Społeczeństwo

O dobrostanie zwierząt. Słowo do przyjaciół p. Moskala

Protest pod Sejmem przeciw nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, 16 września 2020 r. Protest pod Sejmem przeciw nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, 16 września 2020 r. Adam Chełstowski / Forum
Nawet jeśli część polityków PiS w sprawie tzw. ustawy futerkowej kieruje się racjami moralnymi, to interes polityczny jest najwyraźniej pierwszoplanowy.

Jakiś tydzień temu znajoma osoba powiedziała mi, że nowa ustawa (tzw. futerkowa) o ochronie zwierząt musi przejść „nawet rękami diabła”. Wprawdzie projekt wzbudził rozmaite kontrowersje w Sejmie, ale w końcu został uchwalony (w nocy 17/18 września) bez pomocy sił nieczystych. Senat zapewne zaproponuje poprawki, ale izba niższa pewnie ustawę uchwali. Pan Duda na razie coś tam gaworzy o tym, że rolnik jest najważniejszy, myli tradycyjną hodowlę z komercyjną, ale chyba czeka na rezultat wojenki w Zjednoczonej Prawicy, bo jeszcze nie wie, wobec kogo ma być niezależny. Może poprosi mgr Przyłębską o użycie tzw. zamrażarki konstytucyjnej na jakiś czas.

Polaków stosunek do zwierząt? Przestarzały

Przy okazji warto się zastanowić nad świadomością Polaków w sprawie ludzkich obowiązków wobec zwierząt. Dość powszechna opinia w świecie, do którego aspirujemy, uważa zapewnienie dobrostanu zwierzętom, zwłaszcza zależnym od nas, za obowiązek moralny, a nie tylko kwestię polityczną czy ekonomiczną. Ci, którzy podzielają ten pogląd, różnią się: jedni są wegetarianami, inni twierdzą, że relacje międzygatunkowe uzasadniają jedzenie mięsa, ale wszyscy sądzą, że przynajmniej niektóre zwierzęta są podmiotami moralnymi.

Obrońcy zwierząt uważają również, że uczynienie problemu stosunku Homo sapiens do innych gatunków przedmiotem filozofii i ekologii jest przejawem postępu cywilizacyjnego. Zwierzęta były różnie traktowane przez ludzi, często wedle kaprysu możnych, np. cesarz Kaligula ponoć chciał mianować senatorem Incitatusa, swego konia. Rzadko zdarzali się myśliciele, tacy jak stoicy czy Franciszek z Asyżu, którzy traktowali zwierzęta „po ludzku” – np. dla Kartezjusza były maszynami bez świadomości i możności odczuwania bólu (skowyt bitego psa miał być tylko mechanicznym zgrzytem). Uzasadniało to okrutne eksperymenty, np. sekcje na żywo.

Ruch ochrony zwierząt, powstały dopiero pod koniec XIX w., odrzucił mit zwierzęcia-maszyny, ale rychło się okazało, że barierą dla uznania podmiotowości zwierząt są także problemy ekonomiczne i wierzenia religijne wymagające np. uboju rytualnego czy pogląd, szczególnie wyraźny na gruncie katolicyzmu, że zwierzęta są na mocy boskiego postanowienia poddanymi człowieka.

Debata wokół ustawy „futerkowej” wskazuje, że spora część Polaków ma przestarzałą świadomość w sprawie dobrostanu zwierząt. Nie jest to oczywiście żadne zaskoczenie, ponieważ są po temu inne świadectwa, np. narzekania myśliwych, że nie są w stanie wychować swoich dzieci bez zabierania ich na polowania.

Piątka dla zwierząt czy dla PiS?

Inicjatywa ustawodawcza w sprawie ochrony zwierząt została poprzedzona tzw. piątką Kaczyńskiego. Przedstawił ją p. Moskal (stąd tytuł niniejszego felietonu), szef Forum Młodych PiS, i zapowiedział szybkie zmiany legislacyjne, m.in. zakaz hodowli norek i ograniczenie uboju rytualnego. A dalej wyjaśnił tak: „W pierwszej kolejności, co wielu przyjęło z zaskoczeniem, skupiliśmy się na humanitarnym traktowaniu zwierząt. Temat ten, choć do tej pory zawłaszczony przez lewicę, musi być obecny także w prawicowej dyskusji, ponieważ jest ważny dla każdego młodego człowieka, a oddanie pola naszym politycznym oponentom doprowadzić może jedynie do wypaczenia przez nich prawdziwej istoty rzeczy”.

Rzeczona piątka zawiera postulaty od dawna wysuwane przez środowiska broniące zwierząt przed ludzkim okrucieństwem. Tedy nazywanie jej imieniem Kaczyńskiego jest zwyczajną bezczelnością, w szczególności przebieraniem cudzych postulatów za własne.

Czytaj też: Co zawiera piątka dla zwierząt?

Wyjaśnienie p. Moskala stawia sprawę w zgoła innym świetle, gdyż sugeruje, że przede wszystkim chodzi o to, aby zniwelować czy też nawet odwrócić „oddanie pola”. Jeśli tak, to cała sprawa jest w pierwszej kolejności nastawiona na sukces polityczny i ozdobiona wzruszeniem p. Kaczyńskiego, tak wielkim, że zaryzykował konflikt z p. Rydzykiem, chociaż parę dni wcześniej zalecał, aby kłaniać się toruńskiemu szefowi gangu wielebnych interesariuszy tzw. dobrej zmiany.

Rychło się okazało, że tenże nie chce „umierać za futra”, co znaczy, że podstawowy filar narodowego sojuszu ołtarza z tronem udobrucha się za parę milionów na jakąś kolejną obronę narodowego honoru i zapomni o norkach. Nie twierdzę, że p. Kaczyński nie ma empatii wobec zwierząt, np. wobec własnego kota, ale nie sądzę, aby przekonania moralne grały istotną rolę w jego praktyce politycznej. A może również ocieplić wizerunek i nawet mu się udało, skoro kilku radykalnych krytyków chyli czoła przed humanitaryzmem Srebrnego Dewelopera.

Czytaj też: „Piątka dla zwierząt”. Nie cofajmy się ani o milimetr

Ubój rytualny w warunkach politycznych

Dla sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że niektóre poczynania PiS w przeszłości były motywowane troską o dobrostan zwierząt, a to pokazuje, że p. Moskal myli się, twierdząc, że tylko lewica wzywa do humanitaryzmu. Przykładem chociażby orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego dopuszczające ubój rytualny. Sędziowie z rekomendacji PiS byli w większości przeciw (nie tylko oni).

Przypomnę krótko, że Związek Wyznaniowych Gmin Żydowskich w Polsce zarzucił ustawie o ochronie zwierząt, wykluczającej zabijanie zwierząt bez uprzedniego pozbawiania ich świadomości, że jest niezgodna z konstytucyjną zasadą wolności religijnej. Wniosek (potraktowany także jako dotyczący polskich muzułmanów) postulował dopuszczenie uboju rytualnego na potrzeby religijne wyznawców judaizmu i islamu. TK orzekł ponad petitum wniosku (co jest niedopuszczalne) i zalegalizował ubój komercyjny, tj. na eksport. Było to zgodne z postulatami Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi (ministrem był wtedy p. Sawicki z PSL). W ten sposób racje ekonomiczne przeważyły nad argumentami moralnymi.

W latach 2016–17 pojawiły się projekty nowych uregulowań, m.in. zakazujące hodowli zwierząt futerkowych – autorami jednego byli parlamentarzyści Nowoczesnej, a drugiego p. Czabański z PiS. Zostały poniechane z uwagi na to, że w perspektywie była seria wyborów i PiS nie chciał zrażać elektoratu wiejskiego. Zdecydował się na powrót teraz, a więc bez ryzyka politycznego. Potwierdził to p. Fogiel, aktualnie usta PiS, przyznając, że „wtedy” nie było warunków politycznych.

Czytaj też: Przedwojenne spory o ubój rytualny

Empatia dla zwierząt? Nie opłaca się

Pamiętam dyskusję w TVP Kraków (chyba w 2017 r.) na temat hodowli norek z udziałem hodowców i obrońców zwierząt. Ci pierwsi podkreślali kwestie ekonomiczne (miejsca pracy, wpływy do budżetu) i zaprzeczali, że zwierzęta są trzymane w złych warunkach. Wystąpił też młody poseł PiS i wykazał, że racje gospodarcze są wątpliwe. Argumentował przede wszystkim z moralnego punktu widzenia, ale to kompletnie nie przemawiało do hodowców. Co ciekawe, tych ostatnich zdecydowanie popierali obecni w ich „obozie” naukowcy, specjaliści od zootechniki i weterynarii, a więc ci, którzy winni wiedzieć więcej niż inni o problemie ochrony.

Miałem okazję doświadczyć tego wcześniej, we Wrocławiu, w trakcie konferencji poświęconej ubojowi rytualnemu. Najbardziej radykalnym zwolennikiem zabijania zwierząt „bez znieczulenia”, by tak rzec, był ówczesny Główny Inspektor Weterynaryjny. W ogólności większość wypowiedzi przedstawicieli uniwersytetów przyrodniczych (zarówno na tej konferencji, jak i przy innych okazjach, np. w Polskiej Akademii Nauk) nie wykazuje nadmiernej empatii wobec zwierząt i ciągle powołuje się na biblijną zasadę poddaństwa zwierząt wobec człowieka, racje ekonomiczne i ogólne zasady walki gatunków o byt, czasem argumentując, że ubój rytualny to nic takiego z punktu widzenia fizjologii bólu.

Czytaj też: Ubój rytualny? PiS dolewa oliwy do ognia

Jedna z „Biesiad Filozoficznych” (bodaj w 2018 r.), organizowanych w Krakowie przez J. Majcherka, była poświęcona statusowi zwierząt. Specjaliści poinformowali, że do Polski przeniesiono fermy hodowli tzw. futrzaków, a stało się to z powodu zakazu jej prowadzenia w wielu krajach Europy Zachodniej. Dalej: polskie normy trzymania zwierząt hodowlanych w klatkach są znacznie liberalniejsze niż za granicą, stąd koszty produkcji są u nas mniejsze niż w wielu innych miejscach. Wszystko to przyspieszyło rozwój przemysłu hodowlanego w Polsce z naruszeniem wymagań dobrostanu np. norek. Okropności te były dobrze znane, także z dokumentów filmowych, chociaż na ogół kręconych bez zgody właścicieli (jasne, że nie mają się czym chwalić), łatwo dostępnych w internecie.

Niech p. Kaczyński nie bajdurzy, że został dopiero oświecony przez film „Krwawy biznes futerkowców”. Gdyby rzeczywiście interesował się losem zwierząt, a nie przypominał sobie o nim w odpowiednim sezonie politycznym, sam wcześniej wystąpiłby ze stosowną inicjatywą ustawodawczą lub ją poparł. Przeważyły racje polityczne nad moralnymi.

Czytaj też: Jak futrzarze ograli prezesa PiS

W obronie zwierząt i rolników

Rządowy projekt ustawy „futerkowej” pojawił się nagle i był błyskawicznie procedowany, co jest dodatkowym argumentem, że motywacja inicjatorów, tj. PiS, była polityczna. Pierwsze czytanie i debata miały miejsce 16 września – sprawozdawcą był p. Suski, posługiwał się kwiecistą mową etyczną, zupełnie do niego niepasującą. W nocy z 16/17 odbyło się 11-godzinne posiedzenie komisji rolnictwa i rozwoju wsi, na którym na wniosek dorbrozmieńców wykreślono np. sprawę koni padających na drodze do Morskiego Oka (górale przecież dbają o zwierzęta) i ograniczenie uboju rytualnego.

Pan Suski zorientował się, że bez tego drugiego cała ustawa nie ma sensu, i stwierdził, że intencja komisji była jednak inna. Debata była kontynuowana 17 września. Widok był żałosny. Puste (niekiedy dosłownie) ławy rządowe (Handlarz Pokościelnym Mieniem Bezspadkowym chyba w ogóle się nie pojawił, chociaż projekt powstał pod jego auspicjami). Ławy poselskie również nie były przepełnione – p. Kaczyński nie zaszczycił swoją obecnością, chociażby po to, aby uzewnętrznić swoją empatię wobec zwierząt.

Sala zapełniła się tuż przed głosowaniem (projekt był rozstrzygany na końcu). Głosowano 40 poprawek, w większości zapewne nie do końca znanych posłom, bo p. Witek jak karabin szybkostrzelny przedstawiała kolejne punkty bez wskazania ich treści. Posłowie rozmawiali, spacerowali po sali, oglądali ekrany telefonów i tabletów (p. Kaczyński korzystał z usług p. Błaszczaka i p. Schreibera). Większe kluby wyznaczyły swoich „zapiewajłów” podnoszących rękę w momencie wezwania do głosowania, aby pouczyć koleżanki i kolegów, czy mają być za, przeciw, czy wstrzymać się od głosu.

Kluby PiS, KO i Lewicy zadeklarowały poparcie dla projektu, jego losy były przesądzone – za opowiedziało się 356 posłów, przeciw 75, wstrzymało się 18. Wśród przeciwników i wstrzymujących znaleźli się prawie wszyscy posłowie Solidarnej Polski, Porozumienia, Koalicji Polskiej, kilka osób z PiS i KO. Z całego klubu PiS – 38 było przeciw i 15 się wstrzymało (14 z PiS sensu stricte). Ten niespodziewany wynik bywa interpretowany jako znak kryzysu w Zjednoczonej Prawicy – p. Duda być może czeka na jego rozwiązanie, oczywiście w interesie rolników i zwierząt.

Hartman: Lepiej zwalczyć część zła niż żadnego. O mięsie i futrach

Prawica jest za, a nawet przeciw

W debacie przed głosowaniem brali udział przede wszystkim posłowie PSL i Konfederacji (przeciw) oraz KO i Lewicy (za), a także kilku mniej znanych parlamentarzystów od p. Kaczyńskiego (za, a nawet przeciw). Ci ostatni powoływali się na swoje wiejskie pochodzenie i zapewniali o rodzinnej miłości do zwierząt, co od razu nasuwało skojarzenie ze znaną piosenką Grześkowiaka: „Chłop żywemu nie przepuści”.

Dyskusja w zasadzie była podobna do tych wspomnianych wcześniej, tj. w TVP Kraków i w trakcie „Biesiady Filozoficznej”. Z jednej strony argumenty ekonomiczne (p. Sawicki znowu przejawiał dużą aktywność na tym polu) i polityczne (zdradzacie polską wieś i rolników), a z drugiej – racje etyczne plus pewne uwagi szczegółowe.

Elementem satyrycznym były wystąpienia konfederatów. Pan Braun odwołał się do Incitatusa jako przykładu hominizacji zwierząt. Pan Korwin-Mikke oświadczył, że obrona zwierząt jest konsekwencją przyznania kobietom praw wyborczych, ale zapewnił, że popiera prawo niewiast do noszenia futer. Pan Bosak ciągle odwoływał się do swojej wizyty na fermie norek, gdzie wszystko było OK. Znaczy, że czołowy narodowiec uwierzył w coś w rodzaju wsi Potiomkina, mających pokazać carycy Katarzynie (znajomej posła Suskiego) uroki wsi rosyjskiej. Ktoś z tego grona, nie pomnę, kto, uznał, że ochrona zwierząt jest animalizacją człowieka.

Wracając do Incitatusa i ważąc wypowiedzi konfederatów, zwłaszcza p. Brauna i p. Korwin-Mikkego (ten drugi oficjalnie ogłosił koniec pandemii i z tego powodu zgolił brodę): wygląda na to, że ich wyborcy wprowadzili nie konie, ale (p)osłów do Sejmu.

Czytaj też: Walczmy wspólnie o cyrk bez zwierząt!

Tylko koni, tylko koni żal

Rzeczywiste cele Zwykłego Posła w związku z przedmiotową ustawą nie są do końca jasne. Być może testował wierność w swym kurniku (już zawiesił 14 osób w członkostwie partii za sprzeciw wobec projektu) i sprawdzał lojalność koalicjantów. Nie wyszło najlepiej. Zapewne chciał też skłócić opozycję. Mógł być pewien PSL, ale z resztą zbytnio się nie udało, chociaż pojawiają się głosy, np. w KO, że może trzeba było zaczekać i dopracować projekt. Pewnie, że trzeba, ale to sprawa szczegółów, a nie powód do krytyki wzmocnienia ochrony zwierząt.

Ponadto niektóre wypowiedzi z opozycji były niemądre, np. p. Kretkowska z Lewicy, popierając ustawę „futerkową”, przypomniała, że przecież zakaz uboju rytualnego został wprowadzony przed wojną z inicjatywy środowisk narodowych, m.in. ks. Trzeciaka. Była to jednak zdecydowana akcja antysemicka, także motywowana ekonomicznie. Pan p. Bartoszewski (PSL) zareagował gwałtownie i słusznie zarzucił p. Kretkowskiej nawiązywanie do niechlubnych tradycji. Tego rodzaju incydenty nie są potrzebne w środowisku opozycyjnym. Zważywszy na przewidywaną negatywną reakcję wsi, zakaz komercyjnego uboju rytualnego i hodowli „futrzaków” jest zaskakujący, ale wydaje się, że to także próba przekonania UE, że Polska respektuje standardy europejskie, a jest to istotne z uwagi na oczekiwaną pomoc Brukseli – jeśli mam rację, to wiele wskazuje, że dobrozmieńcy jednak się przeliczyli (uchwała Parlamentu Europejskiego o praworządności).

A może jesteśmy w przededniu powtórki wydarzeń z 2007 r., gdy „geniusz” p. Kaczyńskiego doprowadził do wcześniejszych wyborów i zmiany władzy? Oby tak było, ponieważ (z pewną przesadą) wszystko jest lepsze niż PiS. A na razie „tylko koni, tylko koni żal”, chociaż nie tylko ich. Tak czy inaczej, nawet jeśli część dobrozmieńców kieruje się racjami moralnymi, to interes polityczny jest pierwszoplanowy. U nich głos sumienia często przechodzi mutację (parafraza z Leca).

PS Na demonstracji przeciw ustawie „futerkowej” jeden z jej uczestników doniósł, że jakieś LGBT, czyli terroryści, robią stronnicze filmy o hodowli norek. Oto konsekwencje gadek p. Kaczyńskiego, p. Dudy i innych dobrozmieńców (plus konfederatów) o ideologii, a nie o ludziach. Tylko czekać na to, że zamiast o zwierzętach będzie mowa o ideologii ich obrony.

Czytaj też: Ardanowski powołuje pełnomocnika... ds. ochrony zwierząt

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną