Konie pracujące nad Morskim Okiem są powoli mordowane. Kiedy to się skończy?
Znów na trasie do Morskiego Oka jeden z koni ciągnących wóz z turystami zasłabł i przewrócił się. Stało się to drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia, gdy wieczorem na Polanie Włosienica wielu turystów czekało na transport powrotny.
W całej tej sprawie chodzi oczywiście o pieniądze.
Forum

W całej tej sprawie chodzi oczywiście o pieniądze.

Zgodnie z relacją świadka koń przewrócił się, ciągnąc wyładowany pseudoturystami wóz. Furman nie przerwał jednak kursu i kiedy koń wstał, załadował ponownie wóz turystami i kontynuował przewóz.

Z informacji uzyskanej przeze mnie u pracownika Tatrzańskiego Parku Narodowego wynika, że furman nie zgłosił wypadku, choć ma taki obowiązek – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – W związku z tym Tatrzański Park Narodowy nie ma żadnych informacji o przyczynach wypadku ani o stanie zdrowia zwierzęcia. Poprosiliśmy o pilne ustalenie, w jakiej kondycji jest zwierzę – dodaje. Jednocześnie Fundacja Viva! poprosiła o odebranie licencji na przewóz na tej trasie furmanowi, który nie dopełnił formalności i zachował w tajemnicy wypadek konia.

Wypadek miał miejsce w dniu, w którym na górnym postoju wozów konnych, na Polanie Włosienica, doszło do przepychanek i awantur z udziałem pseudoturystów, którzy „utknęli” nad Morskim Okiem. – Domyślamy się, że konie tego dnia pracowały ciężej niż zwykle, bo było wielu turystów, którzy chcieli bez wysiłku dostać się do Morskiego Oka i z niego wrócić, korzystając z siły mięśni umęczonych zwierząt – wyjaśnia Anna Plaszczyk. – Turyści dosłownie bili się o miejsca na wozach i tratowali nawzajem przy wsiadaniu. A konie musiały ciągnąć pełne wozy po zaśnieżonej trasie. Nie wiadomo, czy konie tego dnia nie wykonały więcej niż zwykle kursów i czy nie pracowały w szybszym tempie, by przewieźć wszystkich leniwych pseudoturystów. To powinien ustalić Tatrzański Park Narodowy.

Bestialskie traktowanie koni pracujących na trasie nad Morskie Oko

Sprawa skandalicznych i niezgodnych z prawem warunków organizacji transportu konnego turystów do Morskiego Oka ciągnie się już od dawna. Już w latach 90. ubiegłego wieku przewodnicy tatrzańscy oraz ratownicy TOPR informowali władze Tatrzańskiego Parku Narodowego (TPN), że konie ciągnące wozy do Morskiego Oka pracują ponad siły, często padają i trzeba z tym coś zrobić. Wozy, a dokładnie długie i ciężkie lawety ciągnione przez konie mogły pomieścić nawet 30 turystów. W 2003 roku Jan Gąsienica Roj pisał: „Zwracam się głównie do dyrektora TPN i tych, którzy wydają zezwolenia i licencje wozakom. Na Palenicy Białczańskiej od wielu lat konie padają ze zmęczenia na drodze. (…) Jest to chyba jedyny park narodowy na świecie, gdzie zwierzęta są zamęczane pracą na śmierć”.

Sprawa nabrała tempa, gdy w 2009 roku koń Jordek padł i umarł na trasie, a całe zdarzenie sfilmowano. Wtedy organizacje ochrony praw zwierząt zaczęły głośniej domagać się zmiany zasad transportu konnego do Morskiego Oka lub w ogóle całkowitej likwidacji tego transportu. Z analizy danych Polskiego Związku Hodowców Koni wynika, że od stycznia 2012 roku do połowy czerwca roku 2013 do rzeźni trafiły 44 konie pracujące na trasie do Morskiego Oka, w tym zwierzęta 4- i 5-letnie, czasami po zaledwie kilku miesiącach pracy na trasie. W tym okresie trzy konie padły, w tym dwa w sierpniu, czyli w szczycie sezonu. To oznacza, że w 18 miesięcy straciło życie 20 proc. zwierząt pracujących na drodze do Morskiego Oka, czyli co piąty koń. Średni czas pracy koni zabitych w rzeźni wynosił 10,8 miesiąca. W 2014 roku średni czas pracy zwierząt wycofywanych z trasy skrócił się z 28 miesięcy (2013) do zaledwie 19,9 miesiąca. Tymczasem koń, który pracuje w warunkach normalnych, średnio dożywa 30 lat.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj