Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Efekt zdalnej szkoły: kuratoria zaczęły gnębić nauczycieli

Spotkanie wielkopolskiej kurator oświaty z dyrektorami poznańskich liceów Spotkanie wielkopolskiej kurator oświaty z dyrektorami poznańskich liceów Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta
Władza oświatowa w Polsce odczuwa chorobliwą przyjemność kontrolowania pracy nauczycieli. Delektuje się świadomością, że za wszystko można ich ukarać.

Dzisiaj lepiej do szkoły nie przychodzić. Lepiej nie pokazywać się pani dyrektor. Jest bowiem wściekła, że musi znowu poddać placówkę kontroli. Która to już w tym półroczu? Pani Jolu, który raz nas kontrolują, odkąd przeszliśmy na zdalne nauczanie? Dziesiąty? „Nie, pani dyrektor, dopiero szósty”. Widzisz, Darek, dopiero szósty. Czego chcesz?

Zeskanować i do kuratorium

Przyszedłem złożyć wniosek o 500 plus dla nauczycieli. Kupiłem sprzęt do nauczania zdalnego, ale nie mam rachunku imiennego. No i nie wiem, czy dobry sprzęt kupiłem. To jest odtwarzacz plików multimedialnych z funkcją nagrywania, czyli dyktafon, jednak na paragonie jest tylko nazwa fabryczna. „Dzisiaj tego nie wyjaśnisz, jesteśmy zajęci. Przeczytaj w internecie”. No nic, niepotrzebnie przyszedłem. Przeszkadzam.

Chociaż może nie przeszkadzam. Jest komu się wyżalić. Stoję więc w sekretariacie i słucham. Pani Jola stoi odwrócona do mnie plecami i coś kseruje. „Co pani robi, pani Jolu? Po co pani to kseruje, przecież nauczycieli nie ma w szkole?”. Pani Jola dziwnie, spokojnym głosem, zbyt spokojnym jak na sekretarkę, powiedziała: „Nie kseruję. Robię skany. Muszę wszystko zeskanować i przesłać do kuratorium. Już się nawet nie denerwuję. Dyktafon może być. Niech pan opisze we wniosku, że to dyktafon, i dołączy paragon”.

Z gabinetu wyszła pani dyrektor. Słucham, że dawniejsze kontrole to było nic w porównaniu z tym, co dzieje się teraz. Dawniej przychodził kontroler z konkretnym problemem i szukał. Kazał sobie podać jeden segregator i czytał. Potem drugi segregator i czytał. Czytał tak, aż się zmęczył. W ciągu dnia przejrzał najwyżej pięć segregatorów, bo na więcej nie miał siły. A teraz nic go nie obchodzi. Każe sobie przysłać wszystkie dokumenty w danym temacie. Więc pani Jola nic innego nie robi, tylko skanuje wszystkie segregatory. Ile pani dzisiaj zeskanowała? „Pięć, ale muszę jeszcze cztery”. No widzisz, Darek, może chcesz pomóc? „Nie mamy drugiego skanera”. Pani Jola powiedziała to tak spokojnie, że aż się wystraszyłem. Taki spokój źle wróży.

Zeszłoroczne kontrole to bułka z masłem

Zadzwonił telefon. Okazało się, że to on. „On” z kuratorium. Pyta, dlaczego nie otrzymał jeszcze wszystkich dokumentów. Każe połączyć się z panią dyrektor. Przecież kuratorium jest dwie przecznice stąd. Jak mu tak zależy, niech sobie przyjdzie po te dokumenty. Ale nie, siedzi se wygodnie w biurze i każe skanować. A potem trzeba te skany przesyłać w zaszyfrowanym pliku, tworzyć hasła, wysyłać w oddzielnym mailu, pilnować, żeby wszystko się zgadzało. I jeszcze mu się nie podoba hasło „1,2,3,4”, tylko trzeba wymyślać, np. „JpNz1981”. Wie pan, skąd takie hasło? Nie wie pan? No to ma pan zagadkę do rozwiązania w domu. Jak to się stało – myślę – że nie jestem z naszą sekretarką na „ty”? Chyba bałem się jej zaproponować. Teraz jest spokojna, mógłbym zaproponować, tylko że boję się jeszcze bardziej. To nie jest normalny spokój.

Wyszła z gabinetu pani dyrektor. Cała czerwona. I zdenerwowana. To dobrze. Sekretarka narzeka, ale się nie denerwuje. To źle. Pani dyrektor za to jest wściekła podwójnie. To bardzo dobrze. Ludzki odruch wściekać się, gdy jest kontrola. Też się strasznie denerwowałem, gdy w zeszłym roku mnie sprawdzano. Jakiś rodzic złożył donos, więc przyszedł inspektor, aby przejrzeć dokumentację szkoły „pod kątem – jak to powiedział – pana Dariusza Chętkowskiego”. Ze mną jednak nie rozmawiał. Specjalnie tak przychodził, żeby się ze mną nie zobaczyć. A kiedy chciałem się z nim spotkać, to odmówił.

Kontrola nie polega na poprawieniu czyjejś pracy, na udzieleniu mu pomocy, aby był lepszym nauczycielem, nie po to przychodzi inspektor. On szuka pretekstu, jak nauczycielowi dokopać. Dlatego nie chce spotkać się z kontrolowanym nauczycielem, bo mógłby zobaczyć w nim człowieka. A jak go nie widzi, to pracuje, jakby sprawdzał rzecz. Po tej kontroli czułem się jak rzecz. A dokładnie jak gówniana rzecz, która nie zasługuje nawet na to, żeby na nią spojrzeć. Inspektorowi w zupełności wystarczały dokumenty. I to na ich podstawie napisał protokół. Dlatego się denerwowałem.

Pani dyrektor mówi, a właściwie krzyczy, choć pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy, iż zeszłoroczne kontrole to była bułka z masłem. Inspektor nie widział ciebie, ale przecież widział się ze mną. Więc miał trochę przyzwoitości. Teraz nikomu nie patrzy w twarz, ogląda jedynie dokumenty i nie ma poczucia, że jego praca ma wpływ na ludzi. Zapytaj pani Joli, czym się ona zajmuje od dwóch miesięcy. Stoi jak głupia przy tej maszynie i skanuje. A im jest wciąż mało. Jeden skończy kontrolę, to zaraz dzwoni następny i każe przysłać kolejne segregatory. Ile? Wszystkie z danego tematu, 10–20, może nawet 50, bo przecież to go nic nie kosztuje. Muszę kupić drugi skaner albo jeszcze lepiej dwa. Albo nic nie kupię. Idę przecież na emeryturę. Niech się ktoś inny męczy.

Szkoły z pętlą na szyi

Szósta kontrola ujawniła wiele nieprawidłowości. Tak wiele, że dyrekcja sama nie dałaby rady wykonać wszystkich zaleceń w wymaganym terminie, dlatego musiała robotę przydzielić nauczycielom. Mnie dostało się wprowadzenie do szkolnego statutu paragrafu, w którym byłoby czarno na białym napisane, z jakimi sprawami rodzic ma uderzać do kuratorium, a z jakimi do magistratu. Obecnie rodzic nie wie, gdzie skarżyć, dlatego udaje się albo i tu, i tu, albo nie tam, gdzie trzeba. W statucie ma więc znaleźć się zapis, który precyzyjnie by wskazywał, dokąd kierować uwagi, skargi, donosy. Innymi słowy, nakazano nam założyć sobie pętlę na szyję. Niech rodzic wie, jak szkołę swojego dziecka fachowo udupić.

Zadzwonił kuzyn, aby się pochwalić, że wykonał telefon do kuratorium. Nie mógł już dłużej wytrzymać z nauczycielką syna, która najpierw była trzy tygodnie na zwolnieniu, a jak wróciła, to nie potrafi lekcji online prowadzić. Może lepiej, żeby poszła na zawsze na zwolnienie. I tak zbyt długo czekał, powinien od razu zgłosić sprawę w kuratorium. Wiem – mówi – że powinienem najpierw porozmawiać z nauczycielką. Ale z nią się nie da rozmawiać. Zresztą co jej powiem? Że się nie nadaje? Powiesz – kontynuował kuzyn – że powinienem zgłosić sprawę dyrektorowi. Tylko że dyrektor nic nie może. Nie ma żadnej władzy nad nauczycielami. Tylko kuratorium coś może, dlatego zadzwoniłem.

No to – odpowiadam kuzynowi – pani Jola w sekretariacie będzie musiała zeskanować dziesięć segregatorów i przesłać w zaszyfrowanych plikach do kuratorium. Na pewno jest ci bardzo wdzięczna. „Tam nie pracuje żadna Jola, ich sekretarka ma na imię Ilona”. No to lepiej nie pokazuj się – ostrzegam kuzyna – pani Ilonie na oczy. Na pewno będzie chciała nakopać ci do tyłka. Musiałeś na starą nauczycielkę skarżyć do kuratorium? Nie mogłeś inaczej tego załatwić? Po ludzku, ze zrozumieniem czy jakoś tak? Przed świętami jej to zrobiłeś. A poza tym z tą sprawą, jeśli się nie mylę, idzie się do organu prowadzącego, nie do kuratorium. Do magistratu trzeba było skarżyć.

Jaki wizytator? Raczej dręczyciel

Z uwagami pokontrolnymi się zgadzam, co mam się nie zgadzać. Wiele rzeczy jest w szkole do poprawienia. Jednak nie zgadzam się z pieczątką kontrolera. Pod wielostronicowym opisem nieprawidłowości, jakie wytropił w naszej szkole, znajduje się stempel: „Wizytator Jan Nowak”. Jaki z niego wizytator? Wizytator to ktoś, kto złożył wizytę. Tymczasem jego noga u nas nie postała. Nie pofatygował się, choć ma bardzo blisko. Zadzwonił i kazał skanować wszystko, co się da. Dlatego nie ma prawa nazywać się wizytatorem. Dla niego odpowiednią nazwą jest dręczyciel. Nieprawidłowości wytropił Jan Nowak – dręczyciel z kuratorium.

Wszystko w szkole stanęło, nic nie jest ważne, gdy trwają kontrole. Rozumiem, że trzeba mieć pieczę nad szkołami i czuwać nad tym, jak funkcjonują. Jednak to nie może odbywać się na zawołanie każdego rodzica, który składa skargę. I nie na hurra – jedna kontrola po drugiej. To jest dręczenie szkół, dobijanie pracowników w okresie, kiedy potrzebują wsparcia ze strony instytucji państwowych. Tymczasem wsparcia nie ma, jest ciągłe kontrolowanie. Szukanie okazji, żeby dokopać. Pani Jola wygląda jak żywy trup. Panią dyrektor przy życiu trzyma tylko nadzieja rychłej emerytury. Wytrzyma.

Władza oświatowa w Polsce odczuwa chorobliwą przyjemność kontrolowania pracy nauczycieli. Wręcz maniakalną potrzebę podglądania ich pracy, dotykania tego, co zrobili, i delektowania się świadomością, że za wszystko można nauczycieli ukarać. Jakże chorym na władzę trzeba być, żeby w czasach, kiedy szkoły zmagają się licznymi problemami, bo nie są przygotowane do pracy w warunkach pandemii, rzucać się na nauczycieli z tak licznymi i absurdalnymi kontrolami. To jest psychopatyczna rozkosz sprawowania władzy, obmacywania, wtrącania się, upominania. A przede wszystkim dręczenia samym faktem, że można kontrolować.

Kuratorium stało się instytucją patologiczną, gdzie właśnie tacy chorzy wizytatorzy, a raczej dręczyciele, pracują. Podziwiam panią Jolę, że cierpliwie spełnia rozkazy tych dręczycieli. Chociaż jej nadzwyczajny spokój jest podejrzany. Pani Jolu, wesołych świąt! Proszę wziąć urlop i wyluzować. Władza dręczycieli się kiedyś skończy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną