Społeczeństwo

„Oby do nas to nie przyszło”. Szkoły boją się koronawirusa

Normą jest, że dzieci po skorzystaniu z WC – bez mycia rąk – biegną prosto do stołówki. Normą jest, że dzieci po skorzystaniu z WC – bez mycia rąk – biegną prosto do stołówki. Kamila Kubat / Agencja Gazeta
MEN nie ma nowych pomysłów na środki zapobiegawcze. Normą jest, że w łazienkach brakuje mydła i papieru toaletowego, a dzieci po skorzystaniu z WC – bez mycia rąk – biegną prosto do stołówki.

„Oby tylko do nas to nie przyszło” – takie są reakcje dyrektorów, pytanych o przygotowanie do ewentualnego pojawienia się koronawirusa w szkołach. Przez większość przemawia nie tyle lęk związany z samym zarazkiem, ile perspektywa kolejnych problemów organizacyjno-logistycznych, których i tak jest nadto.

Koronawirus w szkołach

Pod koniec tygodnia szef MEN Dariusz Piontkowski poinformował, że w razie pojawienia się koronawirusa u kogoś z uczniów lub nauczycieli dyrektor, w porozumieniu z organem prowadzącym, może szkołę zamknąć. Na razie zdecydowano się na to dwa razy – w Mazańcowicach pod Bielskiem-Białą i w Kołobrzegu w reakcji na podejrzenia zachorowania. Szczęśliwie w Mazańcowicach obawy się nie potwierdziły i po dwóch dniach szkoła wznowiła pracę. W Kołobrzegu wyniki badań też na razie wskazują na to, że alarm był fałszywy; można mieć nadzieję, że sytuacja szybko wróci do normy.

Gdyby jednak faktycznie ktoś zachorował, opanowanie scenariusza zdarzeń mogłoby przeciętnego dyrektora doprowadzić do osiwienia. Okres zakażenia bez braku objawów może trwać koło dwóch tygodni. Z jednej strony trudno sobie wyobrazić zamknięcie szkoły na tak długi czas, z drugiej można się spodziewać, że rodzice i tak nie byliby skorzy do posyłania dzieci na lekcje. Już teraz do wielu dyrektorów przychodzą maile, z których przebija silny niepokój („jakie środki zostały podjęte przez szkołę, aby zminimalizować możliwość zarażenia się koronawirusem przez moje dziecko?”).

W szkołach nie ma mydła

W piątek w całym kraju zorganizowano spotkania kuratorów z dyrektorami szkół i placówek oświatowych, by kwestię owych środków usystematyzować. W zasadzie nic przełomowego nie padło: w ramach działań ekstra panie sprzątające powinny co jakiś czas czyścić klamki, ponadto należy z dziećmi rozmawiać o prawidłowym myciu rąk, wywiesić w łazienkach instrukcje w tej sprawie i uzupełniać dystrybutory z mydłem w płynie. Z infekcjami nie należy przychodzić do szkoły bez względu na to, czy jest się uczniem, czy nauczycielem. Ot, oczywistości. Tyle że te w polskich szkołach w praktyce bynajmniej nie funkcjonują.

Normą jest, że w łazienkach nie ma ani mydła, ani papieru toaletowego, a dzieci po skorzystaniu z WC – bez mycia rąk – biegną prosto do stołówki. Normą jest też, że przychodzi się na zajęcia z objawami przeziębienia. Robią to co ambitniejsi uczniowie w starszych klasach, kiedy nadrobienie zaległości wobec przeładowanego programu staje się tytanicznym wysiłkiem. Robią to też nauczyciele. Na chorowanie nie ma czasu – przy brakach kadrowych wielu musi pracować na więcej niż jednym etacie – no i nie ma też kasy. Nie dość, że na jakiekolwiek leki i kuracje trzeba wydać pieniądze, to jeszcze pensja w razie zwolnienia lekarskiego jest niższa. Byłaby w tym przewrotność losu, gdyby te patologie za sprawą koronawirusa mogły zostać uzdrowione. Realnie rzecz biorąc: raczej nic na to nie wskazuje.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ucieczka z religii

Masowe protesty w obronie praw kobiet dały nowy impuls ucieczkom z lekcji religii. Trwającym od lat, bo szkolna katecheza to często antyreklama wiedzy, wiary i wartości.

Marcin Piątek
24.11.2020
Reklama