Społeczeństwo

Kolejny wypadek na Krupówkach. Konie są powoli mordowane

W całej tej sprawie chodzi oczywiście o pieniądze. W całej tej sprawie chodzi oczywiście o pieniądze. Forum
Tragiczny wypadek z udziałem konia na zakopiańskich Krupówkach. Kolejny. Tym razem ucierpiało nie tylko zwierzę, ale też dziecko.

Doszło do kolejnego wypadku z udziałem zaprzęgniętego do wozu konia. Tym razem zdarzenie miało miejsce w Zakopanem. Spłoszony koń szarżował po Krupówkach, stanowiąc zagrożenie nie tylko dla siebie, ale też dla przechadzających się turystów. Dziecko, któremu nie udało się uciec przed oszalałym ze strachu zwierzęciem, zostało potrącone i odwiezione do szpitala. Wycieńczony koń padł zaś na ulicy. Odpowiedzialny za niego furman gdzieś się zapodział i nie był świadkiem zdarzenia. Jak wiele razy będziemy jeszcze pisać o podobnych przypadkach?

Niecały miesiąc temu doszło do bardzo podobnego zdarzenia. Na trasie do Morskiego Oka jeden z koni ciągnących wóz z turystami zasłabł i przewrócił się. Stało się to drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia, gdy wieczorem na Polanie Włosienica wielu turystów czekało na transport powrotny.

Zgodnie z relacją świadka koń przewrócił się, ciągnąc wyładowany pseudoturystami wóz. Furman nie przerwał jednak kursu i kiedy koń wstał, załadował ponownie wóz turystami i kontynuował przewóz.

Z informacji uzyskanej przeze mnie u pracownika Tatrzańskiego Parku Narodowego wynika, że furman nie zgłosił wypadku, choć ma taki obowiązek – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – W związku z tym Tatrzański Park Narodowy nie ma żadnych informacji o przyczynach wypadku ani o stanie zdrowia zwierzęcia. Poprosiliśmy o pilne ustalenie, w jakiej kondycji jest zwierzę – dodaje. Jednocześnie Fundacja Viva! poprosiła o odebranie licencji na przewóz na tej trasie furmanowi, który nie dopełnił formalności i zachował w tajemnicy wypadek konia.

Wypadek miał miejsce w dniu, w którym na górnym postoju wozów konnych, na Polanie Włosienica, doszło do przepychanek i awantur z udziałem pseudoturystów, którzy „utknęli” nad Morskim Okiem. – Domyślamy się, że konie tego dnia pracowały ciężej niż zwykle, bo było wielu turystów, którzy chcieli bez wysiłku dostać się do Morskiego Oka i z niego wrócić, korzystając z siły mięśni umęczonych zwierząt – wyjaśnia Anna Plaszczyk. – Turyści dosłownie bili się o miejsca na wozach i tratowali nawzajem przy wsiadaniu. A konie musiały ciągnąć pełne wozy po zaśnieżonej trasie. Nie wiadomo, czy konie tego dnia nie wykonały więcej niż zwykle kursów i czy nie pracowały w szybszym tempie, by przewieźć wszystkich leniwych pseudoturystów. To powinien ustalić Tatrzański Park Narodowy.

Bestialskie traktowanie koni pracujących na trasie nad Morskie Oko

Sprawa skandalicznych i niezgodnych z prawem warunków organizacji transportu konnego turystów do Morskiego Oka ciągnie się już od dawna. Już w latach 90. ubiegłego wieku przewodnicy tatrzańscy oraz ratownicy TOPR informowali władze Tatrzańskiego Parku Narodowego (TPN), że konie ciągnące wozy do Morskiego Oka pracują ponad siły, często padają i trzeba z tym coś zrobić. Wozy, a dokładnie długie i ciężkie lawety ciągnione przez konie mogły pomieścić nawet 30 turystów. W 2003 roku Jan Gąsienica Roj pisał: „Zwracam się głównie do dyrektora TPN i tych, którzy wydają zezwolenia i licencje wozakom. Na Palenicy Białczańskiej od wielu lat konie padają ze zmęczenia na drodze. (…) Jest to chyba jedyny park narodowy na świecie, gdzie zwierzęta są zamęczane pracą na śmierć”.

Sprawa nabrała tempa, gdy w 2009 roku koń Jordek padł i umarł na trasie, a całe zdarzenie sfilmowano. Wtedy organizacje ochrony praw zwierząt zaczęły głośniej domagać się zmiany zasad transportu konnego do Morskiego Oka lub w ogóle całkowitej likwidacji tego transportu. Z analizy danych Polskiego Związku Hodowców Koni wynika, że od stycznia 2012 roku do połowy czerwca roku 2013 do rzeźni trafiły 44 konie pracujące na trasie do Morskiego Oka, w tym zwierzęta 4- i 5-letnie, czasami po zaledwie kilku miesiącach pracy na trasie. W tym okresie trzy konie padły, w tym dwa w sierpniu, czyli w szczycie sezonu. To oznacza, że w 18 miesięcy straciło życie 20 proc. zwierząt pracujących na drodze do Morskiego Oka, czyli co piąty koń. Średni czas pracy koni zabitych w rzeźni wynosił 10,8 miesiąca. W 2014 roku średni czas pracy zwierząt wycofywanych z trasy skrócił się z 28 miesięcy (2013) do zaledwie 19,9 miesiąca. Tymczasem koń, który pracuje w warunkach normalnych, średnio dożywa 30 lat.

Pod wpływem protestów i napływu zastraszających danych Tatrzański Park Narodowy, z którym wozacy podpisują umowy cywilne na transport, rozpoczął badanie koni i zlecił kilka ekspertyz. W wyniku tych działań w 2014 roku TPN ograniczył liczbę przewożonych turystów z 14 do 12 (brawo!), przy założeniu, że wóz waży nie więcej niż 540 kg. Potem okazało się jednak, że wozy zwykle ważą znacznie więcej, o 100, 150, a nawet 250 kg ponad wskazane 540.

TPN zlecał kolejne ekspertyzy i badania koni, a organizacje prozwierzęce – głównie Fundacja Viva!, która włączyła się w akcję obrony koni pracujących na trasie do Morskiego Oka w 2013 roku – zlecały swoje. Właściwie nigdy jedne nie były zgodne z drugimi.
W związku z tym w Wigilię 2014 roku Viva! złożyła doniesienie do prokuratury o popełnienie przestępstwa na TPN, starostę, do którego należy droga do Morskiego Oka, oraz stowarzyszenie fiakrów. Prokuratura sprawę umorzyła, jednak fundacja odwołała się do sądu rejonowego. Ten polecił prokuraturze ponowne podjęcie sprawy i przygotowanie trzech ekspertyz: przez biegłego mechanika, który ma ocenić parametry realnych oporów wozu na trasie, przez biegłego lekarza weterynarii oraz behawiorystę. Jedna z nich jest już gotowa. Póki co nie znamy stanowiska prokuratury. Jeśli uzna zalecenia sądu, będzie musiała na nowo podjąć sprawę i oskarżyć organizatorów transportu, jeśli doprowadzi do kolejnego umorzenia, ponowny wniosek, już w innym trybie, złoży Fundacja Viva! Tak czy siak sprawa znajdzie finał w sądzie.

Powolne mordowanie koni nad Morskim Okiem

W całej tej sprawie chodzi oczywiście o pieniądze. TPN z licencji dla fiakrów uzyskuje rocznie sumę od 700 do 800 tys. zł. Przy całym trzymilionowym rocznym budżecie Parku to suma niebagatelna. Fiakrzy z kolei w ogóle nie muszą dbać o konie - i kompletnie o nie nie dbają - ponieważ potrafią zarobić za swoje „usługi” transportowe nawet sześć tysięcy zł dziennie. Mogą więc co tydzień kupować sobie nowego konia, gdy poprzedni w wyniku katorżniczej pracy pada na trasie lub po miesiącu lub dwóch mordęgi zostaje wysłany na rzeź, bo nie nadaje się już do niczego. Na trasie do tego strasznego Morskiego Oka nie ma możliwości prowadzenia żadnego innego, poza końskim, transportu, nawet zakazano pokonywać ją rowerzystom. Można tylko iść pieszo lub poruszać się zaprzęgami. Wozacy są więc absolutnymi monopolistami i śmieją się wszystkim w nos. To jeden wielki skandal!

Żeby nie wiadomo jak długo liczyć i przeliczać, żeby zamawiać jeszcze kolejne nowe ekspertyzy, nie da się w żaden sposób ukryć, że konie na trasie do Morskiego Oka są po prostu powoli mordowane i to z premedytacją. Że to, co się tam dzieje, to czyste bestialstwo. Być może w kolejnych sporach, zawiadomieniach i rozprawach uda się doprowadzić do pewnego ucywilizowania warunków transportu do Morskiego Oka, choć to wcale pewne nie jest, zważywszy na to, jak długo spór między wozakami i TPN a organizacjami ochrony zwierząt już trwa. Tymczasem konie na tej największej turystycznej autostradzie Polski (rocznie korzysta z transportu do Morskiego Oka nawet ponad 700 tys. osób) wciąż pracują w warunkach urągających wszelkim zasadom i przepisom o ochronie praw i dobrostanie zwierząt. Ktoś powinien coś z tym zrobić, wreszcie; jesteśmy w Europie, w której nie można ot tak, po prostu mordować sobie zwierząt! W końcu niezbędna będzie konieczność całkowitej likwidacji tej wątpliwej i z wszech miar okrutnej „atrakcji” turystycznej. Im prędzej, tym lepiej.

Wydaje się, że wozacy, czyli ci tzw. furmai lub fiakrzy z Zakopanego i okolic nie muszą wiedzieć, i raczej na pewno nie wiedzą, że koń jest żywym stworzeniem, czującym i odbierającym świat wieloma zmysłami oraz instynktami. To bardzo skomplikowane, bogate i wspaniałe stworzenie, niestety także dość duże, silne i spolegliwe, więc idealne do wykorzystania. Wozacy podhalańscy pewnie nigdy się nie dowiedzą, kim jest koń, ale przecież wielu tych tzw. pseudoturystów, którzy wsiadają do ich wozów, by przebyć w jedną stronę, w zadowoleniu, odległość 7,7 km, wie o tym. Poza tym, ich dzieci patrzą, jak na oczach wszystkich w biały dzień dokonuje się nieludzkie męczenie i mordowanie niewinnych zwierząt. Niech patrzą...

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama