Społeczeństwo

Widmo bezrobocia. Czy koronawirus wywróci rynek pracy?

Czy urzędy pracy znów się zapełnią bezrobotnymi? Czy urzędy pracy znów się zapełnią bezrobotnymi? Tymon Markowski / Agencja Gazeta
Praca to dla Polaków jeden z głównych czynników decydujących o pozycji społecznej. „Kto nie chce pracować, niech też nie je”, można w biblijnym skrócie podsumować przemianę podejścia do pracy. Czy kryzys i strach przed bezrobociem coś zmieni?

Polacy obawiają się, że kryzys wywołany przez pandemię poważnie dotknie gospodarkę – twierdzi tak aż 72,5 proc. ankietowanych w drugiej fali badania realizowanego przez Uniwersytet SWPS pod kierownictwem prof. Radosława Markowskiego. Mimo to 61 proc. nie obawia się utraty pracy. 7 proc. deklaruje, że już pracę utraciło, a 33 proc. uważa to za bardzo prawdopodobne.

Czytaj też: Tarcza, czyli listek figowy

Ćwierć wieku z bezrobociem

Do dyskusji wróciło więc bezrobocie, problem, który zrósł się z III Rzeczpospolitą na mniej więcej ćwierć wieku, by nagle zniknąć ok. 2015 r. Przypomnijmy, że transformacja socjalistycznej gospodarki i reformy zwane planem Balcerowicza oznaczały bardzo szybką dezaktywizację zawodową milionów osób. Część trafiła na bezrobocie, część została wypchnięta z rynku na wcześniejsze emerytury. W efekcie w 2001 r. mieliśmy rekordowo wysokie bezrobocie przekraczające 20 proc. i jednocześnie rekordowo niski współczynnik aktywności zawodowej oscylujący blisko 55 proc. zdolnych do pracy (dla porównania: aktywność zawodowa w Szwecji sięga 75 proc.).

Gdy w 2013 i 2014 r. realizowaliśmy w „Polityce” projekt „Portrety polskich miast”, tylko kilka metropolii, jak Poznań, Kraków czy Warszawa, chwaliło się, że bezrobocia praktycznie nie znają. Ale już w Bydgoszczy miało dwucyfrowy wymiar, a we Włocławku zbliżało się do 20 proc. Gdy ruszyliśmy rozmawiać o polskich miastach przed kolejnymi wyborami samorządowymi w 2018 r., temat dyskusji zmienił się zasadniczo. Problemem stał się brak rąk do pracy, a częściowym rozwiązaniem okazała się imigracja, głównie pracowników i pracownic z Ukrainy.

Czytaj też: Ukraińcy się boją. Wracają do domu

Koronawirus mrozi rynek pracy

Pełne zatrudnienie tylko po części wynikało z prosperity ostatnich lat. Coraz ważniejszym czynnikiem kształtującym rynek pracy jest demografia, szybkie starzenie się społeczeństwa i przesuwanie proporcji między osobami w wieku produkcyjnym do nieaktywnych zawodowo w kierunku tej drugiej grupy. Nie tylko starzejemy się, ale i wymieramy, już od kilku lat liczba zgonów przekracza liczbę urodzeń. Wypłaty 500 plus nie zmieniły zachowań prokreacyjnych. W efekcie kluczowym tematem debaty stała się praca, ale nie w kategoriach bezrobocia, tylko trudności z pozyskaniem pracowników.

Nagle nadszedł Covid-19, zamarło społeczeństwo, a wraz z nim zamroziła się gospodarka. Całe sektory przestały działać, zamarły turystyka, gastronomia, rozrywka i sektor kultury, biznes kongresowy, hotelarstwo, liczne gałęzie usług. Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego racjonalizuje te informacje w serwisie „Forbes”, informując, że mimo wrażenia powszechnego zamrożenia „tylko” jedna czwarta pracowników pracuje w sektorach objętych lockdownem. To oczywiście niemało, bo aż 4 mln osób, ale nie wszystkie stracą pracę, wszak już szykujemy się do „odmrażania”.

Czytaj też: Ile zarabia mój sąsiad? Prawie wszystko o wynagrodzeniach

Kryzys odsłonił umowy śmieciowe

Bezrobocie więc wróci, już wraca, ale nie na masową skalę, i będzie łagodzone zarówno przez wspomniane czynniki strukturalne, zwłaszcza wynikające z demografii, jak i odpływ części imigrantów, którzy wyjechali na czas kryzysu do swoich domów. Analityk formułuje krzepiący wniosek, że rynek pracodawcy nie wróci na długo, kapitaliści nie mają się co cieszyć z powrotu starych dobrych czasów, kiedy pod bramami ich firm stała rezerwowa armia bezrobotnych, a niskie koszty pracy były głównym elementem przewagi konkurencyjnej.

Dlatego bezrobocie koniunkturalne wywołane przez obecny kryzys ma być stosunkowo niewielkie i krótkotrwałe, o ile sam kryzys nie wymknie się spod kontroli. Ciekawsze są jednak strukturalne aspekty przemian na rynku. Kryzys ujawnił skalę prekaryzacji zatrudnienia, z całymi sektorami opartymi na umowach śmieciowych. To głównie sfery najbardziej też dotknięte lockdownem: od kultury przez gastronomię po turystykę. Nie wiadomo, czy odbudują się do takich rozmiarów jak przed pandemią: czy wróci masowa turystyka, czy odżyją festiwale i kongresy? W wielu miastach były istotną częścią gospodarki i zapewniały pracę, nawet jeśli na „śmieciowych” warunkach, to tysiącom osób, np. studentom zarabiającym na koszty utrzymania i nauki.

Czytaj też: Kogo ugodził koronawirus

Realna wartość pracy

Kryzys ujawnił także realną wartość pracy – oto wyszło na jaw, bez kogo nie potrafimy żyć, a kto, w rozumieniu ról zawodowych, aż tak pilnie potrzebny nie jest. Lekarze, pielęgniarki, salowe, sprzedawcy w sklepach, kurierzy, służby sprzątające – to wielki obszar pracy, której na co dzień nie dostrzegamy i nie doceniamy. Czy po kryzysie zdecydujemy się urealnić relacje pracy i płacy? Czy przestaniemy przekonywać, że prezes banku zarabia setki tysięcy miesięcznie, bo taka jest wartość jego pracy, a pielęgniarka musi dorabiać w kilku miejscach, żeby związać koniec z końcem?

Tak, ten kryzys stwarza wielką szansę, byśmy przemyśleli jako społeczeństwo zarówno kwestię pracy, jak i solidarności. Zacznijmy od solidarności. Niewykluczone, że dalsza walka z pandemią polegać będzie na okresowym wyłączaniu z aktywności grup zagrożonych zakażeniem i sektorów mogących temu zagrożeniu sprzyjać. Nie z własnej więc winy wiele przedsiębiorstw i wielu pracowników nie będzie mogło pracować i zarabiać.

Czytaj też: Stop stygmatyzacji chorych i personelu medycznego

Mechanizm solidarności

Czy ci, którzy będą mieli pracę i dochody, podzielą się z tymi, którzy utkną na przymusowej kwarantannie? Nie chodzi o jałmużnę, tylko o rozwiązania systemowe. Jednym z nich, wprowadzanych okresowo lub – jak w Hiszpanii – na trwałe, jest mechanizm powszechnego dochodu gwarantowanego. Oznacza minimalne dochody dla każdego obywatela (to w wersji pełnej). W Polsce czymś zbliżonym jest 500 plus – kryterium wypłaty jest posiadanie dziecka lub dzieci.

Mechanizm powszechnego dochodu gwarantowanego powinien iść jednak w parze z utrzymaniem usług społecznych na jak najwyższym poziomie, a więc świadczonych przez kompetentny i dobrze opłacany personel. Czy zdecydujemy się na niezbędne inwestycje w służbie zdrowia, szkolnictwie, opiece społecznej, kulturze? Czy raczej wykorzystamy kryzys jako uzasadnienie dla oszczędności, których pierwszą ofiarą padnie właśnie sektor usług publicznych?

Czytaj też: Jak wrócić z pandemii

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną