Bunt kobiet

Wściekłość stłumionej rewolucji
Skala złości, jaka ujawniła się, gdy miliony kobiet napisały na Facebooku #metoo, #jateż, i wielki efekt medialny mogą w konsekwencji trwale zmienić seksualną obyczajowość i konwencje zachowań.
Skala opisywanej przemocy, dzięki facebookowej akcji „#metoo”, okazała się szokująca.
kmiragaya/PantherMedia

Skala opisywanej przemocy, dzięki facebookowej akcji „#metoo”, okazała się szokująca.

Aktorka Alyssa Milano wrzuciła na Facebooka proste hasło: „#metoo” wraz z krótkim listem po oskarżeniach wobec producenta Harveya Weinsteina o wykorzystanie seksualne wielu kobiet. I zaczęło się.
Wikipedia

Aktorka Alyssa Milano wrzuciła na Facebooka proste hasło: „#metoo” wraz z krótkim listem po oskarżeniach wobec producenta Harveya Weinsteina o wykorzystanie seksualne wielu kobiet. I zaczęło się.

Do społecznej wrażliwości przedostało się, jak często kobiety padają ofiarą seksualnego polowania, dla którego konwenans jest wygodną przykrywką.
Getty Images

Do społecznej wrażliwości przedostało się, jak często kobiety padają ofiarą seksualnego polowania, dla którego konwenans jest wygodną przykrywką.

audio

AudioPolityka Martyna Bunda - Wściekłość stłumionej rewolucji

Nic nie zapowiadało, że szykuje się coś istotnego. Amerykańska aktorka Alyssa Milano wrzuciła na Facebooka proste hasło: „#metoo” wraz z krótkim listem po oskarżeniach wobec producenta Harveya Weinsteina o wykorzystanie seksualne wielu kobiet. Post opatrzony był apelem: pokażmy, ile nas jest. Jeśli każda, która doświadczyła molestowania seksualnego, napisze na profilu #metoo, może wówczas świat dostrzeże skalę problemu.

Ruszyło. W ciągu pierwszej doby na samym Facebooku wpis pojawił się na 12 mln kobiecych kont. Jak ustaliła firma Sotrender, w Polsce hasło #metoo wypisano ponad 20 tys. razy. Kolejne posty posypały się już pod szyldem spolszczonym do #jateż. Dotyczące już nie tylko upokorzeń i nadużyć seksualnych w pracy – co zeszło na dalszy plan – ale upokorzeń i przemocy seksualnej w ogóle. Obok rzeczy irytujących czy zawstydzających, ale jednak pomniejszych, stanęły wpisy poważne i drastyczne. Niezliczone wspomnienia napaści na ulicach, w publicznych toaletach, na zapleczach firm. Sceny obmacywania, ale też gwałtów. Dziesiątki epizodów z dzieciństwa, gdy to wujek, dziadek…

Skala opisywanej przemocy okazała się szokująca. Co ważniejsze, zdumienie było udziałem także samych autorek wpisów. „Piszę, czytam, i ciągle coś nowego mi się przypomina. Te wspomnienia się nie kończą! I nie mogę uwierzyć, że aż tyle tego było” – to jeden z typowych postów. I tak drugim uniwersalnym doświadczeniem #metoo okazała się złość. „Moim córkom, które właśnie dorastają, i które zapewne też to kiedyś spotka, mówię, żeby wówczas nie dały się wpędzić w poczucie winy ani żaden tam wstyd” – pisze ktoś. „Właściwą reakcją jest wściekłość!”.

Rozmiary tej wściekłości zaniepokoiły publicystów. Część zdecydowała się nie uwierzyć. Zofia Romaszewska przekonywała w telewizji, że jej zdaniem to raczej kobiety molestują, żeby coś zyskać – i opowiedziała o koledze z pracy, który oganiał się przed prowokującą go seksualnie koleżanką. Poseł PiS Bolesław Piecha przekonywał w TOK FM, że Polska jest krajem konserwatywnym, w którym szanuje się kobiety, więc problem jej nie dotyczy. Piotr Skwieciński inaczej, poświęcił felieton „lewackiej akcji, która jest wykwitem ideologii radykalnie lewicowo-liberalnej, i służy realizowaniu jej celów” – i wplątanym w tę akcję naiwnym kobietom wierzącym, że walczą z gwałtami. „Nie temu służy akcja – dodawał. – Służy zastraszeniu wszystkich mężczyzn i wtrąceniu ich w poczucie winy. Heteroseksualni mężczyźni są dla współczesnej radykalnej lewicy jednym z głównych wrogów w wymiarze społecznym”. Byli i tacy, co pisali po prostu, że „babom odbiło”. Jeszcze inni dzielili się swoją bezradnością. „Nie wiedzieli, że to aż tak”. „Nie mieli pojęcia, ale też złych intencji”.

Konwenans

Emocje okazały się tak wielkie, bo wybuchło coś, co przez dekady odkładało się w kobietach ze starszych roczników; latami przemilczane doświadczenia teraz niespodziewanie wracały, a paliwa dla złości dostarczyły kobiety młodsze, z pokolenia już bardzo czułego na punkcie uprzedmiotawiania. Internet wyciągnął na powierzchnię emocje tysięcy osób, z dziesiątek lat w jednym czasie. Stąd między innymi skala ujawnionej frustracji.

Źródła tkwią oczywiście w kulturze. Od tysięcy lat stara się ona okiełznywać ludzką seksualność, różnie ją sobie tłumacząc. Jeszcze w średniowieczu powszechnie uważano, że kobiety są z natury bardziej erotycznie otwarte i to one inicjowały wiele kontaktów (co nie przeszkadzało kulturze rycerskiej stworzyć mit o większym uduchowieniu kobiety). Przejawem męskości miała być umiejętność zapanowania nad instynktami; kto tego nie umiał, nie był mężczyzną. Kobiety tego nie musiały. Gdzieś w XVIII w. zaliczyliśmy radykalną rewolucję tych skryptów i zaczęło się to, czemu w kwestiach damsko-męskich nieświadomie podlegamy do dziś. Około 1700 r. pojawiły się pierwsze powieści, w których „kobieta w naturalny sposób potrafiła oprzeć się pokusie”, za co była nagradzana wielkim społecznym uznaniem oraz opłacalnym małżeństwem.

Już sto lat później wyrażanie własnych uczuć przez kobiety było dla nich (społecznie) tak ryzykowne, że przestały to robić. Pani w zalotach była główną bohaterką drwiny i szyderstwa. Być odrzuconą przez mężczyznę – to jedno z większych tabu, jakie odziedziczyliśmy po XVIII w. A skoro tak, zakładał skrypt kulturowy, to mężczyzna, godząc się (dzielnie) na ewentualne odrzucenie (które go w sensie społecznym niewiele kosztowało), musiał zabiegać o kobietę z naddatkiem i na zapas. Aby dać jej absolutną pewność, że nie zostanie odrzucona. Sposób zależny był od klasy społecznej – w jednej całowanie w rękę, w innej gwizdy – jednak obwiązek adorowania kobiet przewidziany był dla każdego mężczyzny. Nieadorowanie mogło wręcz zostać uznane za obrażenie kobiety.

Jak żywe jest to myślenie, widać w najnowszych badaniach CBOS, przeprowadzonych już po akcji #metoo. Tylko niespełna połowa Polaków uważa publiczne komplementowanie biustu, nóg czy pośladków za obraźliwe dla kobiety, jedna czwarta nie ma wątpliwości, że tak właśnie należy postępować, chcąc sprawić przyjemność kobiecie. Zdecydowana większość – ponad 70 proc. Polaków – uważa, z pewnością słusznie, że publiczne skrytykowanie przez mężczyznę damskiej urody jest czymś wysoce nagannym i obraźliwym.

Jeśli owe zaloty, dowcipnie zwane końskimi, są przykre, odrażające, a nawet odczytywane jako zawoalowana przemoc, skrypt kulturowy przewiduje dla kobiety jedną reakcję: obśmiej, zamień w żart. W sytuacjach realnego zagrożenia to zresztą bardzo naturalna strategia – żeby jakoś rozładować rosnące napięcie, oswoić, zjednać sobie napastnika. To zrodziło kolejny problem: one brnęły w strategię obracania w żart, oni brnęli w sytuację. Nawet 90 proc. gwałtów w Polsce to tak zwane gwałty randkowe albo dokonywane przez dobrze znanych kobiecie mężczyzn. Wielu przysięga po wszystkim, że sądzili, iż kobieta tego chce.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną