Społeczeństwo

Weekend w Szczyrku. Ścisk na parkingach i pod wyciągami

Pierwszy weekend w Szczyrku po otwarciu stoków Pierwszy weekend w Szczyrku po otwarciu stoków Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Dzięki poluzowaniu pandemicznych rygorów wielki narodowy głód narciarsko-snowboardowy został zaspokojony. Konsumowano łapczywie i jakby na zapas – w razie gdyby śruba obostrzeń została na powrót przykręcona.

To była szkoła cierpliwości. Zatkane drogi dojazdowe do ośrodków narciarskich, tłok w kolejkach do kas i wyciągów, żółwie tempo w ciągnących się kilometrami korkach w porze powrotów do domu niedzielnym popołudniem.

Czytaj też: Zakazane Zakopane

Pełne parkingi już od rana

W Szczyrku pod największą tamtejszą stacją narciarską tłum kłębił się grubo przed godziną startu, czyli 8:30. Parking pod gondolą (na kilkaset samochodów) był zapchany już mniej więcej od 7. Drugi, podobnych rozmiarów, ale położony nieco dalej, zapełniał się błyskawicznie. Kto nie zdążył przed 9, musiał szukać pomocy u rozstawionych wzdłuż drogi parkingowych, kierujących do którejś z nieodległych prostopadłych uliczek.

O pandemii można by było na chwilę zapomnieć, gdyby nie rytualne napomnienia płynące z głośników: uprasza się o trzymanie dwumetrowej odległości, o zasłanianie ust i nosa, o przestrzeganie reguły wsiadania do gondoli wyłącznie, jeśli należy się do tego samego gospodarstwa domowego, wspólnie wynajmuje nocleg, ewentualnie przyjechało się razem na zjazdowy wywczas. W praktyce zachowywanie odległości było fikcją – jak zwykle pod bramkami jedni drugim następowali na zjazdowy sprzęt. Zasłanianie twarzy – jak cię mogę. W egzekwowanie przepisu o selekcji do wagoników gondoli oraz wyciągów kanapowych wierzyli chyba wyłącznie jego twórcy.

Czytaj też: Emilewicz w górach. Wasze narty są lepsze niż nasze?

I tyle będzie z szusowania?

Obecność sił porządkowo-kontrolnych dyskretna. Przy drodze z włączonym kogutem stał radiowóz, a obecni w nim policjanci znajdowali się w trybie „na wszelki wypadek”: gdyby komuś ze stojących w korku puściły nerwy, gdyby porzucił auto w miejscu do porzucenia nieprzeznaczonym, gdyby miał do panów władzy jakieś zapytanie. Sanepid był z kontrolą w znajdujących się na terenie ośrodka obiektach restauracyjnych w piątek, w pierwszy dzień otwarcia. – Pokręcili się chwilę, zajrzeli do środka, porozmawiali z szefową i odjechali – mówi mężczyzna okopcony od dymu z grilla w jednej z knajp na stoku. Wewnątrz ścisk: na zamówienie trzeba czekać dobre pół godziny, wszystkie stoliki zajęte, twarze gremialnie odsłonięte w związku z wejściem w fazę bezpośredniej gotowości konsumpcyjnej.

Wirus nie jest tematem rozmów, zakwalifikowany już jako nudny oraz nieprzystający do rekreacyjnych okoliczności, zakłócający relaks i radość szusowania. Na termometrach wyraźny minus, trasy zmrożone, twarde, równe, nie falują muldami. Frajda z jazdy jest tu i teraz. Trudno przewidzieć, jak długo łaskawe otwarcie może jeszcze potrwać. Wieści z Zakopanego, gdzie na Krupówkach podpici turyści demonstrowali pandemiczną lekkomyślność, rodzą obawy, że władza znów dojdzie do wniosku, iż naród się rozbestwił, więc należy go ukarać lockdownem. I tyle będzie z szusowania.

Czytaj też: Zima na minusie, bunt górali

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Kameralnie i lokalnie. Oto finaliści 10. edycji Nagrody Architektonicznej

Przedstawiamy pięciu finalistów jubileuszowej 10. edycji Nagrody Architektonicznej POLITYKI. W tym roku wyjątkowo dokładamy do puli dodatkową piątkę najciekawszych ubiegłorocznych realizacji, aby nasi czytelnicy mogli wybrać z niej swojego faworyta.

Piotr Sarzyński
13.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną