawo do odbierania godności, lżenia i poniżania innych. Oczarował użytkowników: jesteś dość przeciętnym człowiekiem, ale tu wykreujesz się na kogo chcesz – twórz swoje cyberego, przechwalaj się, imponuj, budź zawiść.

Nie jest żadnym wstydem, defektem czy ekstrawagancją dystansowanie się od owego chronicznego stanu upojenia sieciowego. Odmowa udziału w pijaństwie. Świat wirtualny jest osobny od realnego. Jeden i drugi noszą w sobie pierwiastki szaleństwa. Dziś wydaje się, że ten sieciowy – objawia wyraźniejsze tendencje psychopatologiczne.

Iluzja, że człowiek będzie lepszy

Od oświecenia co najmniej świat zaczął mamić nadzieją, że człowieka da się ulepszyć. Poprzez edukację podnieść jednostkę nie tylko z nędzy myślowej i materialnej, ale – co ważne – także moralnej. Dziś połowa młodego pokolenia w Polsce kończy studia. Poziom wiedzy, jaką dysponuje ludzkość, trudno nawet zestawiać z tym, co było jej wiadome pół wieku temu. Również jeśli chodzi o psychologię.

Toteż wiemy już dziś na pewno, że edukacja (nawet wnikliwa psychologiczna) nie uwalnia człowieka od złych intencji. Od owczych pędów, którym ulega. Nie wystarcza, by ten czy ów wybitnie sprawny na umyśle osobnik powstrzymał się przed podłością, mówieniem kłamstw, manipulowaniem drugim człowiekiem. Nadzwyczajny poziom inteligencji ogólnej nie musi iść w parze z czymś, co nazwano inteligencją emocjonalną: umiejętnością wsłuchania się w drugiego człowieka, odczytania jego uczuć.

Pytanie, skąd w człowieku zło albo też jak to się dzieje, że w dobrych ludziach nagle rodzi się gotowość do krzywdzenia, zabijania innych, pozostaje jednym z centralnych problemów psychologii, socjologii, antropologii. Poza dyskusją pozostaje fakt, że homo sapiens jest gatunkiem społecznym. Przynależność do grupy jest jedną z najsilniejszych ludzkich potrzeb, a skłonność do dzielenia się na „my” i „oni” chronicznym nawykiem łatwym do zaobserwowania już u przedszkolaków. Prowadzi on ludzi do poświęceń, altruizmu, czasem bohaterstwa. Ale też do ślepego podporządkowania, rozmaitych fanatyzmów, czasem zbrodni. Toteż miliony ludzi wyznają kult siły, a nad wolność przedkładają bezpieczeństwo, w imię którego gotowi są poddać się tyranii, ba, w niej współuczestniczyć.

Świat współczesny promuje twardzieli. W korporacjach czy polityce obowiązują tak brutalne reguły rywalizacji, że całkiem dobrze radzą tam sobie ludzie dotknięci zaburzeniami osobowości, jak makiawelizm, narcyzm, socjopatia. To świat postawił sprawy na głowie, jeśli za słabeuszy uchodzą ci, którzy nie mają potrzeby skrywać swojego człowieczeństwa: wrażliwości, umiejętności współczucia, a także poczucia własnej omylności i niedoskonałości. Ci, którzy potrafią posunąć się trochę, by zrobić miejsce słabszym. Psychiczni „odmieńcy”, którzy nie znoszą lania dzieci i zabijania zwierząt, współczują uchodźcom, nie zaglądają innym do łóżek i portfeli, nie hejtują w internecie, prawdziwie cierpią, gdy ktoś ich po chamsku zbeszta w zatłoczonym autobusie, płaczą na ślubach i komediach romantycznych. To wszystko ani wstyd, ani słabość, ani niedostosowanie do świata. To świat nie bardzo chce dostosować się do normalnego człowieka.

Iluzja, że wszystko ma sens

Bodaj najboleśniejszym zderzeniem z rzeczywistością, jakie w którymś momencie życia czeka współczesnego człowieka, jest świadomość własnej przemijalności. Świat robi bowiem wszystko, by nakarmić go złudzeniem wiecznej młodości i wiecznego zdrowia. Ma zdrowo żyć, zdrowo jeść, nie stresować się, ćwiczyć, bezustannie się monitorować, profilaktycznie badać, wspomagać suplementami (lub nie), szczepić (bądź nie), łykać, wcierać, zakraplać. Słowem, ma nie szczędzić pieniędzy na młodość i zdrowie.

Czy świat oszalał z kultem ciała? Bartłomiej Dobroczyński zaprzecza: „Nie mamy do czynienia z kultem ciała, lecz kultem wyglądu, a więc dominacją fasady i pozoru, a nie żywej materii. (…) W kulturze zachodniej ciało nadal jest przedmiotem jawnej lub ukrytej deprecjacji, jako wielce ułomny aspekt naszej natury, źle ukrywający ludzką śmiertelność, niedoskonałość, zniszczalność”.

Świat nie przygotowuje człowieka do konfrontacji z tym aspektem. A ona następuje, gdy np. w szpitalnej izbie przyjęć stajesz się numerkiem wśród tysięcy innych mniej lub bardziej beznadziejnych przypadków. Przedmiotem nowoczesnego systemu lecznictwa. Właśnie częściej przedmiotem niż podmiotem, ponieważ cały ów system z natury się odhumanizował. Nie dlatego, że pracujący tam ludzie są źli i cyniczni. Raczej dlatego, że medycyna nie jest w stanie sprostać zadaniu wyleczenia wszystkich ze wszystkiego, szybko i wedle najnowszych zdobyczy tej dziedziny. Tu też kryje się wielka iluzja współczesności.

Świat jednak uparcie odsuwa człowieka od myśli, że czeka go jakiś kres. Trzyma go w stanie doczesności i doraźności, by pracował, kupował, dorabiał się, obrastał w rzeczy. Jakby posiadanie było wystarczającym powodem trwania. Potrzeba „czegoś więcej” – odrobiny mistycyzmu, jakiejś donioślejszej treści życia, pragnienia uspokojenia się, ukojenia – prowadzi dziś wiele osób ku praktykom zapożyczonym z kultur Orientu (choćby ku medytacji czy jodze), ku rozmaitym autorskim projektom zespalania się z przyrodą, ku kontemplacji sztuki.

Miliony – wydawać by się mogło – tę potrzebę sensu zaspokajają poprzez wiarę. Jako osoby religijne deklaruje się większość Polaków. Ale pozostaje pytanie: ilu spośród wierzących przykrywa rytuałami zwątpienie i rozpacz; dla ilu przynależność do Kościoła raczej odpowiada na ich potrzebę bycia w grupie „my”, niż daje filozoficzne i psychologiczne oparcie?

Bartłomiej Dobroczyński: „Mam wrażenie, że ostatnimi czasy świat nie dostarcza zbyt wielu powodów do trwania, wręcz przeciwnie, trzeba je znajdować z coraz większym wysiłkiem i desperacją, a coraz częściej pojawia się myśl, że to wszystko nie ma sensu”. A Olga Drenda przypomina, że w psychiatrii istnieje kontrowersyjna hipoteza: ludzie z depresją są w rzeczywistości realistami i widzą świat taki, jaki jest. Optymizm byłby więc rodzajem zniekształcenia poznawczego.

Być może zatem stany psychicznej słabości, pogubienia, nawet zrozpaczenia nie zawsze są przypadłościami, których trzeba się za wszelką cenę wystrzegać. To świat przesadza, żądając od nas chronicznego optymizmu i niewzruszonej, walecznej żądzy trwania.

Do potomnych: zakończenie

Co zatem wynika z tego raportu o stanie współczesnego świata? Czemu służyć miałoby ćwiczenie, do jakiego zachęciliśmy na początku artykułu? Powie ktoś, że zabiciu resztek optymizmu, poczucia sensu i chęci trwania. Ale dla ludzi myślących może być ono ponętne, ponieważ kryje się w nim potencjał kojący, zgoła terapeutyczny. Namysł nad współczesnym światem może w ogromnej mierze uwolnić człowieka z niepokoju o samego siebie. Sprawić, że nieco inaczej spojrzy na to, co sobie przypisuje: słabość psychiczną, nieporadność życiową, nadmierną emocjonalność. By w efekcie – zamiast „budzić w sobie olbrzyma” – zaakceptował swoje ułomne człowieczeństwo.

Olga Drenda: „Skoro już tu jestem, to nawet jeśli nie podchodzę do tego z entuzjazmem, dobrze jest wykorzystać swoje życie pożytecznie dla siebie i innych, którzy mieli pecha zaistnieć. Jestem pozytywną pesymistką, zawsze podobał mi się cytat ze Staffa: »Pogodny mądrym smutkiem«. Nie spieszy mi się zatem do grobu, ale niespecjalnie porusza mnie perspektywa tego, że mogłabym nie zaistnieć”. Bartłomiej Dobroczyński: „Najbardziej niepokoi mnie, że odczuwam głębokie powinowactwo z twoimi poglądami”.

Trudno nie odczuwać powinowactwa z obojgiem – jesteśmy wszyscy dziećmi tych samych czasów, mieszkańcami tego samego wariackiego świata. Więc cały ten raport wypadałoby zakończyć jakoś tak: Drodzy potomni, tu i teraz staramy się być pogodnymi pesymistami. Na tyle nasz świat – ciepłej wody w kranach i innych epokowych wynalazków – nam pozwala. Tak go urządziliśmy. Może wy zrobicie to lepiej.

Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Mistrz efektów specjalnych. Leonardo da Vinci na dworze mediolańskich władców

Na mediolańskim dworze Sforzów odpowiadał za rozrywki: widowiska, turnieje, bankiety.

Anna Brzezińska
21.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną