Społeczeństwo

Pośmiertna infamia prałata Jankowskiego

Pomnik prałata Henryka Jankowskiego w Gdańsku Pomnik prałata Henryka Jankowskiego w Gdańsku Bartosz Bańka / Agencja Gazeta
Rozliczanie nadużyć seksualnych księży wobec dzieci samo w sobie w polskich realiach jest przedsięwzięciem trudnym. Wyjątkowo problematyczne staje się w sytuacji, gdy krzywda wypływa na jaw po śmierci krzywdziciela.

Za sprawą publikacji „Dużego Formatu” („Gazety Wyborczej”) wrócił temat pedofilii zmarłego w 2010 r. prałata Henryka Jankowskiego, kapelana Solidarności, zasłużonego dla antykomunistycznej opozycji w latach 80. Upamiętniono go w 2012 r. pomnikiem wzniesionym na skwerze, który nazwano jego imieniem. Teraz pod figurą księdza ktoś położył dziecięce buciki. Pojawiły się też kartki z napisem „pedofil”. Posłanka Joanna Scheuring-Wielgus zaapelowała do prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza (w młodości ministranta w kościele św. Brygidy, gdzie ks. Jankowski był proboszczem) o usunięcie pomnika, bo „zasługi niczego nie wymazują. Pedofilia to zbrodnia”.

Na stronie petycjeonline.com umieszczono petycję do radnych miasta Gdańska wnoszącą o likwidację pomnika i odebranie skwerowi imienia prałata. Prezydent Adamowicz zapowiedział w tej kwestii konsultacje z mieszkańcami. Pod publikacjami relacjonującymi treść reportażu pojawiły się setki opinii internautów.

Czytaj także: Pedofilia w Kościele. Ofiary i państwo, które nie pomaga

Henryk Jankowski czternaście lat wcześniej

Pierwszy raz o sprawie głośno zrobiło się latem 2004 r. Wtedy to gdański sąd rodzinny złożył w prokuraturze doniesienie o podejrzanych kontaktach prałata z jednym z ministrantów. Prokuratura wszczęła śledztwo z artykułu 200 kodeksu karnego, który dotyczył molestowania nieletnich. Chłopak miał wtedy 16 lat, był skonfliktowany z rodzicami. Zaprzeczał, jakoby był molestowany. Biegły uważał, że kłamie. Cała historia była niejasna. Sporo mówiło się wtedy o upodobaniu duchownego nie tyle do dzieci, ile do młodych mężczyzn. Że kręcą się po plebanii, zachowują nazbyt swobodnie, że ksiądz obdarowuje ich prezentami. Ktoś był świadkiem jakiegoś powitalnego czy pożegnalnego pocałunku w usta.

Był niesmak, nie było twardych dowodów przekroczenia granic. Tylko plotki i domysły. Sprawa rozeszła się po kościach. Trudno dziś powiedzieć, czy prokuratura zrobiła wówczas wszystko, by dogłębnie rzecz wyjaśnić, czy wprost przeciwnie, badała sprawę tak, by nic nie znaleźć. Postępowanie skończyło się umorzeniem.

Nawiasem mówiąc, opinię publiczną (nie licząc fanklubu ks. Jankowskiego) bardziej oburzało wtedy upodobanie duchownego do luksusowych aut, strojnych szat i wystawnego życia, a także antysemickie wypowiedzi.

Czytaj także: Buciki Pamięci – upamiętnijmy ofiary kościelnej pedofilii

Nowe otwarcie sprawy prałata Jankowskiego

O wykorzystywaniu dziewczynek na tamtym etapie w ogóle nie było mowy.

Ten wątek pojawił się dopiero teraz wraz z relacją głównej bohaterki reportażu w „Dużym Formacie”. Zdecydowała się ona pod imieniem i nazwiskiem opowiedzieć o swoich traumatycznych doświadczeniach sprzed 50 lat, gdy była 12-letnią dziewczynką. Według publikacji katalizatorem tej decyzji było zetknięcie się ze wspomnianym na wstępie pomnikiem honorującym księdza. Ale zapewne nie bez znaczenia była zmiana klimatu społecznego wobec tego typu spraw. W rezultacie ofiary nadużyć seksualnych ze strony duchownych mogą dziś liczyć na większe zrozumienie i wsparcie aniżeli przed laty.

To zrozumienie dla pokrzywdzonych przebija w postach zamieszczanych w internecie. Co więcej, z potępieniem nadużyć seksualnych ks. Jankowskiego wystąpili znani publicyści zarówno prawicowi, jak i lewicowi. Choć nie brak też osób traktujących reportaż „Dużego Formatu” jako szkalowanie, nagonkę na Kościół.

Zobacz także: Opublikowano mapę kościelnej pedofilii w Polsce

Zmarły prałat pod pręgierzem

Artykuł wywołał burzę emocji. Ale emocje nie są najlepszym filtrem tam, gdzie potrzebna jest weryfikacja faktów. Nie ma powodów, by nie wierzyć bohaterce reportażu, gdy opowiada o swoim osobistym doświadczeniu. Ale już zrelacjonowana przez nią historia jej starszej koleżanki Ewy, która jakoby zaszła w ciążę zgwałcona przez ks. Jankowskiego i popełniła samobójstwo, wymagałaby gruntownego sprawdzenia. Lecz przez kogo? Nie ma szans na przeprowadzenie śledztwa prokuratorskiego. Nie tylko ze względu na upływ czasu. Bo nawet gdy takowe jest w toku, a podejrzany umiera, to się je umarza. Ten oskarżony nie żyje od kilku lat. Nie może się bronić. Więc rzucane dziś gęsto i łatwo słowa o zboczeńcu, odrazie, obrzydzeniu też budzą pewien niesmak, opór, wątpliwości. Nasuwa się pytanie: czy media powinny być ostateczną instancją, najwyższym sądem w tego typu sprawach?

A na to się właśnie zanosi.

Kościół bez rękojmi w sprawie pedofilii

W Polsce przyjęła się zasada, żeby o zmarłym mówić dobrze albo wcale. Stąd sporo jest też głosów niechęci, iż oto ktoś tę świętą zasadę narusza. Że miało to sens, gdy prałat żył. „Z martwymi się nie boksuje” – pisze jeden z internautów. Trzeba się skupić na żywych, którzy wciąż szkodzą. Z drugiej strony wiemy już, jak skomplikowane bywają konsekwencje molestowania seksualnego, zwłaszcza w przypadku nieletnich. Że często trzeba wielu lat, żeby takie zdarzenia ujawnić. Więc przydałaby się jakaś ścieżka dla tych, których krzywdziciele nie żyją.

Gdyby polski Kościół jako instytucja był w kwestii rozliczeń z pedofilią wiarygodny, gdyby dawał rękojmię uczciwego zbadania każdej sprawy, to byłby on właściwą instancją. Ale wiemy, jak różnie polscy hierarchowie reagują na stanowcze deklaracje i apele papieża Franciszka. Trudno uwierzyć, że metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź stanąłby na wysokości zadania, gdyby to do niego przyszła bohaterka reportażu i opowiedziała swoją historię.

Czytaj także: Dokąd zmierza polski Kościół?

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama