Społeczeństwo

Nagonka na edukację seksualną – już nawet w kościołach, po mszach

Biskupi zaczęli opowiadać o „naturalnym wstydzie”, który ma być „przyrodzony osobie ludzkiej”, być „częścią jej godności”. Biskupi zaczęli opowiadać o „naturalnym wstydzie”, który ma być „przyrodzony osobie ludzkiej”, być „częścią jej godności”. Jordan VC / Unsplash
„Ręce precz od naszych dzieci” – obwieścił z mównicy Jarosław Kaczyński, kawaler, a Kościół mu przyklasnął. Biskupi już opowiadają o „naturalnym wstydzie”, który ma być „przyrodzony osobie ludzkiej”, być „częścią jej godności”. Z przekonaniem wiele mówią o dziedzinie, na której się nie znają.

Po mszach tuż przed końcem wakacji rozdaje się wiernym pismo do wypełnienia i przedłożenia w szkołach. To oświadczenie o „wynikającym z prawa do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami” braku zgody na ich uczestnictwo w zajęciach z edukacji seksualnej, „których tematyka wykracza poza podstawę programową”.

Straszenie pozwami i wyższościowy ton

Katolicka Agencja Informacyjna informuje natomiast o przygotowanym przez Ordo Iuris spisie tego, czego sobie wierni – jako rodzice – nie życzą. Mają więc sobie nie życzyć: „udziału dziecka w zajęciach, warsztatach, spotkaniach, pogadankach lub narażaniu go lub wystawieniu w inny sposób na odbiór (…) edukacji seksualnej, profilaktyki ciąż i chorób przenoszonych drogą płciową wśród nieletnich, płci »kulturowej« lub »społecznej«, tożsamości płciowej, równości, tolerancji, różnorodności – w odniesieniu do płci i seksualności, przeciwdziałania dyskryminacji i wykluczenia w odniesieniu do płci i seksualności, przeciwdziałania przemocy w powiązaniu z tematyką płci, seksualności i rodziny”. Dalej jest w piśmie trochę wyższościowego tonu – że gdyby szkoła chciała taką edukację prowadzić, ma obowiązek każdorazowo skonsultować z rodzicem jego treść. I trochę straszenia procesem o ochronę dóbr osobistych.

Czytaj także: Ordo Iuris chce zablokować zajęcia o mowie nienawiści

Tymczasem w rozmowie z PAP biskup Marek, przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski, upomina się o państwowe akty prawne „chroniące dzieci w szkołach przed zagrożeniem ideologią gender”. Wtóruje mu małopolska kurator oświaty, przekonująca od dawna, że edukacja seksualna przyczynia się nie tylko do wzrostu liczby ciąż, ale i chorób psychicznych. A w Sejmie czeka obywatelski projekt ustawy o „ochronie małoletnich Stop Pedofilii”, w którym planuje się kary więzienia za prowadzenie edukacji seksualnej.

Matematyki na liście zabronionych treści nie ujęto. Co dziwi. W końcu jeśli – cytując „imperium” Ryszarda Kapuścińskiego – w głowach płoną stosy, matematyka może okazać się równie niebezpieczna co tłumaczenie dzieciom, czym jest przemoc, czym jest płeć i że mają prawo do własnego ciała.

Dzieci poznają świat przez dotyk

Do znudzenia można powtarzać, że właśnie to, co wyżej, napisano w zaleceniach WHO. Doradza się rodzicom i wychowawcom kształtowanie u dzieci pozytywnego stosunku do własnego ciała. Dzieci poznają świat m.in. przez dotyk. A że seksualni jesteśmy od początku, tylko sfera ta pozostaje w uśpieniu, pewien odsetek starszych niemowląt i młodszych dzieci, dotykając się, odkrywa masturbację. WHO doradza, żeby tego nie piętnować, nie karać. Przeczekać, szybko minie. Piętnując, możemy wyrządzić więcej szkód. U trochę starszych dzieci niekontrolowana masturbacja może być sposobem na odreagowanie przeciążeń, z którymi sobie nie radzą. Wówczas zaleca się wsparcie psychologa – ale znów bez robienia „wielkiego halo” z samej masturbacji, bo to dla rozwoju seksualności może być bardziej niebezpieczne niż sam problem.

WHO za oczywistość uważa też szacunek dla intymności dziecka. Jego ciało należy tylko do niego. Jeśli będzie w tym upewniane przez dorosłych, nie stanie się łatwym łupem dla pedofilów, bo gdy coś je zaniepokoi, zwróci się po pomoc. Część nieporozumienia bierze się z tłumaczenia słowa sexuality. W nagonce na WHO przekłada się to na „seksualność”, choć z kontekstu w wielu miejscach wynika, że autorom chodzi o płciowość. Zmiana jednego słowa zmienia sens. „Wspierać pozytywny stosunek do własnej płciowości” – to co innego niż „do seksualności”.

Wizja małych dzieci zmuszanych do onanizmu w przedszkolach okazała się skutecznym paliwem politycznym. „Ręce precz od naszych dzieci” – obwieścił z mównicy Jarosław Kaczyński, kawaler, a Kościół mu przyklasnął. Biskupi zaczęli zaraz opowiadać o „naturalnym wstydzie”, który ma być „przyrodzony osobie ludzkiej”, być „częścią jej godności”. Z przekonaniem i wiele mówią o dziedzinie, na której się nie znają.

Człowiek od dziecka obarczony wstydem

Jeśli sformułowanie „naturalny wstyd” zamienić na inne – „zahamowania związane z własnym ciałem i intymnością” – zrozumiemy, dlaczego dzieci nie mają odwagi poprosić o pomoc, gdy ktoś nadużywa ich ciała. „Zahamowanie” wywołuje paraliż. A nierzadko prowadzi na manowce. Pedofilem nikt się nie rodzi. Pedofilia to przekierowanie instynktu (który jest naturalny – w przeciwieństwie do „wstydu”) na obiekt mniej groźny. Człowiek nieskontaktowany z własną seksualnością, obarczony „wstydem”, szuka takiego ujścia dla własnej seksualności, które wydaje mu się niegroźne.

Wśród księży wybierających trudną ścieżkę życiową podstawowa świadomość psychoseksualna powinna być obowiązkiem. Może wręcz należałoby każdemu ją wybierającemu nakazać pracę z psychologiem. Ale hierarchowie kościelni lansują inny model.

Pożytki z dobrze rozumianej duchowości

A czymże jest duchowość, jeśli nie ścieżką rozwoju? W katolicyzmie propagowanym przez nieliczne nurty zakonne uważa się za oczywistość, że rozwój duchowy człowieka uwrażliwia – a dzieje się tak nie ze względu na zakazy, lecz kontakt z sacrum, tym wewnętrznym, do którego trzeba się dokopać. Nie tyle „nie będziesz zabijał, to będę cię akceptował”, ile „jeśli we mnie uwierzysz, pójdziesz za mną, to nie będziesz zabijał, kradł, cudzołożył, bo będziesz lepszy w środku”. Uwrażliwia więc także na cierpienie. W buddyzmie traktują o tym specjalne koany, w katolicyzmie – medytacja serca. Rodzaj tkliwości, którą człowiek w sobie odnajduje, obejmującej też troskę o ziemię, planetę.

W szeregach katolickich hierarchów taka wrażliwość jakoś się nie przebija – dlaczego? Hierarchowie wciąż mówią, jak prezydent Brazylii – żeby ciąć, wylesiać, palić, czynić sobie ziemię poddaną, bo to nie zmiany klimatyczne są groźne, a „lewicowa rewolucja”. Kościół jest jak dwulatek, który domaga się, by świat dostosował się do jego potrzeb i oczekiwań.

Tymczasem świat nie stoi w miejscu. Dziś już nie pyta się np. o to, czy zwierzęta mają duszę, ale jak pogodzić sprzeczne ze sobą imperatywy moralne. Jeden duży pies uratowany ze schroniska to dwa albo trzy uśmiercone i pożarte kurczaczki dziennie, wyhodowane na czymś w rodzaju farmy śmierci. Pies karmiony kurczętami przywiezionymi ze wsi – to więcej godzin spędzonych w pracy przez opiekuna. Względnie własny kurnik na wsi, czyli urządzenie całego życia pod psa. Pozbyć się psów? Jeszcze gorzej. Jak rozwiązać to równanie z kilkoma niewiadomymi? Kolejne pokolenia będą stawać przed takimi dylematami. Do znalezienia odpowiedzi potrzebować będą kompetencji ze styku psychologii i etyki. Autentycznego rozwoju. A nie urojonego wroga.

Chyba że całą planetę pożegnamy, zanim uda się nam na serio postawić te pytania – walcząc z „lewicową rewolucją”, „masturbacją dwulatków” i strasząc sądem dyrektorów szkół.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną