Społeczeństwo

Konwencja rodziny, a nie stambulska. Ordo Iuris zbiera podpisy

Marsz dla życia i rodziny w Krakowie Marsz dla życia i rodziny w Krakowie Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta
Walka z „genderem” ma nową odsłonę: demontaż wynikających z konwencji zobowiązań państwa, takich jak edukowanie i tworzenie polityki przeciwdziałania przemocy.

Kiedy w 2018 r. Sejm zatwierdzał zmianę ustawy o umowach międzynarodowych, szef gabinetu prezydenta (od którego wyszedł projekt ustawy) Krzysztof Szczerski przekonywał, że nowelizacja ma służyć stwierdzaniu nieważności „starych, historycznych umów, głównie z okresu PRL”. Tymczasem właśnie z tego narzędzia chcą dziś skorzystać turbokonserwatywne środowiska skupione wokół inicjatywy „Tak dla rodziny, nie dla gender”, w tym Instytut na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris czy Chrześcijański Kongres Społeczny, któremu przewodzi były marszałek Sejmu Marek Jurek. Wbrew szumnemu hasłu o ochronie rodziny nie chcą porządkować systemu prawnego, by np. wyeliminować pracę dzieci czy wspierać rodziny uchodźców. Chodzi o wypowiedzenie konwencji stambulskiej z 2011 r. i zastąpienie jej międzynarodową konwencją praw rodzin.

Konwencja stambulska, sól w oku konserwatystów

Konwencja stambulska, a dokładnie Konwencja Rady Europy o Zapobieganiu i Zwalczaniu Przemocy wobec Kobiet i Przemocy Domowej, od dawna jest solą w oku konserwatystów, nie tylko w Polsce. To jeden z tych dokumentów, o których mówi się: „oparty na wiedzy” – w jego zapisach widać obeznanie autorów założeń z praktyką walki z przemocą domową i wieloma bardzo ciemnymi stronami tego problemu: od zdejmowania winy ze sprawcy ze względu na „kontekst kulturowy” (funkcjonujące w danym społeczeństwie przeświadczenie, że kobiety i dzieci bić można i trzeba), przez dość częste komplikacje w ściganiu sprawców na poziomie międzynarodowym, po trudności, jakie zbyt często napotykają osoby poszkodowane.

Gdy słucha się konserwatystów, konwencja jawi się jako upiorna totalitarna konstrukcja służąca do demontowania rodzin za pomocą jakiegoś „gendera”, obdarzonego mocą anulowania uczuć, nie wspominając już o wzbudzaniu głębokiego pragnienia natychmiastowej korekty płci. W rzeczywistości dokument wprowadza definicję „płci społeczno-kulturowej” (tak zwyczajowo tłumaczy się na polski angielskie gender) jako „społecznie skonstruowanych ról, zachowań, działań i atrybutów, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn” – w sensie przeświadczenia, że kobiety powinny być „kobiece”, a mężczyźni „męscy”, cokolwiek się przez to rozumie.

Teoretycznie walka konserwatystów dotyczy właśnie tego zapisu. Jak argumentują, sankcjonuje się tak tezę, że sposób, w jaki świadomie i społecznie przeżywamy naszą biologiczną płciowość, jest czymś przygodnym, a nie metafizycznym czy wręcz powołaniem do kobiecości i męskości, jak to prezentuje m.in. doktryna Nowego Feminizmu, opracowana w Watykanie jeszcze pod auspicjami Jana Pawła II. Kłopot w tym, że tę przygodność wykazała antropologia w pierwszej połowie XX w. Jej ustalenia zebrała i podsumowała Simone de Beauvoir w eseju „Druga płeć” z 1949 r. Pozbierane razem modele kobiecości i męskości z całego świata okazały się połączone tylko jedną cechą, a mianowicie w taki lub inny sposób tłumaczone i wdrażanym w praktykę przeświadczeniem o niższości i podporządkowaniu kobiecości kulturowo i społecznie „ważniejszej” od niej męskości.

Umocnienie kruszejącej męskiej dominacji

Tak więc walkę konserwatystów z „genderem”, o ile nie jest wprost nawoływaniem do powrotu do hierarchii płci, należy rozumieć jako zainscenizowaną walkę z wiatrakami. W uzasadnieniu do projektu ustawy „Tak dla rodziny, nie dla gender” czytamy pozbawioną zastrzeżeń gloryfikację części zapisów konwencji stambulskiej (rozdziałów IV, V i VI), mimo że sformułowanie „płeć społeczno-kulturowa” pada w tym fragmencie kilkakrotnie. Prawdziwym problemem dla konserwatystów nie jest bowiem sam gender to tylko, jak mówią takie badaczki jak Weronika Grzebalska czy Agnieszka Graff, „symboliczny klej”, na którym trzymają się te inicjatywy.

Celem konserwatystów jest raczej demontaż wynikających z konwencji zobowiązań państwa, takich jak edukowanie, tworzenie zintegrowanych, wieloaspektowych polityk przeciwdziałania przemocy, gromadzenie i analizowanie danych (o zgrozo, dostępnych publicznie), systemowe wykorzenianie praktyk i uprzedzeń opartych na przekonaniu o niższości kobiet... Czyżby faktycznie chodziło o umocnienie kruszejącej męskiej dominacji?

Owszem, ale nie tylko. Problemem dla prawicowców jest również poddanie się stron konwencji międzynarodowemu mechanizmowi monitorującemu. W tym kontekście już tylko dla porządku warto wspomnieć, że w założeniach inicjatorów „Tak dla rodzin...” zniknąć mają również zobowiązania do uwzględnienia problematyki przemocy w przepisach migracyjnych czy prawie azylowym. Nie będzie gender naruszał nam suwerenności.

Dodajmy, że jeszcze w 2012 r. (sic!) Polska oprotestowała zapis konwencji zobowiązujący państwa strony do… wspierania ofiar w procesie składania skarg (art. 21). W 2020 r. akurat ten zapis się ostał, ale jeśli zgodnie z zamysłami inicjatywy „Tak dla rodzin…” usunie się obowiązek edukowania i podnoszenia społecznej świadomości, nie będzie to oznaczało wiele.

Ordo Iuris z dostępem do premiera

Dlaczego jednak piszę, że inicjatywa „Tak dla rodziny, nie dla gender” docenia i chce zachować część zapisów antyprzemocowej konwencji? Otóż zaraz po pompatycznej i zupełnie niezgodnej z polskimi regułami legislacji preambule oraz zapisie i zgodzie parlamentu na wypowiedzenie konwencji stambulskiej przez prezydenta projekt zawiera dość zaskakujące zapisy o utworzeniu „zespołu doradczego przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów”, który miałby dostać trzy lata na opracowanie projektu alternatywnej „międzynarodowej konwencji praw rodziny” (z uzasadnienia wiemy, że uwzględniającej wspomniane rozdziały IV–VI konwencji stambulskiej).

Takie projekty skądinąd już istnieją. Na przykład Ordo Iuris cytuje jeden z nich na swojej stronie internetowej. Co ciekawe, na konferencji prezentującej projekt „Konwencji o Prawach Rodzin” w nowojorskiej siedzibie ONZ Ordo Iuris reprezentowały m.in. Rozalia Kielmans-Ratyńska i Karina Walinowicz (dzisiaj Bosak), czyli twarze inicjatywy „Tak dla rodziny, nie dla gender”! Po co im kolejne trzy lata na dublowanie wykonanej już pracy, w dodatku, zgodnie z literą projektu, nieodpłatnie? Nie wiadomo, można się tylko domyślać, że ma to związek z dostępem do KPRM.

Prawa rodziny, czyli prawa ojca

Projekt „Konwencji o prawach rodzin”, który już mieliśmy okazję poznać, to de facto koń trojański dla systemu praw człowieka. Prawa człowieka opierają się bowiem na przekonaniu, że każdy i każda ma przyrodzoną godność powiązaną ze swoją unikalnością. I w tej naszej wyjątkowości jesteśmy równi, równie godni ochrony i wsparcia, które powinny nam zagwarantować demokratyczne instytucje. Żadna instytucja natomiast (choć w narodowych systemach prawnych istnieją od tego wyjątki, np. związane ze stanem wojny) nie powinna być ważniejsza od jednostki, której przyrodzone prawa są przecież fundamentem i racją jej istnienia. Tymczasem „Konwencja o prawach rodzin” chce część praw jednostki „przetransferować” na instytucję rodziny. Tej ostatniej nawet precyzyjnie nie definiuje, tak że nie jest jasne, jak miałoby to wszystko wyglądać choćby w odniesieniu do rodzin patchworkowych.

Co do zasady przypomina to czasy totalitaryzmów, kiedy prawa jednostki podporządkowane były państwu. Ordo Iuris czy Społeczny Kongres Chrześcijański starają się na naszych oczach podporządkować prawa indywidualne instytucji rodziny. Niestety, absurdalna prawnie konstrukcja „praw rodziny” zyskuje coraz szerszy poklask. Jak komentuje to Katarzyna Kądziela, feministka i ekspertka, autorka m.in. pierwotnego formularza antyprzemocowej Niebieskiej Karty: „konserwatyści prowadzą tę ofensywę przeciwko prawom człowieka już od dawna. Atakują oni nowoczesne rozumienie praw człowieka, zwłaszcza praw kobiet czy dzieci, podporządkowując je prawom rodziny, czyli po prostu patriarchalnej władzy ojca. To cofanie nas do epoki feudalizmu”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną