Kiedy symulanci pomagają medykom

Chorzy zawodowo
Ponieważ z fantomem – manekinem edukacyjnym – nie było kontaktu, ludzkich odruchów uczą medyków żywi symulanci.
Katowickie Centrum Dydaktyki i Symulacji Medycznej – zawody symulacyjne dla studentow Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.
Maciej Jarzębiński/Forum

Katowickie Centrum Dydaktyki i Symulacji Medycznej – zawody symulacyjne dla studentow Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jeden z fantomów używanych przez studentów medycyny.
Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta

Jeden z fantomów używanych przez studentów medycyny.

audio

AudioPolityka Edyta Gietka - Chorzy zawodowo

Scenka: Do lekarza przychodzi Marian, lat 46. Skarży się na biegunkowe stolce, prezentuje brzuch wzdęty i tkliwy. Pytany o zażywane leki odpowiada, iż coś tam łyka. Zjada wszystko, co mu żona uszykuje w pudełeczka. Pacjent uległy.

To tylko skecz, lecz odgrywany na potrzeby wyższe. Unijni eksperci zauważyli, iż adeptom medycyny, wkuwającym anatomię z podręczników, już nie wystarczą plastikowe atrapy do ćwiczeń, czyli fantomy. Co z tego, że uczą się na piątkach, skoro później nie potrafią nawiązać kontaktu z żywym, nieprzewidywalnym człowiekiem? Scenki między sobą odgrywali już wcześniej, ale fakt, iż się znali, powodował uśmieszki, flirty oraz niedelikatności przy zabiegach. Przeznaczono więc granty na tzw. kompetencje miękkie, czyli naukę ludzkich odruchów za pomocą zatrudnionych symulantów. To osoba dobrego zdrowia, zdolna tak realistycznie odegrać dolegliwości, by przekonać studenta, że ma on do czynienia z chorym. Zważywszy na liczbę ofert, przyszłościowy zawód.

Sito, czyli postawa symulanta

Scenka: Do gabinetu w Zabrzu zgłasza się Mieczysław, lat 67. Ma duszności, kaszel z plwociną, zasinione usta, ciężki oddech, do tego nadmiernie się poci. Ledwo idzie, choć od progu zapewnia, że nie choruje, wyjąwszy trudności z oddawaniem moczu. Poproszony o położenie się na kozetce, woli na niej siedzieć. Podsypia. W trakcie badania stwierdzono bezbólowy zawał serca. Oprzytomniawszy, zalecenia prosi przekazać żonie, bo mogłyby mu się pomieszać.

Apatycznego Mieczysława udawał Adam. Bardzo wiarygodny symulant z racji zatrudnienia jako technik RTG w latach 90. oraz nikotynowego nałogu, który przysporzył mu dwóch zawałów, zmuszając do renty. Myślał, że powie: biorę tę robotę, przecież w domu tych pieniędzy (37 zł za godz.) nie wysiedzę – i to wystarczy. Okazało się jednak, że praca symulanta na umowę zlecenie jest niebywale trudna do zdobycia.

Kilka dni trwały podzielone na etapy rozmowy rekrutacyjne. Zasadniczym kryterium negatywnym w doborze kandydata był materializm oraz parcie na szkło. Odpadali po kolei: nastawieni na szybki zysk, karierę w aktorstwie, przechwalający się sukcesami w licealnych teatrzykach oraz panie z uniwersytetów trzeciego wieku, liczące na rólkę w „Na dobre i na złe”. Bowiem prócz powyższych motywacji, podejściu kandydata do symulowania powinna przyświecać misja, by dać światu odrobinę dobra. Po wstępnym rozpytaniu o priorytety życiowe informowano, że oddzwonią.

Któregoś dnia Adam odebrał telefon z gratulacjami, iż przeszedł do etapu drugiego. Obserwowano go tym razem pod kątem radzenia sobie z sytuacjami zmieniającymi się dynamicznie, umiejętnością przyswojenia dłuższych partii scenariusza w trzy minuty oraz wkładu własnego w odgrywanie ról. A scenki były podchwytliwe. By nie zawracać głowy lekarzowi, należało pominąć nieistotne wątki typu: gdzie pracuje żona, jak często chodzisz do kina, czy kochasz wnuczki?

Adam, skupiony na merytorycznych objawach i dawkowanych lekach, zjednał do siebie komisję. Tak autentycznie się przestraszył, że skłamał, iż pali tylko dziesięć papierosów dziennie, podczas gdy w scenariuszu było dwadzieścia. Powiedzieli, że będą w kontakcie.

Na trzecim etapie obserwowano kandydatów w podgrupach. Zadania były zupełnie niechorobowe. Odgrywano kalambury, udając wyrafinowane emocje typu lęk, niemoc, kochliwość. Wymieniano wszystkie spożywcze skojarzenia z kolorem czerwonym. (Przychodziły Adamowi do głowy rzeczy oczywiste, typu mięso, pomidor, ale oczekująca kreatywności komisja zapewne czekała na więcej). Charakteryzowano samych siebie przymiotnikami zaczynającymi się od każdej litery imienia. Przepraszano kandydatów za opóźnienia z informacją zwrotną, ale z uwagi na wysoki poziom kandydatów komisja utknęła z wyborem.

Gratulacje zastały Adama na posezonowych wczasach w Bułgarii. Ze stu chętnych wyselekcjonowano dwudziestu różnej płci, wieku oraz fizjonomii. Każdemu podsunięto do podpisu zgodę na badania fizykalne (przy czym zapewniono o niestosowaniu zabiegów wymagających przerwania ciągłości tkanek), nagrywanie i wielokrotne odtwarzanie skeczów z udziałem symulantów, oświadczenie o ryzyku związanym z udziałem w projekcie, a w razie doznania uszczerbku na zdrowiu – niewnoszenie roszczeń odszkodowawczych. Organizator nie zapewnia ubrań ani niezbędnych charakteryzacji.

Zweryfikowani pozytywnie odbyli warsztaty z objawów przypisanych danej chorobie, by zaprezentować się jak najwiarygodniej. Symulant przecież nie może łapać się za trzustkę i jęczeć, że boli go nerka. Ponadto zostali przysposobieni do adekwatnych reakcji psychologicznych w przypadku powikłań nowotworowych.

Wyposażeni w powyższą wiedzę przystąpili do pracy. Wydaje się pewna. Zgodnie z umową udawanie potrwa dwa lata, począwszy od października 2018 r., co daje łącznie 3,4 tys. godzin. Może je przerwać jedynie wybuch wojny, akt terroryzmu, rewolucja, przewrót wojskowy albo skażenie radioaktywne.

Sens, czyli brak kontaktu z manekinem

Scenka: Na salę wbiega żona Mieczysława (tego z poprzedniego skeczu). W ręce trzyma garść tabletek i butelkę wody. Lekarz zabrania jej podawać czegokolwiek, lecz ona się upiera. Nieproszona odpowiada za swego Mietka. Otóż poprzedniego dnia pielił grządki w ogródku, czemu towarzyszył silny wiatr. Myślała, że złapał grypę. Dziwne, bo przecież Mietek się zaszczepił. On nigdy jej nie mówi, co mu jest. Musi zgadywać. Pyta, czy Mietek będzie żył? W tym czasie on sinieje i charczy.

Żonę symulowała Jola, matka młodej doktorki, która uznała ją za idealną do udawania. Sama, choć na studiach prymuska, ucząca się pilnie na fantomach, zmierzyła się w prawdziwych gabinetach z nieprzewidywalnością ludzką. Manekin bowiem już światu nie wystarczy, choć tymi leżącymi na kozetkach w Centrum Symulacji w Zabrzu zachwycało się nawet zwiedzające Śląsk BBC. Najbardziej podobał się dziennikarzom obracający źrenicami Apollo, obleczony skórą prawie naturalną oraz zastygnięty w jednej ekspresji niemowlaczek, odziany w śpioszki, wiecznie rodzony przez plastikową kobietę w wariancie pośladkowym, miednicowym, przednim lub tylnym.

Jednak mimo iż odpowiednio zaprogramowane mają próchnicę, kaszlą, mdleją, łzawią, pocą się, dostają drgawek, szczękościsków, jęczą, wymiotują, krwawią, sinieją, tracą przytomność, przestają oddychać, adekwatnie reagują na leki, wydają komunikaty typu: nic mi nie jest, ostatecznie – nawet modele za milion złotych – wciąż pozostają manekinami. Nie będą się wiercić, niecierpliwić, osuwać na krześle, okazywać mimiką pobudzenia, zaś wzrokiem wrogości.

Przy całym szacunku do fantomu, podczas ćwiczeń zdarzały się doktorce sytuacje skrajnie nienaturalne, gdy np. manekin był na teoretycznej granicy życia i śmierci, a nauczyciel wypowiadał się przez mikrofon w jego imieniu: uwaga, teraz pacjent staje się pobudzony! Tymczasem ten leżał sztywno, co niejednokrotnie wśród ratujących wywoływało śmiech.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną