Społeczeństwo

Moralne wyłudzenie. Tak rząd dotuje Ojca Dyrektora

Tadeusz Rydzyk podczas uroczystego odsłonięcia pomnika smoleńskiego Tadeusz Rydzyk podczas uroczystego odsłonięcia pomnika smoleńskiego Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Gdybyż te miliony złotych z budżetu państwa składano chociaż u stóp papieża! Nie, ich adresatem jest nic nieznaczący, za to bijący po oczach trywialnością i butą „Ojciec Dyrektor”.

Półtora roku temu sumę dotacji państwowych otrzymywanych od czasu dojścia PiS do władzy przez podmioty znajdujące się pod kontrolą ks. Tadeusza Rydzyka portal OKO.press szacował na 214 mln zł. Ministerstwa i agencje rządowe przelewają ogromne sumy na każde żądanie: a to na „geotermię”, a to znów na uczelnię. To wszystko lipa, w sensie moralnym – zwykłe wyłudzenie.

Kaplica, muzeum i geotermia

Na geotermii społeczeństwo Torunia nie ma szans skorzystać w stopniu przewyższającym rządowe nakłady, a uczelnia nie uczy, lecz indoktrynuje i „formuje”, nie mówiąc już o tym, żeby miała jakiekolwiek znaczenie naukowe. Jednak zupełnie osobny status ma działalność służąca zakłamywaniu obrazu stosunków polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej. Dotowana przez rząd Kaplica Pamięci jest pomnikiem chwały Kościoła i narodu mającym utrwalać kłamstwo, jakoby co do zasady Polacy i Kościół pomagali Żydom, a jedynie nieliczni wydawali ich Niemcom i mordowali.

Ten sam cel ma mieć również, przynajmniej w jakiejś części, dotowane niebywałymi kwotami (117 mln do 2019 r.) Muzeum „Pamięć i Tożsamość” im. św. Jana Pawła II, będące ostentacyjną hagiografią Karola Wojtyły. Dziś dowiadujemy się, że ks. Rydzyk otrzymał na jedną z wystaw kolejną gigantyczną dotację – 60 mln zł. Pieniądze pochodzą z budżetu ministerstwa kultury. Trudno znaleźć słowa, które mogłyby wyrazić bezsilność i gorycz, jaką wywołuje w sercu uczciwego człowieka ten dowód tępego trwania przez polski rząd w bezkrytycznym kulcie jednostki, i to mimo mnożących się wiadomości o strasznych rzeczach, jakie działy się na świecie w Kościele katolickim za czasów Jana Pawła II.

Dla każdej osoby zorientowanej w sprawach polsko-żydowskich jeszcze boleśniejszy jest upór w szerzeniu kłamliwych wyobrażeń o tych relacjach i cynizm władzy, która ręka w rękę z Kościołem na grobach ofiar buduje pomnik chwały prawicowej i katolickiej Polski. Od lat ks. Tadeusz Rydzyk na oczach bezsilnych środowisk żydowskich prowadzi tę cyniczną grę. I choć niby wszyscy wiedzą, że Radio Maryja i sam Rydzyk przez całe lata szerzyli antysemityzm, to ostatecznie nikt nie protestuje. Nie ma komu. Bo zakłamanie jest głębokie i powszechne – tylko niewielu wie, że najbardziej na świecie Sprawiedliwi ratujący Żydów bali się narodowo-katolicko uformowanych (przez Kościół i endecję) sąsiadów, jakże skorych do donoszenia tzw. grantowej policji i samym Niemcom, gdzie ukrywani są Żydzi. Są takie przestrzenie załgania, w których prawda staje się niemożliwością. W Polsce przestrzenie te z całą premedytacją tworzą i poszerzają Kościół, prawicowe rządy i media, a szczególnie sam ks. Rydzyk.

Przypowieść o zepsuciu i bezkarności

Dzieje pasożytowania ks. Tadeusza Rydzyka na państwie polskim oraz jego zdumiewającej bezkarności to smutna, aczkolwiek nader pouczająca przypowieść o zepsuciu polskiego państwa, które nie może wyzwolić się z poddaństwa wobec potęgi Kościoła katolickiego i lęku przed prawdziwym bądź jedynie wyobrażonym „zabobonnym ludem”. Historia Rydzyka była już opowiadana kilkakroć, a za jakiś czas Tomasz Piątek wyda zapewne najszerzej udokumentowaną jego biografię. Pewnie sprzeda się w ogromnym nakładzie i… pozostanie bez konsekwencji. Tak jak bez konsekwencji pozostała słynna zbiórka publiczna Radia Maryja na ratowanie Stoczni Gdańskiej, w której uzbierano dziesiątki milionów, a stoczni nie przekazano ani grosza.

Bezkarność Rydzyka jest zupełna, a strach partyjnych dygnitarzy, prokuratorów i całego państwa – bezmierny. Widząc te kawalkady samochodów rządowych ciągnących do Torunia, żałosne korzenie się premierów i ministrów przed tym człowiekiem, te wszystkie hołdy i dewocyjne błazeństwa, które w imieniu państwa przed tronem Rydzyka się wyprawia, można odnieść wrażenie, iż władza trzęsie się ze strachu przed swoim kapryśnym protektorem. Chyba jednak chodzi o coś więcej – oni go podziwiają. Sami chcieliby mieć taką moc manipulowania ludźmi i podporządkowywania ich swej woli, lecz brak kapłańskich atrybutów i rekwizytów definitywnie im to uniemożliwia.

Groteskowe w swej dosłowności postacie kościelnych szarych eminencji, takie jak ks. Henryk Jankowski i ks. Tadeusz Rydzyk, przypominają, że żyjemy w społeczeństwie jedynie naskórkowo dotkniętym nowoczesnością. Postacie „nieformalnych przywódców” – kapłanów bez rangi, dyktatorów w stopniu kaprala, książąt bez ziemi – zapełniają karty historii Wschodu i Południa. Średniowieczna Europa też ich miała. Dość wspomnieć o „księdzu Janie” – mitycznym władcy wielkiego królestwa gdzieś na granicy ziemi i nieba, o którym wielkie dziwy opowiadali i mędrcy, i prostaczkowie.

Jakie pieniądze, taka audiencja

Gdy papieżem był Jan Paweł II, wiernopoddańczość narodu i władzy miała jeszcze jakiś sens. Wojtyła ucieleśniał wszak marzenie o potędze i chwale, będąc personifikacją dumy pogrążonego w traumach i kompleksach społeczeństwa. Jakże nisko musieliśmy upaść, skoro miejsce arcykapłana, niemal namiestnika Bożego na ziemi zajął w wyobraźni ludu i elit władzy drobny wydrwigrosz, pozbawiony wszelkiej kultury i wdzięku, nie mówiąc już o jakichś zaletach intelektu.

Wystarczy, aby rozpierała go pycha. Wystarczy, aby do wszystkich odnosił się z protekcjonalną wyższością. Wystarczy, aby pieniędzy domagał się bezczelnie, aż nadludzko. Pańskość i prostacza pyszność tej osobistości sprawia, że nadała się doskonale do roli boskiego pomazańca, któremu hołdy i dary musi składać każdy, komu życie miłe. Nie chodzi wcale o te głosy wyborcze, które ma pod kontrolą, lecz o samą archaiczną figurę kapryśnego bożka, którego obłaskawienie jest dla elity plemienia warunkiem przetrwania i zachowania władzy. Ta władza, władza Kaczyńskiego, Morawieckiego i Ziobry, będzie płaszczyć się przed toruńskim nababem, bo ma służalczość we krwi. Władza o mentalności rządcy lub kaprala musi mieć przed kim się korzyć, aby nabrać poczucia, że ma protektora pozwalającego mu robić z ludźmi, co się jej podoba. Taka jest psychologia despotii.

Nie wiem, co jest bardziej spektakularne i przerażające w zjawisku „Tadeusz Rydzyk”: zadziwiający anachronizm ukazujący żywotność ducha średniowiecza w polskim społeczeństwie czy zdumiewające zepsucie, którym ten bezkarny a trywialny w swym rozbisurmanieniu wydrwigrosz konkuruje z bezczelnymi uzurpatorami władzy i politycznymi gangsterami, okradającymi społeczeństwo, by z publicznych środków płacić niekończące się haracze lokalnemu bonzo Kościoła. Gdybyż te pieniądze składano chociaż u stóp papieża! Nie, ich adresatem jest nic nieznaczący, za to bijący po oczach trywialnością i butą „Ojciec Dyrektor”. Jakie pieniądze, taka audiencja, chciałoby się rzec.

Czytaj też: Szybkie kariery absolwentów uczelni o. Rydzyka

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Polonia jest taka jak my. Ewa Winnicka opowiada o polskim Greenpoincie

Mnie ten temat dlatego tak bardzo pociąga, że zmusza do zastanowienia, co to znaczy być w ogóle Polakiem – mówi Ewa Winnicka, autorka książki „Greenpoint. Kroniki Małej Polski”.

Janusz Wróblewski
16.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną