Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Dziewuchowie. Mężczyźni, którzy walczą o prawa kobiet w Polsce

Manifa 2017 Manifa 2017 Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Coraz więcej mężczyzn przyłącza się do walki o prawa kobiet. Naszą rolą jest pokazywać światu, że nie wszyscy z nas to seksiści, nacjonaliści, rasiści – mówi jeden z feministów.
Spotkanie w trójmiejskiej siedzibie Krytyki Politycznej. W okularach Krzysztof Buja, chłopak pod ścianą: Paweł z grupy Samba Rhythms of ResistanceAleksandra Kozłowska/Polityka Spotkanie w trójmiejskiej siedzibie Krytyki Politycznej. W okularach Krzysztof Buja, chłopak pod ścianą: Paweł z grupy Samba Rhythms of Resistance
Na zdjęciu bohaterowie tekstu: od lewej Krystian Kowalski, Adam i Fabian (uśmiechnięty) oraz dziewczyny z FeBRyAleksandra Kozłowska/Polityka Na zdjęciu bohaterowie tekstu: od lewej Krystian Kowalski, Adam i Fabian (uśmiechnięty) oraz dziewczyny z FeBRy

O godz. 17 ruszamy z Głównego Miasta i idziemy w stronę stoczni i klubu B90 – Joanna Sobańska z trójmiejskiego Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, organizatorka tegorocznej gdańskiej Manify, wskazuje na ekran, gdzie wyświetlony jest plan miasta. – Mamy samochód z dobrym nagłośnieniem, grupę Samba Rhythms of Resistance, która zapewni muzykę na żywo. W zgłoszeniu wpisałam trzy tysiące uczestników.

Jest śnieżne, lutowe popołudnie, w siedzibie trójmiejskiej Krytyki Politycznej zebrało się kilkanaście osób, w tym trzech mężczyzn. Zanim spotkanie się skończy, dołączy jeszcze kilku, w tym młody chłopak, który ma dostęp do sitodruku (może się przydać przy tworzeniu transparentów) i walkie-talkie, oraz członkowie gdańskiego KOD. Atmosfera niemal domowa, jest kawa, herbata, gości wita wesoły, czarny jamnik (drugi pies, biały, kudłaty Łobuz, chyba woli nie ruszać się z kanapy).

Roznoszą wirusa równości

Wśród chłopaków biorących udział w przygotowaniach Manify (tym razem jej hasło brzmi: „Myślę. Czuję. Decyduję”) jest Krzysztof Buja. Gdy umawialiśmy się na wywiad, powiedziałam mu, że chcę porozmawiać z mężczyznami, którzy wspierają kobiety podczas „czarnych protestów”, demonstracji, zbiórek podpisów pod projektem „Ratujmy Kobiety”. – Ja nie wspieram – odparł stanowczo. – Ja jestem razem z nimi w pierwszej linii frontu.

Krzysztof to jeden z dwóch mężczyzna należących do Feministycznej Brygady Rewolucyjnej FeBRa. To trójmiejskie stowarzyszenie działa od 30 stycznia 2017 roku. Najważniejsze zadania? Mówi o nich manifest opublikowany na Facebooku: „Wspieranie wszelkich inicjatyw mających na celu obronę praw kobiet jako praw człowieka, w tym dążenia do pełni praw reprodukcyjnych, sprzeciwianie się wszelkim formom dyskryminacji, ze względu na płeć, kolor skóry, wyznanie czy wiek. Opór przeciwko wszelkim formom poparcia dla ideologii totalitarnych...”. Dziewczyny (wśród nich Kasia Hobgarska-Buja, żona Krzyśka), Krzysiek i Adam działają zgodnie z hasłem: „Tam, gdzie nierówność jest prawem, opór jest obowiązkiem”.

Dlatego FeBRa współorganizowała m.in. pierwszy Strajk Kobiet w Gdańsku, była na demonstracjach przeciw zmianom w edukacji, na Marszu Równości i manifestacjach w obronie wolnych sądów, na akcjach antyrasistowskich i antynacjonalistycznych, na protestach Dziewuch.

Krzysztof: – Dlaczego to robię? Bo część społeczeństwa – kobiety – jest pozbawiona należnych praw: do decydowania o własnym życiu i zdrowiu, do szacunku, do równego traktowania.

Dorastał w małej miejscowości Głubczyce, w opolskim. Z systemem walczył od nastolatka. Jedenaście lat punkował, latał z irokezem, zapewniał wokal w punkowskiej kapeli Liberum Veto. Ideały? Wolność, równość, braterstwo. W jakimś momencie jednak zdał sobie sprawę, że punkowskie środowisko też jest mocno seksistowskie.

Męskie załogi bujały się po mieście, grały, imprezowały, a laski były tylko dodatkiem. Nikt nie traktował ich serio – mówi. – Długo tego nie dostrzegałem; sam byłem wychowywany na tzw. prawdziwego faceta, głowę domu, której trzeba słuchać i tyle. Dorastałem z trzema kobietami, wszystkie miały niełatwe życie – ciotka była bita przez męża, moja matka też. Widziałem tę zwyczajową męską dominację. Dopiero osoby takie jak Nika, koleżanka z zespołu Pochwalone, uświadomiły mi, że powinno być inaczej. To dzięki nim zmieniłem spojrzenie na kobiety.

Ożenił się (za Kasią przyjechał do Gdańska), został ojcem dwójki dzieci, zajął domem i pracą. Dwa lata temu znów wyszedł na ulice.

Zaczęło się od manifestacji pod Neptunem pod hasłem „Uchodźcy mile widziani”. Byliśmy tam z naszymi dzieciakami. Gdy zobaczyłem, że boją się i płaczą na widok kontrdemonstracji narodowców z wielkimi transparentami „Witajcie w piekle, zbłąkane owieczki”, poczułem, że dzieje się coś grubo nie tak, że nie mogę się na to godzić.

Wiem, że żyję po coś

W marcu zeszłego roku FeBRa stworzyła koalicję 23 organizacji stojących za akcją antyfaszystowską „Zjednoczeni przeciwko rasizmowi” – pod gdańską Katownią zebrało się ponad sto osób, protesty odbyły się też w innych miastach. – Super było to, że Antifa stała obok PO, Nowoczesna przy Zielonych i Razem obok KOD, Amnesty International, Tolerado, Dziewuchy… Wszyscy przeciwko nacjonalizmowi – wspomina. – 11 listopada z kolei współorganizowaliśmy kontrmarsz niepodległości w Warszawie. Rok wcześniej FeBRa zawiązała Obóz Tęczowo- Radykalny na Marszu Równości, czyli przemarsz z różowymi jednorożcami jako parodię manifestacji ONR. Zdarzają się więc porównania do Pomarańczowej Alternatywy.

Organizując protest, Brygada stara się połączyć go z konkretnym wsparciem – 8 marca ubiegłego roku zorganizowała w Gdańsku w ramach Międzynarodowego Strajku Kobiet koncert, z którego dochód poszedł na Centrum Praw Kobiet, załatwiła krwiobus i zbiórkę środków higieny osobistej dla kobiet z ośrodka dla bezdomnych matek „Prometeusz” (dwa duże worki). Tegoroczna Manifa też zakończy się koncertem charytatywnym. Dochód z imprezy pod hasłem „Solidarność jest kobietą” po raz kolejny trafi do CPK, które w tym roku znów nie dostało rządowej dotacji na działalność.

Ponad rok „dobrej zmiany”, dziesiątki protestów, demonstracji, akcji, a… sytuacja wciąż ta sama. – Wiem, można się podłamać – przyznaje Krzysiek. – Ale dzięki tej działalności wiem, że żyję po coś. I wiem, że to długi marsz. Dla nas może niczego nie wywalczymy, ale chodzi o nasze dzieci. Moja córka ma 14 lat, boję się, jaka przyszłość ją tu czeka. Ale cieszę się, że nasze dzieciaki uczestniczą w tym, co robimy, dyskutują, są świadome. Córka przyjaźni się z dziewczynką, której rodziców poznaliśmy na Marszu Równości, syn (10-latek), słysząc kiedyś pytanie mojej żony: „Dlaczego nie mamy telewizora?”, odparł: „Telewizorem świata nie naprawisz” – śmieje się.

I dodaje: – Wierzę w edukację, potrzebna jest zwłaszcza mężczyznom. Od pół roku FeBRa współorganizuje w Gdyni razem z Kobietami w Czerni i innymi organizacjami cykl otwartych spotkań, podczas których rozmawiamy m.in. o seksie, antykoncepcji, homoseksualności. Przychodzą różni ludzie, dla niektórych to pierwsza w życiu okazja, by porozmawiać o swoich doświadczeniach. Na początku przychodziły trzy–cztery osoby, dziś słychać skargi na ciasnotę.

Ratujemy kobiety

W zbiórkach podpisów pod projektem „Ratujmy Kobiety” brał udział m.in. Krystian Kosiński. Wyglądało to na przykład tak: miejsce akcji – Długi Targ w Gdańsku, pod Neptunem, czas akcji: wrześniowa sobota 2017 roku, południe. Zainteresowanie spore. – Szkoda, że was nie można wyskrobać – rzuca przez ramię starszy mężczyzna.

Jesteście zabójcami dzieci – dodaje jego towarzyszka, odwracając się z gniewną miną.

Zbiórka pod „Ratujmy Kobiety” koordynowana jest przez Trójmiejskie Dziewuchy Dziewuchom, z którymi mocno współpracuje FeBRa. Wspiera ją grupka wolontariuszy. Długowłosy Fabian („Od zawsze jestem feministą”) niezmordowanie wylicza przez megafon główne punkty projektu ustawy, Kasia, Justyna, Krystian i Adam podają zainteresowanym przechodniom listy do podpisu.

Najczęściej podpisują się ludzie około czterdziestki. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Nawet 90-letni pan. Młodych jest znacznie mniej.

Od tych, co podpisują, słyszy się komentarze: „Świetna robota!”, „Przecież sam mam córkę”, „Mnie to już nie dotyczy, ale podpiszę się dla dzieci i wnuków”. Zdarza się też, że ktoś się upewnia: „A facet też może się podpisać? Bardzo chciałbym wam pomóc”. Duże wsparcie jest też ze strony obcokrajowców. Regularnie dopytują, czy oni też mogą złożyć podpis (nie mogą, tylko obywatele RP), deklarują swe poparcie, gratulują zaangażowania.

Ale codziennością jest też agresja. Wojciech Cejrowski, by wypędzić szatana z uczestników zbiórki, obsypał ich święconą solą, inni obrzucają aktywistów wyzwiskami i klątwami („A żeby wam łona wyschły!”). Padają teksty: „Panie, które używają antykoncepcji, tylko się puszczają” albo „Ja nie potrzebuję edukacji seksualnej, wiem, kiedy wyjąć”.

Przez niecałe dwie godziny akcję wsparło ponad trzysta osób. W 2016 roku Sejm odrzucił projekt, ludzie walczący o prawa kobiet liczyli, że w tym roku uda się dopiąć celu. Niestety tym razem zawiodła opozycja – kiedy 10 stycznia 2018 roku w Sejmie odbyło się głosowanie nad projektem „Ratujmy Kobiety”, zabrakło 39 posłów PO i Nowoczesnej. Projekt przepadł.

Orwell po polsku

Krystian pochodzi z Gryfina, w Szczecinie skończył studia ekonomiczne. Od pięciu lat mieszka i pracuje w Gdańsku. Od ponad dwóch uczestniczy we wszystkich protestach, demontracjach, przemarszach. Jeździł do Warszawy w obronie wolnych sądów i jako członek kontrmanifestacji podczas zdominowanego przez narodowców Marszu Niepodległości, brał udział w kontrmiesięcznicach – stał z konstytucją w dłoniach i czytał zgromadzonym tłumnie policjantom tekst ich ślubowania: że będą ją chronić i działać dla dobra obywateli. W Gdańsku jest na każdej manifestacji w obronie demokracji i praw kobiet. – Czy jestem feministą? Nie wiem, czy można mnie tak określić. Niemniej zawsze uważałem, że państwo nie powinno mieszać się do imtymnego życia człowieka – mówi. – To nie państwo powinno decydować o tym, czy kobieta używa środków antykoncepcyjnych, czy kobieta może dokonać aborcji. To powinna być wyłącznie decyzja kobiety i – jeśli tego chce – jej partnera. Jestem zwolennikiem aborcji bez względu na okoliczności.

Uważa przy tym, że przede wszystkim potrzebna jest rzetelna edukacja seksualna, a antykoncepcja powinna być dostępna nie tylko fizycznie w każdej aptece bez recepty, ale także dostępna cenowo.

Jestem przeciw wprowadzeniu ideologii czy religii do przepisów prawa – deklaruje. – Po raz pierwszy poczułem to na początku lat 90., kiedy jako młody chłopak protestowałem przeciw zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Nie przyszłoby mi wtedy do głowy, że dziś znajdziemy się w podobnej, orwelloweskiej sytuacji.

A dobrze pamięta „Orwella po polsku” – obowiązkowe szkolne akademie ku czci Rewolucji Październikowej, przymusowe pochody pierwszomajowe, fałszowanie historii, kult jednostki. – Dziś dzieje się podobnie – zauważa. – Ale nie można załamywać rąk. Dlatego działam, piszę – codziennie wrzucam po kilka postów na Facebooka, komentujących rzeczywistość, prowokujących debatę. Żeby trafiać do szerszego grona niż znajomi, od dłuższego czasu wszystko umieszczam na publicznym forum. Na Twitterze komentuję wpisy Terlikowskiego oraz innych zwolenników „dobrej zmiany” i zaostrzenia przepisów odnośnie do aborcji – niektórzy mnie zablokowali m.in. Gmyz, Ziemkiewicz czy episkopat.

Siły czerpie z kilku źródeł: z festiwalu Woodstock, z wolontariatu (na co dzień angażuje się w wolontariat sportowy, kulturalny, jest wolontariuszem w kilku instytucjach w Gdańsku, raz do roku kwestuje dla WOŚP – w tym roku robił to już po raz 23.), ze spotkań z ludźmi, którzy też działają dla demokracji i praw człowieka. – Jest nas coraz więcej – mówi. – Ciekawie posłuchać autorytetów, takich jak Lech Wałęsa, Leszek Balcerowicz, Aleksander Hall czy Tomasz Zimoch.

Energii dostarczają mu też pasje: fotografia (robi zdjęcia nie tylko dla siebie i znajomych, ale i np. z różnych akcji, m.in. dla Amnesty International) i podróże – uwielbia zwłaszcza Ukrainę, Bałkany, Mołdawię, Rumunię. Zna rosyjski i niemiecki, zawsze wda się w rozmowę, nawet jeśli nie jest łatwa. – Naszą rolą jest pokazywać światu, że Polacy są normalni. Że nie wszyscy z nas to nacjonaliści, rasiści, antysemici, że wbrew temu, co robi rząd, mamy otwarte umysły – podkreśla.

Nie znoszę się wstydzić

Na Manifę wybiera się też Maciej Salamon, grafik i muzyk (zespół Nagrobki), wykładowca na gdańskiej ASP. Tak jak rok temu będzie z nim niespełna dwuletnia córeczka Helenka. W zeszłym roku cały przemarsz przespała w chuście u taty na plecach, tym razem może przeżyje wydarzenie aktywniej. Do dużej liczby osób jest już przyzwyczajona – regularnie bywa w Dwóch Zmianach, sopockiej klubokawiarni i galerii, gdzie Maciek odpowiada za program wystaw.

Na Manifie Helenka walczy o swoje, to też od niej zależy, w jakim kraju będzie żyła – mówi Salamon.

I dodaje: – Strasznie nie lubię się wstydzić, a od ponad dwóch lat nie wiem już, jak mam znajomym z zagranicy tłumaczyć to, co się w Polsce dzieje. Właściwie to przestałem cokolwiek wyjaśniać, i tak nie zrozumieją tej absurdalnej rzeczywistości. To dla nich abstrakcja.

I opowiada o kilkuletnim szwedzkim projekcie „Corners”, w którym brali udział artyści z całej Europy. Prowadzili zajęcia i warsztaty plastyczne w szkołach różnych krajów. – Razem z bułgarskim reżyserem robiliśmy z dziećmi np. serię galerii sztuki w formie domków dla ptaków. Chodziło nam o to, by zbudować ich całą sieć i połączyć tym samym dzieciaki z różnych krańców Europy – z Serbii, Kosowa, Rumunii, Anglii. W Blyth, małej, wręcz zapyziałej angielskiej miejscowości, uświadomiłem sobie, jak daleko nam do normalności: w szkole działa uczniowskie kółko LGBT, prowadzone są zajęcia przeciwdziałające mobbingowi…

W trakcie studiów Maciek wraz z kolegami grafikami wydawał na ASP bezpłatne pismo „Krecha”, pełne absurdalnego poczucia humoru, w którym wykpiwali m.in. wszechobecne reklamy. Do głowy im nie przyszło, że zaledwie kilka lat później trzeba będzie zmierzyć się z problemami znacznie poważniejszymi. – Moja społeczna aktywność wzrosła wraz z wygraną PiS – mówi Maciek. – Chodziliśmy na wszystkie KOD-y, „ustawki”, „czarne protesty”. Pamiętam, jak na jednym z nich w Sopocie moja Ania, wtedy jeszcze z wielkim brzuchem, bo niedługo przed narodzinami Helenki, głośno spierała się z tzw. obrońcami życia. Ale to żadna rozmowa, oni wiedzą lepiej. Dlatego część moich znajomych nie zawsze chodzi na protesty, za bardzo się wkurzają, nie mają sił na dyskusję – opowiada. – Ta nazwa „obrońcy życia” jest zresztą bardzo cyniczna. Nie wiem, jak można ją godzić z sytuacją, gdy każe się kobiecie rodzić nieuleczalnie chore dziecko. Dziecko, które przeżyje kilka godzin lub urodzi się martwe. To nie jest obrona życia, a jego niszczenie.

W Dwóch Zmianach widać zaangażowanie prowadzących. Na wprost wejścia, na filarze, wisi plakat z hasłem „KonsTYtucJA”. Podczas jednego z „czarnych protestów” można było sobie pod okiem profesjonalistów odbić na sitodruku wzór czy hasło na koszulkę lub torbę wspierające Dziewuchy. Można też było podpisać się pod projektem „Ratujmy Kobiety”. Na Facebooku klubu od razu pojawiły się komentarze w stylu: „Unikać z dala! Firma wspiera projekt »RK«. Brzmi on pięknie, lecz to tylko przykrywka dla wielu zbrodni…” – I bardzo dobrze, że piszą „unikać”. Jakoś sobie bez nich poradzimy – puentuje Maciej.

Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Arabowie szukają mistrzów

Siła nauki arabskiej w okresie klasycznym to otwartość na zmiany, ale też zwykła ciekawość świata.

Mateusz Wilk
06.05.2014
Reklama