Społeczeństwo

Anestezjolodzy: Mało nas, więc zaginamy czasoprzestrzeń

Lekarzy anestezjologów jest w kraju tylko 6,8 tys. Lekarzy anestezjologów jest w kraju tylko 6,8 tys. Artur Tumasjan / Unsplash
Zatrudniony w czterech szpitalach R. po sześciu tygodniach pandemii nie widzi żadnej różnicy w poziomie przygotowania szpitali wojewódzkich i powiatowych. Burdel tu i tu jest identyczny – mówi.

Podobno anestezjolodzy są teraz gdzie indziej potrzebni – usłyszała mieszkanka Białegostoku, kiedy przygotowywała się do porodu. Zamierzała sprowadzić dziecko na świat siłami natury, ale korzystając ze znieczulenia zewnątrzoponowego. Musiała jednak rodzić bez niego.

Rzecznicy miejskich szpitali oficjalnie zaprzeczają, by w czasie pandemii był problem z dostępem do opieki anestezjologicznej. Przyszłe matki twierdzą co innego: od lekarzy słyszą, że nie ma co liczyć na znieczulenie, bo anestezjologów w Białymstoku skierowano do szpitala jednoimiennego.

Lekarzy z tą specjalizacją jest w kraju tylko 6,8 tys., z czego 1,2 tys. ma więcej niż 65 lat. Chirurgów, dla porównania, pracuje w Polsce 10 tys. Wynika to z charakteru pracy – anestezjolodzy są od stanów nagłych i zagrażających życiu. – Anestezjolog na dyżurze na bloku operacyjnym obsługuje zarówno operacje, jak i znieczulenia porodu. W większości szpitali dyżuruje więcej niż jeden i znieczulenia porodu odbywają się płynnie, niestety w mniejszych jest nas za mało i w pewnym sensie rodząca – kiedy życie nie jest zagrożone – trafia często na koniec kolejki zadań anestezjologa – mówi dr Krystyna Zdziechowska, anestezjolożka z 20-letnim doświadczeniem. Pracuje w dwóch szpitalach: przy ul. Madalińskiego w Warszawie i w Piasecznie.

Czytaj także: Opowieść anestezjolog z niemieckiego szpitala

Cudowne rozmnożenie na czas pandemii

Są miejsca, jak Podkarpacie, gdzie jeden anestezjolog przypada na 10 tys. osób. Rząd, by zwiększyć ich dyspozycyjność w związku z zagrożeniem epidemicznym, zmienił rozporządzenie, które reguluje pracę anestezjologów. Przepis brzmiący: „lekarz wykonujący znieczulenie może w tym samym czasie znieczulać tylko jednego pacjenta, a podczas znieczulenia z lekarzem współpracuje pielęgniarka anestezjologiczna”, stanowi teraz, że „podczas znieczulenia z lekarzem współpracuje pielęgniarka anestezjologiczna”.

To credo anestezjologa – że znieczula się naraz jednego pacjenta. Ale też sukces strajków z lat 90. – to wtedy wywalczono zapis, że anestezjolog w jednym czasie znieczula jedną osobę i zawsze w asyście pielęgniarki. – Ta zmiana nas niepokoi, bo nie ma w niej zdania, że dotyczy tylko czasu pandemii, wojny czy innych okoliczności nadzwyczajnych. Boimy się, że trzeba będzie walczyć o przywrócenie poprzedniego stanu. Znieczulanie więcej niż jednego pacjenta w tym samym czasie, bieganie między salami operacyjnymi, co pamiętamy sprzed 1998 r., to wzrost ryzyka błędów, przeoczeń, zbyt późnego działania – mówi dr Zdziechowska.

Zniknęła zatem ważna gwarancja bezpieczeństwa dla chirurga i anestezjologa. A przede wszystkim dla pacjentów.

O ile w niektórych szpitalach ten zapis będzie pewnie traktowany literalnie, w innych może być nadużywany. Na moim oddziale pracujemy w zbyt małej obsadzie. Znieczulając laparotomię w nocy, co zdarza się dość często, dostaję wezwanie od ginekologa do cięcia cesarskiego. Co robię? Jasne, że idę. To stan wyższej konieczności – tak go rozumiem i tak według mnie ten przepis powinien być stosowany. Ale na pewno nie do oszczędności w zatrudnianiu anestezjologów i obniżenia jakości usług. System i tak działa na granicy wydolności – dodaje P. z Łodzi. Pracuje w dwóch szpitalach: w jednym na SOR, w drugim na OIOM-ie.

Lekarze, pracujcie w jednym miejscu

W związku z pandemią dla takich lekarzy jak P. czy dr Zdziechowska, a pracuje tak 90 proc. z nich, resort zdrowia ma zalecenie: pracujcie w jednym miejscu. To ograniczy transmisję wirusa.

Dr P.: – To epidemiologiczne słuszne, ale trudne do realizacji. Kiedy zniknę na jednym oddziale ze swoimi 120 godzinami, grafik nie ma szans się domknąć. Na razie godzę dwie prace tak jak przed pandemią. Zaginam czasoprzestrzeń, żeby z jednego dyżuru, który kończy się o 20, zdążyć na drugi, który zaczyna się o 20. Szpitale dzieli 50 km.

Dr Zdziechowska dodaje, że za nakazem pracy w jednym miejscu powinna iść rekompensata finansowa albo więcej godzin pracy. Zwłaszcza dla pielęgniarek, położnych i ratowników medycznych. Zarabiają najmniej i w związku z tym pracują często w kilku miejscach (wynagrodzenie za pracę w tych zawodach od 1 stycznia 2020 r. nie może być niższe niż 2600 zł, a stawka godzinowa nie może być niższa niż 17 zł). Rzecznik MZ w ubiegłym tygodniu zapowiadał, że lekarze objęci nakazem pracy w jednym miejscu będą mogli liczyć na dofinansowanie z budżetu do kwoty 10 tys. zł. Wkrótce pojawi się rozporządzenie dotyczące zakazu pracy w innych placówkach medycznych, jeśli pracują bezpośrednio przy osobach zakażonych koronawirusem.

Wrażenie chaosu w służbie zdrowia

Zatrudniony w czterech szpitalach w Łódzkiem R. po sześciu tygodniach pandemii nie widzi żadnej różnicy w poziomie przygotowania placówek wojewódzkich (w tym wysokospecjalistycznych) i powiatowych. A w takich pracuje. – Burdel tu i tu jest identyczny – mówi.

I ciągnie dalej: – Nadal nie jesteśmy wyposażeni. Sprzęt kupujemy sami. Wszyscy anestezjolodzy pracujący na oddziałach intensywnej terapii sami kupili sobie maseczki, a przyłbice zrobiły nam firmy pro bono. Sprzęt ochrony dostają lekarze SOR, którzy mają pierwszy kontakt z zakażonym, ale w tym momencie każdy pacjent jest potencjalnym zakażonym.

Dr Zdziechowska uzupełnia, że nie chodzi tylko o dostępność środków ochrony osobistej. Nie ma standardów ani wytycznych w sprawach organizacyjnych, np. dotyczących noszenia maseczek przez pacjentów. – W jednym ze szpitali, w których pracuję, pacjenci mogą poruszać się tylko w obrębie swojego oddziału, w drugim nie ma takich obostrzeń. W jednym szpitalu panie sprzątające muszą się przebierać między oddziałami, korzystać z innego wózka i mopów. W drugim nikt nawet o tym nie pomyśli – opowiada.

Kontakt anestezjologów z pacjentami jest zresztą wyjątkowy na tle innych specjalizacji. I równie niebezpieczny jak na SOR. Anestezjolodzy mają bowiem dostęp do dróg oddechowych, a wirus roznosi się przecież drogą kropelkową. A więc intubacja lub wentylacja to procedury, które powodują największe ryzyko zakażenia.

W części szpitali – nie mówimy o sieci szpitali jednoimiennych, w których poziom zabezpieczeń jest wyższy – działają już dobre procedury. Pacjenci przyjmowani od niedawna na planowe operacje są poddawani testowi na obecność wirusa (PCR). Daje wynik po 15–20 godz. Tak jest choćby w Piasecznie. Na wynik czeka się na odcinku pośrednim przez noc. Jeżeli jest ujemny – pacjenci są operowani na bloku operacyjnym. Jeśli pozytywny, to środki ostrożności są zwielokrotnione albo pacjenta odsyła się do szpitala zakaźnego. Na SOR-ach z kolei wykonuje się test kasetkowy na obecność przeciwciał. Daje wynik jak test ciążowy: po kilku minutach.

Ale nie wszędzie jest tak dobrze.

W jednym ze szpitali powiatowych w województwie łódzkim anestezjolodzy, chcąc zadbać o swoje bezpieczeństwo, napisali do dyrektora placówki z prośbą o badanie na obecność wirusa wszystkich kierowanych do zabiegów. Dyrektor odpowiedział: nie badamy medyków, nie ma wytycznych z góry. W innym szpitalu powiatowym w tym regionie lekarze kilka tygodni temu sami sprowadzili 200 testów dla siebie i kolegów. Władze powiatu nie zgodziły się na to, bo widzieli w tym drugie dno: choćby jeden lekarz czy pielęgniarka z dodatnim wynikiem to powód do zamknięcia szpitala, ludzie zobaczą, że naprawdę jest źle, jeszcze nie dojdzie do wyborów.

Odmrażanie operacji, czyli przyszłość

Tymczasem Ministerstwo Zdrowia zawiadomiło, że „trwają prace nad zaleceniami, które wskażą, jakie obszary medycyny należy stopniowo przywracać po szczycie epidemii koronawirusa”. „Dlatego jak najszybciej musimy odmrozić system ochrony zdrowia i wznowić opiekę oraz zabiegi w innych dziedzinach medycyny. W innym przypadku czekają nas dramaty wcale niezwiązane z koronawirusem. Taki swoisty plan ponownego otwarcia służby zdrowia powstaje” – mówił rzecznik resortu Wojciech Andrusiewicz.

To założenie, z którym z pewnością wielu lekarzy się zgodzi. Od końca marca wstrzymano przyjęcia pacjentów na zabiegi operacyjne wykonywane planowo, w szczególności: endoprotezoplastyki dużych stawów, duże zabiegi korekcyjne kręgosłupa, zabiegi naczyniowe na aorcie brzusznej i piersiowej, pomostowanie naczyń wieńcowych, nefrektomia, histerektomia. Wszystko po to, by nie zwiększać ruchu w szpitalach. Oczywiście wydłużyło to już przepełnione, niekończące się właściwie kolejki.

Ale jak przeprowadzić odmrożenie, kiedy nie ma odgórnej regulacji dotyczącej testowania pacjentów i regularnego testowania lekarzy? – Martwi nas los pacjentów, ale wznowienie wszystkich zabiegów planowych nie jest możliwe, szpitale powinny być o 30–50 proc. mniej zapełnione niż przed epidemią. Tak jak kiedyś w niektórych szpitalach na 20 łóżek było 35 pacjentów, teraz powinno być ich 10–15. Kiedy dojdzie do zakażenia pacjentów czy lekarzy, to przecież cały szpital wypada z systemu – przypomina dr K., anestezjolog z Krakowa.

Anestezjolog P. z Łodzi z taką opinią się nie zgadza. Uważa, że odmrażanie jest konieczne. Dłuższa przerwa w zabiegach to narażanie życia. W szpitalu, w którym pracuje, dyrektor zapewnił środki ochrony osobistej. Na przygotowanie placówki wydał 3,5 mln zł. Skąd weźmie te pieniądze? – Nie wiadomo. Nie zanosi się, żeby ktoś miał je oddać.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną