Społeczeństwo

Wielka Polska Wielodzietna

Projekt: Rodzina Wielodzietna

« м Ħ ж » / Flickr CC by 2.0
Konsekwentnie i z rozmachem PiS zmienia nie tylko politykę prorodzinną, ale i polską rodzinę. Ale czy uczyni z rodzin wielodzietnych wzór do naśladowania?
Co czwarta rodzina wychowująca co najmniej czworo dzieci ma dochód na głowę poniżej 500 zł. To granica nędzy.Wassiliy/PantherMedia Co czwarta rodzina wychowująca co najmniej czworo dzieci ma dochód na głowę poniżej 500 zł. To granica nędzy.
Rodzina Wardaków. Na zdjęciu brakuje trójki najstarszych dzieci.Leszek Zych/Polityka Rodzina Wardaków. Na zdjęciu brakuje trójki najstarszych dzieci.
Beata Mazurek, rzeczniczka PiS, poradziła kobietom, które nie załapały się na 500 plus, żeby te „ustabilizowały swoją sytuację rodzinną” i „miały więcej dzieci”, aby mogły skorzystać z tego świadczenia.Mateusz Włodarczyk/Forum Beata Mazurek, rzeczniczka PiS, poradziła kobietom, które nie załapały się na 500 plus, żeby te „ustabilizowały swoją sytuację rodzinną” i „miały więcej dzieci”, aby mogły skorzystać z tego świadczenia.
fancycrave1/Pixabay

Artykuł w wersji audio

„Nie ma Polska większego dobra niż polskie matki. Podziękowania dla Was za to, że jesteście, że zawsze byłyście, i za to, że dzięki Wam Polska będzie trwała” – mówił Andrzej Duda, odznaczając Złotymi i Srebrnymi Krzyżami Zasługi matki „szczególnie zasłużone w wychowywaniu dzieci”. Kilkanaściorga dzieci. Wcześniej przyjął rodzinę i relikwie zmarłej w 1962 r. Joanny Beretty Molli, Włoszki, która mimo nowotworu nie przerwała ciąży, a później osierociła kilkoro dzieci. Została kanonizowana przez Jana Pawła II. Wreszcie prezydent uczestniczył (razem z wicepremier Szydło oraz kardynałem Dziwiszem) w chrzcie Zuzanny Nelec, 16. dziecka rodziny z Przeciszowa. Rodzina Nelców zaprosiła prezydenta, aby wyrazić swoją wdzięczność za „działanie na rzecz wspierania polityki prorodzinnej państwa”.

Zmiany w tej dziedzinie składają się na pewien wyraźny i szeroki projekt.

Gatunek ginący

– To dla mnie jasne, że nie jesteśmy specjalnie wyjątkowe i niepowtarzalne, i właściwie reprezentujemy wszystkie matki wielodzietne – mówi Anna Wardak, odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi, matka dziesięciorga dzieci. Odznaczenie trafiło do pudełka, w którym przechowuje się w domu cenne pamiątki. Janusz Wardak, mąż Anny, podkreśla, że oboje zawsze chcieli mieć dużą rodzinę i podejmuje się wymienienia wszystkich imion i wskazania wieku dzieci. A więc jest Jagusia 21 lat, Michał 19, Kasia 18, Małgosia 15, Marcin 14, Staś 12, Andrzejek 10, Rafałek 6, Józio 4, najmłodsza Jadzia – 2. – Podczas pierwszego, 27-godzinnego porodu mówiłam „nigdy więcej”, ale później już nie pamiętałam o bólu. Miałam poronienia, a jedno z dzieci zmarło w piątym miesiącu ciąży, ale tak naprawdę nie mam powodu do narzekań – mówi Anna.

W domu wisi grafik dyżurów. Dzieci, i starsze, i młodsze – każde na miarę swoich możliwości – biorą na siebie część codziennych obowiązków. – Traktujemy to bardzo poważnie. Jeśli jakieś dziecko nie wypełniło swoich zadań, nie robimy tego za nie – opowiada Janusz. Przed Wielkanocą grafik uwzględniał wszystkie pomieszczenia. Trzeba było posprzątać: salon, kanapę, kominek, komody, telewizor, kurze, książki, piłkarzyki, pianino, kwiatki, biurko, schody. Każde z dzieci wybiera sobie po pięć zadań. Kiedy je skończy, może wybrać kolejne. Kto pierwszy, ten lepszy, a kto zwleka, temu zostają mniej lubiane zadania. – To dla nich szkoła życia. Dzieci uczą się odpowiedzialności za dom i za swoją pracę – podkreśla Janusz. Nawet pani Natalia, która raz na dwa tygodnie przychodzi pomóc w sprzątaniu, zajmuje się tylko przestrzenią wspólną. Pokoje dzieci omija. Kiedy co roku cała rodzina wyjeżdża na wakacje, trójka dzieci jedzie osobno pociągiem. To przeważnie dwójka najstarszych i jakiś szczęściarz spośród młodszych, którego zabierają ze sobą.

Polacy, mimo deklaracji posiadania większej rodziny, zwykle kończą na pierwszym dziecku (53 proc. rodzin w Polsce to 2+1). A trzy czwarte wielodzietnych ma troje dzieci, 14 proc. – czworo, 7 proc. – pięcioro. Tylko 6 proc. więcej niż pięcioro. „Jesteśmy gatunkiem ginącym” – tak o wielodzietnych mówi prezes Związku Dużych Rodzin Joanna Krupska. Bo w ogóle liczba rodzin „trzy i plus”, z niepełnoletnimi dziećmi na utrzymaniu, spada. W 2002 r. było ich milion, teraz jest 627 tys. Według raportu „Wielodzietni w Polsce 2016” o spadku zadecydowały dwa zjawiska. Po pierwsze – mimo że coraz mniej wielodzietnych żyje w ubóstwie, koszty wychowania wciąż rosną, a decyzja o posiadaniu kolejnego dziecka staje się jednoznaczna z pogorszeniem sytuacji materialnej wszystkich. Drugi ważny czynnik to wciąż utrzymujące się społeczne naznaczenie („patologia”).

Od czasu wprowadzenia programu 500 plus, pierwszej odsłony polityki prorodzinnej PiS, wielodzietni z konieczności stali się rzecznikami programu i partii. Oczekuje się od nich, że będą się tłumaczyć z tego, że podobno zarabiają na dzieciach tysiące i są największymi beneficjentami tego programu. To statystyczna nieprawda. Najliczniejszą grupą pobierających świadczenia są rodziny z dwojgiem dzieci (1,5 mln). Tych z pięciorgiem jest ledwie 13 tys., a z siedmiorgiem jedynie 278. Wielodzietnym przysługują też ulgi z Karty Dużej Rodziny, do której od przyszłego roku uprawnieni będą wszyscy rodzice, którzy kiedykolwiek mieli na utrzymaniu co najmniej trójkę dzieci. Po ponad trzech latach dyskusji zapadła też decyzja przyznająca wielodzietnym możliwość kupowania tańszych leków. Dla biedniejszych są też zasiłki.

Janusz Wardak prognozuje, że do obecnych dołączą kolejne ulgi. Zmiany ma przyspieszyć rosnąca presja demograficzna. Wciąż nas ubywa, a współczynnik dzietności to 1,36 dziecka na jedną kobietę. To proces typowy dla krajów zamożniejszych, gdzie popularność zyskuje narracja o tzw. jakościowym wychowywaniu dzieci. Lepiej jedno lub dwoje niż dziesięcioro. Tak rodzicielstwo rozumie klasa średnia w Polsce. Rosnące aspiracje wobec dzieci stawiają kolejne wymagania przed rodzicami – te czasowe i finansowe. Za zajęcia z języków, sportowe i muzyczne trzeba dużo zapłacić.

Centrum im. Adama Smitha obliczyło, że minimalny koszt wychowania trójki dzieci do pełnoletności to od 422 tys. do 484 tys. zł, a dla rodziny z czwórką dzieci – już od 528 tys. do 582 tys. zł. W jedynym tego rodzaju badaniu poświęconym wielodzietnym, przeprowadzonym na początku 2016 r., jeszcze przed wejściem w życie programu 500 plus, okazało się, że co czwarta rodzina wychowująca co najmniej czworo dzieci ma dochód na głowę poniżej 500 zł. To granica nędzy. Co trzecia wielodzietna rodzina dwa lata temu nie wydawała nic na kulturę i rozrywkę swoich dzieci. Choć wiadomo, że program 500 plus w niektórych przypadkach nawet podwoił dochody tych rodzin, należy pamiętać, że w przeciętnej polskiej wielodzietnej rodzinie, składającej się z pięciu osób i dysponującej 4 tys. zł miesięcznego dochodu przed 500 plus (a po wprowadzeniu programu 5 tys. zł), w domowym budżecie wciąż pozostaje wiele dziur. Ale i tak nastąpiła poprawa. W 2004 r. odsetek małżeństw z czwórką i więcej dzieci żyjącymi poniżej ustawowej granicy ubóstwa wynosił aż 62 proc.! Dziś wynosi 10 proc. (GUS).

Agnieszka ze Szczecina, mama sześciorga dzieci (Kasia 24 lata, Krzysztof 20, Ewa 18, Anna 17, Tomek 14, Adam 10), wspomina, że kiedy ona rodziła kolejne dzieci, wsparcia dla matek wielodzietnych nie było. – Przy czwartym dziecku miałam wrażenie, że każdy na mnie patrzy jak na osobę, która się tylko rozmnaża. Krytyczne uwagi padały nawet od rodziców. A ja po prostu chciałam mieć dużą rodzinę. Pomoc państwa też była znikoma. Mając dzieci jeszcze na studiach, pracowałam dorywczo. Później zaczynaliśmy korzystać ze stypendiów szkolnych. Były dwie lodówki, w kuchni wszyscy nie mieścili się przy stole, łazienka to ciągły koszmar. Dzieci chodzące do szkoły muzycznej musiały ćwiczyć w szkole. Trudno było zorganizować miejsce do nauki. – Żyliśmy jak śledzie w puszce – mówi. Dziś zamiast Krzyża Zasługi Agnieszka wolałaby dostać emeryturę. Czułaby się doceniona, gdyby lata, podczas których z oczywistych względów nie pracowała, zostały jakoś wymiernie docenione.

Anna Wardak, jeszcze kiedy dzieci były małe, starała się pracować dorywczo, robiąc tłumaczenia i redakcje tekstów. Przez ostatnie 10 lat pracowała na niecały etat w szkole dla dziewcząt. Teraz jest na urlopie wychowawczym i razem z mężem prowadzi własną działalność szkoleniowo-warsztatową dla małżonków i rodziców oraz doradztwo dla szkół.

Wardakowie nie liczą na emerytury z ZUS: wierzą, że na starość będą wspierać ich dzieci. Zresztą socjologowie zwracają uwagę, że wprowadzenie powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych wpłynęło na zmniejszenie się dzietności, bo z posiadania dzieci nie wynikają żadne finansowe korzyści ekonomiczne na starość. Ludzie są racjonalni i to wiedzą. – Dlatego pół żartem, pół serio mówimy o dziesięcinie od naszych dzieci. To zwykła sprawiedliwość. Podobno dzieci to inwestycja, więc jakiś zwrot tej inwestycji powinien być.

„Stabilizowanie” matek

Spojrzenie Polaków na rodzinę bardzo się w ostatnich latach zmienia, i to raczej w przeciwną stronę, niż wskazuje państwo. Przybyło osób, dla których rodziną jest także para żyjąca w konkubinacie i wychowująca swoje dzieci (78 proc.) lub w ogóle niemająca potomstwa (33 proc.). Prawie jedna czwarta Polaków uznaje za rodzinę parę gejów lub lesbijek wspólnie wychowujących dziecko lub dzieci, a 14 proc. nazywa rodziną nieformalny związek osób tej samej płci niewychowujących dzieci. W stałych związkach homoseksualnych może żyć w naszym kraju około miliona osób; 10 proc. z tych par wychowuje dzieci. Jednocześnie trzy czwarte społeczeństwa popiera metodę in vitro. I to w kraju, w którym żyje 90 proc. katolików (kierując się wskaźnikiem chrztów), a hierarchowie Kościoła regularnie pouczają polityków, że mają tę metodę potępiać i zwalczać.

Praktyki Polaków są zdecydowanie bardziej progresywne niż rozwiązania proponowane przez państwo i promowane przez Kościół. Żyjemy inaczej. Razem z masowym wejściem kobiet na rynek pracy i upowszechnieniem antykoncepcji pożegnaliśmy się z wielodzietnymi, dużymi rodzinami. Mimo to PiS próbuje cofnąć te procesy, zapominając, że razem z nimi zmieniła się obyczajowość.

Od lat liczba rozwodów utrzymuje się na poziomie ponad 60 tys. rocznie, z czego znacznie ponad połowa rozstających się par ma jedno lub więcej dzieci. Liczba ślubów powoli spada. W 2016 r. zawarto ok. 195 tys. nowych małżeństw. Samo doświadczenie rozwodu bywa traumatyczne. Walka o dzieci, podział majątku i wysokie ceny usług prawników powodują, że wiele osób rezygnuje ze złożenia pozwu o rozwód, tkwiąc w nieszczęśliwych czy przemocowych związkach. Resort sprawiedliwości chce je jeszcze bardziej utrudnić, czterokrotnie podnosząc opłaty za rozwód z 500 zł do 2 tys. zł. Oraz wprowadzić obowiązkowe mediacje dla rozwodników (na razie nie wiadomo, czy będą płatne). W Polsce dwie trzecie pozwów rozwodowych składają matki, one też zwykle potem wychowują dzieci i dysponują alimentami (lub wsparciem z funduszu alimentacyjnego).

Samodzielne rodzicielstwo – także to porozwodowe – w zasadzie nie jest wspierane. Samotne matki zostały praktycznie wyłączone z programu 500 plus. Wiele mówi się o potrzebie włączenia ich do programu, ostatnio takie zapowiedzi wyszły z otoczenia prezesa PiS, choć później zostały zdementowane przez minister rodziny. Żeby z programu skorzystać, samodzielne matki wciąż muszą przedstawiać zaświadczenie o zasądzeniu alimentów na rzecz dzieci od drugiego rodzica. Lista powodów, dla których alimenty nie są zasądzone, jest długa. Notabene system działa tak, że brak orzeczenia o alimentach pozbawia matkę prawa do 500 plus na drugie dziecko; choć jeśli np. tkwi w przemocowym małżeństwie z tym samym człowiekiem – pieniądze się jej należą. Z kolei spełnienie progu dochodowego – 800 zł netto na osobę – który też uprawnia do otrzymania świadczenia przez samotnego rodzica, najczęściej wyklucza pełnoetatową pracę.

Beata Mazurek, rzeczniczka PiS i była szefowa sejmowej komisji polityki społecznej, poradziła kobietom, które nie załapały się na 500 plus, żeby te „ustabilizowały swoją sytuację rodzinną” i „miały więcej dzieci”, aby mogły skorzystać z tego świadczenia.

Musicie rodzić

Rodziny mają być pełne. W ustawie o leczeniu niepłodności także zapisano prawa dziecka do posiadania obojga rodziców. Muszą to być oczywiście rodzice płci przeciwnej. Obcięto refundację programu in vitro, uznając, że ludzie będą realizowali swoje potrzeby rodzicielskie, albo korzystając z tzw. naprotechnologii, albo adoptując dziecko. Wydłużyły się więc kolejki do ośrodków adopcyjnych. Ludzie latami czekają na dziecko. Na sam kurs przygotowawczy dwa, trzy lata. Jednocześnie rząd zablokował adopcje polskich dzieci za granicę, które od dwóch lat mają prawo przeprowadzać tylko dwa katolickie ośrodki adopcyjne.

– Niewątpliwie państwo powinno czynić wysiłki, by dzieci zostawały w kraju. Ale to się nie dzieje. Bo z kolei komunikat: adoptujcie, zamiast podchodzić do metody in vitro, powoduje, że adopcja staje się adresowana do osób niepłodnych, które najczęściej chcą adoptować dzieci najmłodsze i zdrowe, i chcą naturalizować rodzicielstwo – tłumaczy Anna Krawczak, antropolożka rodziny. Dzieci, które wcześniej były adoptowane za granicę, to dzieci z dysfunkcjami, starsze, których w Polsce prawie nikt nie chce. Problem adopcyjnych dzieci z dysfunkcjami i z licznych rodzeństw pozostaje nierozwiązywalny.

Mimo że partia rządząca popiera prawny przymus rodzenia dzieci nawet z najcięższymi dysfunkcjami, sygnał, jaki wysyła państwo – jak podkreśla Anna Krawczak – jest jednoznaczny: rodźcie kolejne dzieci, ale zdrowe, bo chore nie znajdują się w naszym pragmatycznym planie. I nie oczekujcie żadnej ponadstandardowej pomocy. Kryterium dochodowe wciąż jest jedynym wykładnikiem pomocy rodzinie z niepełnosprawnością (2,3 mln zł rząd PiS wykorzystał na agitację polityczną, służącą promowaniu „ochrony życia poczętego”). Specjalny zasiłek opiekuńczy wciąż wynosi 520 zł, czyli 0,72 zł za godzinę opieki nad osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji. Bez prawa do urlopu. Bez praw zagwarantowanych Kodeksem pracy. – Odznaczamy matki wielodzietne, co jest na pewnym poziomie pięknym gestem ze strony państwa, ale za tym gestem nie idzie zmiana sytuacji finansowej rodziny z dziećmi z niepełnosprawnością. Czy te grupy również nie powinny otrzymać podobnego wzmocnienia? – pyta Krawczak.

W tym samym czasie organizacje pozarządowe związane z Kościołem czynią kolejne podejście do zakazu aborcji z powodu ciężkich wad wrodzonych, a poseł Marek Jurek oświadcza podczas spotkania komisji polityki społecznej, że powinnością kobiet jest rodzić i nie wolno tej powinności wymawiać. Przy okazji pojawia się też pomysł rozwijania hospicjów prenatalnych, gdzie kobiety mają być namawiane do donoszenia wadliwej ciąży. A prof. Tomasz Dangel, anestezjolog i twórca Fundacji Warszawskie Hospicjum dla Dzieci, przekonuje, że należy informować kobiety także o tym, że mogą urodzić ciężko chore, niepełnosprawne dziecko i oddać do adopcji. Tyle że ostatnia adopcja dziecka z zespołem Downa miała miejsce w Polsce 20 lat temu.

Za to wdrożono ustawę „Za życiem”, nazywana trumienkową. Każda kobieta, która urodzi dziecko z niepełnosprawnością, w tym śmiertelnie chore, otrzyma od państwa 4 tys. zł. Tyle samo należy się również za martwe urodzenie oraz wtedy, gdy wiadomo, że dziecko umrze niedługo po porodzie. Nietrudno o wrażenie, że właśnie tego się oczekuje. Bo nadzwyczajny heroizm ma być normą.

Pytanie: na ile można ustawowo wpływać na decyzje prokreacyjne ludzi? Na życie kobiet bardzo wymiernie. Już samo ograniczenie dostępu do antykoncepcji to wzrost niechcianych ciąż. Antykoncepcja awaryjna już jest reglamentowana i dostępna tylko na receptę. Szybkie dostanie się do ginekologa z NFZ często jest niemożliwe. Nawet jeśli się to uda, lekarz poproszony o tabletkę „po” może zasłonić się klauzulą sumienia (już obowiązującą). Także wypisana recepta na antykoncepcję to nie koniec problemów, jeśli aptekarz zasłoni się klauzulą sumienia – projekt wprowadzający taką możliwość dla farmaceutów leży w Sejmie.

To trzeba czuć

Jest jeszcze jeden aspekt. Bardzo bliski ciału i fizyczności. Polki boją się porodów. Masowo decydują się na cesarskie cięcia. Ginekolożka Bożena Jawień może długo wymieniać medyczne wyzwania wielodzietności. Od niedoborów żywieniowych i objawów różnych chorób, jak żylaki, zakrzepy, cukrzyca, próchnica, kłopoty ze wzrokiem, po zaburzenia mechaniki kręgosłupa, stóp, obręczy miedniczej.

– Szkoła o tym milczy, a rząd i Kościół nie będzie tych informacji promował, obawiając się skutków: kobiety przed zajściem w ciążę zastanowiłyby się pięć razy. Może nawet zaczęłyby się domagać szerszego dostępu do antykoncepcji, umiałyby nazwać po imieniu pijacki gwałt małżeński, mogłyby też utracić zaufanie do skuteczności stosunku przerywanego. Jednym słowem, podkopałyby rację męskiej decyzyjności, czyli filar tradycyjnej rodziny – dodaje.

Warto może też posłuchać tego, co mówią socjologowie. Gdyby ktoś chciał się naprawdę zabrać za dzietność, to zająłby się rodzinami 2+1 – mówią (przypomnijmy: rodziny z jednym dzieckiem stanowią 53 proc. wszystkich). Jeśli chcemy mieć wzrost demograficzny, trzeba przekonać tych, którzy sami, z nieprzymuszonej woli, chcą być rodzicami, a jednak poprzestają na jednym dziecku. Tu bardziej niż 500 plus potrzeba poczucia stabilizacji, związanego z pracą, mieszkaniem, dostępem do żłobków, przedszkoli, do lekarzy. A tego nie wprowadzi się ustawami. Podobnie z samą potrzebą rodzicielstwa. To trzeba czuć.

Jak szacuje dr hab. Alicja Kalus, psycholożka, w Polsce mamy około 30 proc. małżeństw bezdzietnych. Trudno powiedzieć, ile z nich rodzicielstwo jedynie odracza, a ile wyklucza. Wiadomo jedynie, że małżeństw, które mają problemy z płodnością, jest około 20 proc. Można więc przyjąć, że obecnie liczba związków bezdzietnych z wyboru sięga około 6–10 proc., a zjawisko świadomej bezdzietności narasta, zwłaszcza wśród młodych ludzi.

Wielodzietności nie da się ani narzucić, ani wypromować. Adresatem państwowej polityki pronatalistycznej powinny być przede wszystkim rodziny małodzietne i bezdzietne. Bardzo liczne rodziny pozostaną tym, czym są – godnym szacunku wyjątkiem. A dla niektórych przejawem dość ekscentrycznego życiowego wyboru.

Polityka 15.2018 (3156) z dnia 10.04.2018; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Wielka Polska Wielodzietna"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną