Społeczeństwo

Smutni nastoletni

Jak rozpoznać depresję u dzieci – rozmowa z Lucyną Kicińską

W 2018 r. zarejestrowano 772 próby samobójcze osób poniżej 18. roku życia. W 2018 r. zarejestrowano 772 próby samobójcze osób poniżej 18. roku życia. Igor Morski / Polityka
Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi (POLITYKA 10, „Zabiłem się, mamo”). Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.
Lucyna KicińskaPiotr Bławicki/DDTVN/EAST NEWS Lucyna Kicińska

JOANNA CIEŚLA: – Skąd rodzic ma wiedzieć, czy jego rozdrażnione albo milczące i smutne dziecko jest przemęczone, wchodzi w fazę buntu, czy może już popada w depresję?
LUCYNA KICIŃSKA: – Pozostaje rozmowa, ale trudno ją prowadzić, gdy nastolatek się nie odzywa albo wrzeszczy: „Gdzie byłeś przez całe moje życie?”. Bez specjalistycznego przygotowania trudno jest zdiagnozować depresję u młodzieży, ponieważ jej objawy faktycznie mogą się pomylić z młodzieńczym buntem.

W odróżnieniu od depresji dorosłych nastolatkom obok smutku i myśli rezygnacyjnych może towarzyszyć drażliwość czy agresja. Powiedziałabym więc, że jeśli ktoś obserwuje zmiany w zachowaniu i nastroju dziecka, które utrudniają funkcjonowanie w szkole, z rodziną czy wśród kolegów i utrzymują się dłużej niż dwa tygodnie, powinien szukać pomocy u psychologa. Podobnie jeśli znajduje alkohol, narkotyki czy dopalacze. Bezwzględnie trzeba szukać pomocy psychiatry, gdy dziecko mówi o samobójstwie.

A gdy „Ja się zabiję!” krzyczy nie nastolatek, ale 6-letnie dziecko – w odpowiedzi na proste polecenie, którego nie ma ochoty wykonywać? Też szukać psychiatry?
Im młodsze dziecko, tym bardziej trzeba na nie uważać, bo może podjąć próbę samobójczą impulsywnie. Nie musi mieć depresji ani poczucia bezradności, myśli tylko: „Ja ci pokażę!”. Gdy dziecko wykrzykuje: „Ja się zabiję, ja się zabiję!”, to znaczy, że nie radzi sobie z natłokiem emocji. Trudno oczekiwać, że 6-latek, w którym gotuje się od poczucia skrzywdzenia, niesprawiedliwości i złości, wyrecytuje: „Bardzo się zezłościłem, bo zakazaliście mi oglądać bajki”. Gdy słyszę: „Zabiję się!” w telefonie albo w życiu prywatnym, mówię: „Co się dzieje? Chyba się zezłościłeś. Powiesz mi, co się wydarzyło?”. Dziecko mówi: „Bo ona zawsze…”. Pytam: „Która ona? Opowiesz mi…?”. Dziecko widzi, że ktoś zwrócił na nie uwagę.

A nie jest to wzmacnianie takiego nieprawidłowego sposobu zabiegania o uwagę?
Można powiedzieć: „Widzę, że potrzebujesz mojej uwagi. Czy ja ci jej nie daję i dlatego musisz trzaskać drzwiami? Czego ci brakuje w naszej codzienności, że musisz na mnie wrzeszczeć?”.

„Brakuje mi bajki” albo: „grania na konsoli jeszcze przez godzinę”.
„OK, ale takie są zasady. Jak chcesz to zmienić, nie krzycz na mnie. Rozmowa polega na tym, że ty coś mówisz, ja coś mówię”. Pamiętam taką rozmowę przez nasz telefon zaufania 116 111 – chłopiec krzyczy do słuchawki: „Ja się zabiję, to nie ma sensu”; słychać, że jest strasznie zdenerwowany. Pytam: „Co się stało?”. „Bo pani postawiła mi jedynkę, a ja mam same piątki”. Ten 9-letni chłopiec szybko się uspokoił i rozmawialiśmy o tym, jak może poprawić ocenę. Ale podobnych słów nie można bagatelizować. Przede wszystkim małe dziecko naprawdę może się zabić, bo ono nie zdaje sobie sprawy, co to znaczy. Trzeba mu wytłumaczyć, że to jest nie do odwrócenia, i że potem nic już dalej nie ma. To tłumaczymy też nastolatkom: mówimy, że samobójstwem niczego nie osiągną, że po śmierci nie ma satysfakcji. Dużo złego robią seriale o porachunkach po śmierci, w 116 111 wciąż zbieramy żniwo „Trzynastu powodów”. 9-latka grożącego samobójstwem trzeba potraktować poważnie także dlatego, że to świetna przepustka na przyszłość, rozpoczynamy budowanie w dziecku pozytywnego schematu reagowania w trudnej sytuacji. Rodzic uczy rozmawiać, nazywa emocje, buduje więź, udowadnia, że jest osobą, z którą można pogadać, która podchodzi do dziecka serio, bez względu na to, czego dotyczy jego problem i jak „źle” się zachowuje.

A co ma powiedzieć ojciec czy matka 15-latka zamkniętego w pokoju w czarnych ciuchach, gdy faktycznie mieli lata przerwy w rozmowie?
Może powiedzieć: „Rozumiem, że nie chcesz rozmawiać, ale pamiętaj, że ja tu jestem”. Ale też dodać: „Wiem, że wcześniej z tobą nie rozmawiałam – i myślę, że to słabe. Przykro mi, że cię zostawiłam”. To może uchylić zatrzaśnięte drzwi. Ale mam wątpliwości, na ile rodzice poddawani nieustannej presji, bez wsparcia specjalistów, udziału w warsztatach, będą w stanie zauważyć, że dzieje się coś niepokojącego, a także odbyć pierwszą, bardzo trudną rozmowę z dzieckiem. Rodziców nikt nie uczy rozmawiać.

Z czym najtrudniej poradzić sobie dzieciom w Polsce?
Z zaniedbaniem emocjonalnym. Czyli m.in. brakiem rozmowy.

Przypuszczałam, że powie pani o przemocy albo o presji oczekiwań.
Zaniedbanie jako największe obciążenie psychiczne polskich dzieci potwierdza nie tylko 1,2 mln kontaktów ze 116 111, ale również badania. Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę realizowała w Polsce analizę porównawczą WHO na grupie studentów, którzy zresztą są w trochę lepszej sytuacji i kondycji niż ogół ich rówieśników. Pytaliśmy o trudne doświadczenia z czasów dzieciństwa i okresu bycia nastolatkiem, a odpowiedzi korelowaliśmy z ryzykownymi zachowaniami zdrowotnymi, aktualnymi i z przeszłości. Chodziło m.in. o przygodny seks, zażywanie narkotyków, próby samobójcze, samookaleczenia czy uzależnienie od papierosów albo nadużywanie alkoholu.

Okazało się, że jeśli student jako dziecko przeżył cztery lub więcej doświadczeń, takich jak wykorzystanie seksualne, przemoc fizyczna czy psychiczna, zaniedbanie emocjonalne, śmierć bliskiej osoby, rozwód rodziców albo próba samobójcza w rodzinie, to prawdopodobieństwo, że sam podejmie próbę samobójczą, było 17 razy wyższe, a prawdopodobieństwo, że będzie się okaleczał – 13 razy wyższe niż u kogoś, kto miał takich przeżyć mniej lub nie miał ich wcale. A spośród wszystkich negatywnych doświadczeń na podejmowanie prób samobójczych najbardziej wpływało właśnie zaniedbanie emocjonalne.

Trudno mi uwierzyć, że zaniedbanie niszczy bardziej niż przemoc.
Przemoc emocjonalna niszczy podobnie jak zaniedbanie, ale fizyczna już mniej. Bo w zetknięciu z przemocą fizyczną w dzieciach częściej pojawia się niezgoda: „Doświadczam tego, ale wiem, że to jest złe” – to zasługa licznych kampanii medialnych i edukacyjnych. Natomiast zaniedbanie emocjonalne dość trudno uchwycić, to codzienność, a nie jej element, jak np. przemoc fizyczna. To nowy temat na mapie zagrożeń bezpieczeństwa dzieci, bardzo powoli przesiąka do debaty publicznej. Dzieci nie mówią o nim wprost.

Co w takim razie ujawnia się w rozmowach przez telefon zaufania?
Gdy zaczynaliśmy działalność 10 lat temu w latach 2008–09, najczęstszym powodem kontaktu z nami były kłopoty w relacjach rówieśniczych, potem problemy rodzinne, pytania o seksualność i dojrzewanie, przemoc i szkoła, a na szóstym miejscu były problemy zdrowia psychicznego. Ale co roku systematycznie przybywało telefonów związanych z depresją i obniżonym nastrojem, myślami i próbami samobójczymi, samookaleczeniami, zaburzeniami odżywiania. Od 2016 r. takich właśnie kontaktów jest najwięcej. Szczególnie porusza, że o próbach samobójczych jeszcze w 2015 r. mówiły lub pisały średnio dwie–trzy osoby dziennie, a w ubiegłym roku było ich 14. Codziennie podejmujemy interwencje z powodu bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia dzwoniącego – dzwonimy na 112, wysyłamy karetki, prosimy o pomoc policję – bo część dzieci nie ma już siły o siebie walczyć.

116 111 to numer ogólnoeuropejski. W innych krajach jest podobnie jak w Polsce?
Podobnie, choć mimo wszystko trochę lepiej. Do 2015 r. myśleliśmy, że relacje rówieśnicze zawsze będą na pierwszym miejscu wśród tematów poruszanych przez dzieci i nastolatków, tak właśnie jest w Europie Środkowo-Wschodniej. Ale od 2016 r. Polska przesuwa się w kierunku krajów Europy Zachodniej – i to tych, w których galopują problemy zdrowia psychicznego.

Dlaczego dzieci chorują na depresję?
Na pojawienie się depresji wpływają trzy grupy czynników. Są czysto biologiczne, związane z budową ośrodkowego układu nerwowego i działaniem neuroprzekaźników – na nie oddziaływać możemy farmakologią. Druga grupa to czynniki psychogenne – to, jakie ludzie mają skrypty myślowe na temat siebie i świata, jak reagują na stres. Można nauczyć osobę, która ma skłonności do pesymizmu, pozytywnego myślenia o życiu i świecie. Znaczenie ma przede wszystkim więź pierwotna dająca poczucie bezpieczeństwa i ważności: budowana przez śpiewanie niemowlęciu, kontakt skóra-skóra, guganie, późniejsze rozmowy, zabawy w piaskownicy i pielęgnowanie relacji, gdy dziecko dorasta. Są wreszcie czynniki środowiskowe – poważne życiowe trudności, negatywne doświadczenia.

Te czynniki tworzą system naczyń połączonych. Jeśli dziecko ma niewielką biologiczną podatność na depresję, ale jest nieśmiałym pesymistą i opiekunowie nie pomogą mu wykształcić pozytywnych skryptów myślenia o sobie i świecie, a dodatkowo spadną na nie jakieś traumy, mogą pojawić się kłopoty ze zdrowiem psychicznym. Każda myśl samobójcza, każdy okres obniżonego nastroju ma początek w innych trudnościach – w kłopotach z kolegami, z nauką, w domu, w byciu ofiarą przemocy. Jeśli dziecko powiedziałoby o problemie i uzyskało pomoc albo ktoś w jego otoczeniu rozpoznałby, że w życiu dziecka dzieje się coś złego i skutecznie je wsparł, byłoby mniej prób samobójczych.

W Polsce nie działa jednak system wsparcia, przez 20 lat nie wdrożono Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego. W efekcie nasz telefon zaufania, prowadzony przez organizację pozarządową, okazuje się numerem interwencyjnym, często jedynym ratunkiem dla młodych i najmłodszych – tak mówią i dzieci, i coraz częściej ich rodzice. Przez ostatnie 10 lat odebraliśmy ponad milion połączeń. W 2016 r. straciliśmy możliwość ubiegania się o dofinansowanie z budżetu. Trudno w to uwierzyć, ale państwo nie dokłada do działalności telefonu ratującego życie dzieci ani grosza.

Problemów dzieci ze zdrowiem psychicznym radykalnie przybyło w tym samym czasie, gdy zmieniał się system oświaty, co skutkowało chaosem, przeciążeniem nauką i przemęczeniem, zwłaszcza nastolatków. Czy to może być powiązane?
Tak, oczywiście – stres, presja, przemęczenie to są negatywne czynniki środowiskowe. Niwelować je możemy, oddziałując na czynniki psychogenne – dając dziecku oparcie w sobie, ucząc strategii radzenia sobie z napięciem, przywracając poczucie bezpieczeństwa. My jako rodzice możemy być czynnikiem pozytywnym lub negatywnym. Nie muszę chyba wyjaśniać, jaki wpływ na dziecko zestresowane tym, że jest z tzw. podwójnego rocznika, ma presja ze strony rodzica i brak przestrzeni na rozmowę.

Mówi pani, że depresja i myśli samobójcze zwykle rozwijają się stopniowo, od mniejszego problemu. Jak to może przebiegać?
Powiedzmy, że dziecko jest nieśmiałe i nie wie, jak rozmawiać z rówieśnikami. Rodzice, chcąc mu oszczędzić stresu, nie posyłają go do przedszkola, trafia wprost do szkoły. Po kilku dniach dziecko zwierza się, że nikt z nim nie rozmawia. I słyszy: „Poczekaj, może dziewczynki cię zaakceptują” albo „Wiesz, to jest normalne, bo one się znają jeszcze z przedszkola”. No to mała czeka. Nic już nie zgłasza, więc mama zakłada, że jest OK, pomogła. A inne dziewczynki nawet zagadują do tego dziecka, ale ono nie wie, co odpowiedzieć. Nie chce, żeby zorganizować urodziny, bo nie wie, jak zaprosić. Więc sama też nie jest zapraszana. W końcu te dziewczynki uznają, że ona jest jakaś dziwna. A w następnym roku zaczynają jej robić żarty i się wyśmiewać. A mała nic z tym nie robi, bo przecież ma czekać. W końcu przebąkuje: „Mamo, one mi dokuczają, przezywają”. A mama jest po dwóch latach od pierwszej rozmowy i już jej nie pamięta. Mówi: „Oj, ignoruj. Nie przejmuj się, jesteś superfajna dziewczyna”. Córeczka przebrnie przez klasy 1–3, a potem ubłaga mamę, żeby ją przenieść do innej szkoły. Ale wciąż nie ma żadnych kompetencji, jest dalej nieśmiała, a do tego ma doświadczenie przemocy. I wchodzi do nowej klasy, powiedzmy, z różowym tornistrem. A tamte dziewczyny już trochę tuszują sobie rzęsy. No i się znają. Mała jest spalona na wejściu, a po drugie jest po prostu „dzikusem”. I tak zaczynają o niej mówić, wszyscy się z niej śmieją, nikt do niej nie podchodzi. Jej samoocena dalej się obniża, jej relacja z rodzicami jest bardzo słaba, tyle czasu przecież oszukiwała mamę. Pojawiają się myśli depresyjne: „To moja wina, bo rzeczywiście dziwnie się zachowuję, jestem dzikusem, mają rację. Nie będę tego nigdzie zgłaszać”.

Co trzeba zrobić, żeby ten kołowrót powstrzymać?
Można na samym początku powiedzieć: „Słuchaj, a może zaprosimy te dziewczynki do domu?”. „A może jest jedna taka, z którą łatwiej byłoby ci porozmawiać?”. Można kupić sobie książkę o nieśmiałości. Ćwiczyć z dzieckiem – idziemy razem do sklepu, ja poproszę, a ty zapłacisz. Pamiętajmy, to my jesteśmy dorośli. Dziecko bez wsparcia rodzica czy opiekuna ma niewielkie szanse poradzenia sobie z problemem, bez względu na to, czego on dotyczy. Rodzic może też pójść do wychowawczyni i powiedzieć: „Wydaje mi się, że moje dziecko nie najlepiej funkcjonuje w klasie. Może mogłaby pani coś zrobić?”. W dobrze działającym systemie pani w szkole powinna sama z siebie zwrócić na to uwagę. Ale w polskich realiach pani też bywa „ubezradniona”, przygnieciona własnymi problemami, a psycholog szkolny dziecku w depresji potrafi powiedzieć: „Weź się w garść”. To tak jakby lekarz mówił choremu z zawałem: „Przestań się nad sobą użalać i wstawaj!”. Moim zdaniem należałoby zatrzymać ten kraj na rok i rzesza kompetentnych psychologów powinna przeprowadzić dla rodziców, nauczycieli, dzieci – wszystkich – warsztaty z uważności, zapewnić wsparcie, ewentualnie terapię. Jasne, że to utopia.

Katastrofa psychiatrii dziecięcej to wierzchołek góry lodowej. Minister zdrowia zapowiada, że dzięki różnorodnym działaniom, w tym finansowanym ze środków unijnych, już za 10 lat psychiatrów dziecięcych w Polsce przybędzie. Cieszę się z tego i bardzo kibicuję, ale nie zgadzam się, żeby pozostawić współczesne dzieci same sobie. Dlatego też zabiegamy o dofinansowanie telefonu zaufania, który jest jedynym kanałem bieżącej pomocy dla setek tysięcy dzieci.

ROZMAWIAŁA JOANNA CIEŚLA

***

Komenda Główna Policji informuje, że w 2018 r. zarejestrowano 772 próby samobójcze osób poniżej 18. roku życia. Według Światowej Organizacji Zdrowia tę liczbę należy jednak pomnożyć razy 100–200. Wiele nieskutecznych prób, co oczywiste, pozostaje niewychwyconych.

W badaniach Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, przeprowadzonych na grupie 11–17-latków, 7 proc. przyznało, że próbowało odebrać sobie życie. Dawałoby to wynik ok. 250 tys. dzieci, jeszcze więcej niż z mnożnika WHO.

W Polsce przez lata zaniedbywano szkolenie psychiatrów dziecięcych, dziś jest ich w kraju 400, na tysiąc chorujących przypada jeden. W szpitalnych oddziałach psychiatrycznych dzieci kładzie się na korytarzach. Średni czas oczekiwania na wizytę u psychologa lub psychiatry dziecięcego wynosi od pół roku do roku.

***

Lucyna Kicińska – absolwentka Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2009 r. związana z Fundacją Dajemy Dzieciom Siłę (dawniej Fundacja Dzieci Niczyje), pełni funkcję koordynatorki Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 oraz Telefonu dla Rodziców i Nauczycieli w sprawie Bezpieczeństwa Dzieci 800 100 100. Informacje o tym, jak można wspomóc tę część działalności FDDS, są dostępne na stronie www.wspierajtelefon.pl.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Arcyksiążę Głódź – ikona Kościoła oderwanego od współczesnego świata

Abp Sławoj Leszek Głódź powoli staje się ikoną Kościoła – tego oderwanego od współczesnego świata, społecznych emocji, z monopolem na rację.

Ryszarda Socha
23.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną