Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Społeczeństwo

Szkoła, czyli galopada testów i kwarantann. Ani to skuteczne, ani zdrowe

Sytuacja w związku z pandemią wciąż jest „nienormalna”. Sytuacja w związku z pandemią wciąż jest „nienormalna”. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta
Sytuacja w związku z pandemią wciąż jest „nienormalna”. Wiedza i umiejętności, kolokwialnie mówiąc, nie układają się uczniom w głowie tak jak wcześniej. Czas wreszcie coś z tym zrobić – mówi Zofia Grudzińska, nauczycielka i działaczka społeczna.

JOANNA CIEŚLA: Spotkałam się z pomysłem na antyrządowy protest w oświacie pod szyldem „Wolna szkoła”: nauczyciele gremialnie przestają realizować podstawę programową. Przy okazji powstaje z tego wytchnienie dla uczniów przygwożdżonych galopadą tematów i sprawdzianów między jedną kwarantanną a drugą.
ZOFIA GRUDZIŃSKA: Pomysł świetny, ale niewykonalny.

Uczniowie chcą się uczyć, ale mają trudności

Dlaczego?
Najpierw powiem, dlaczego świetny. Świetny dlatego, że i tak w trakcie edukacji online czy hybrydowej, mimo pozornego odhaczania kolejnych tematów, uczniowie, jak się okazuje w dłuższym okresie, przyswajają znacznie mniej treści niż teoretycznie powinni. Zwracają na to uwagę zwłaszcza nauczyciele przedmiotów ścisłych. W Społecznym Liceum Startowa w Warszawie, gdzie pracuję, wielu z nich rozpoczęło rok szkolny od „rozpoznawczych” sprawdzianów z treści realizowanych w poprzednim roku. I choć u nas nie ma założenia, żeby pędzić z materiałem, tylko dokłada się starań, by dać uczniom czas na jego zrozumienie i przyswojenie, na sprawdzianach z matematyki większość wyników była poniżej 40 proc. Wiedza i umiejętności, kolokwialnie mówiąc, nie ułożyły się w głowie. Mam teorię, że jest to spowodowane czynnikami psychologicznymi.

To znaczy?
Chodzi ogólnie o „nienormalność sytuacji”, która sprawia, że mózg słabiej skupia się na zadaniu do wykonania, bo musi sobie radzić z nietypowymi okolicznościami. Dalej: izolacja, lęk – mniejszy lub większy – plus zaburzenia życia rodzinnego. Wszystko to sprawia, że mózg nie pracuje harmonijnie ani tak wydajnie jak zwykle. Podkreślam, że ten spadek efektywności nauki zauważalny był nawet w dobrej szkole, gdzie uczniowie chcą się uczyć.

Dzisiaj wciąż sytuacja jest „nienormalna”. Według danych z 26 listopada już jedna czwarta szkół pracuje zdalnie lub hybrydowo, a w tych, które działają stacjonarnie, codziennością i tak są nieprzewidywalność i ciągłe zastępstwa za chorujących nauczycieli.
Dlatego właśnie od realizacji podstawy programowej należałoby odstąpić, choć niekoniecznie w formule protestu. Jako protest ten ruch byłby szczególnie trudno wykonalny, bo mobilizacja i koordynacja podobnych akcji w aktualnych warunkach stała się skomplikowana. Uważam natomiast, że powinniśmy odstąpić od „myślenia podstawą”. We wszystkich najważniejszych dokumentach misja szkoły nie jest opisana jako wtłaczanie uczniom do głów określonej listy zagadnień, tylko wspieranie ich w rozwoju. A w przedłużających się okolicznościach pandemii nie udzielamy wsparcia, galopując z tematami do przerobienia. Dlatego chcąc wykonywać obowiązek zapisany w kontraktach, nie powinniśmy uznawać podstawy programowej za priorytet.

Oceny cząstkowe? Niepotrzebne

Tylko jak pracować z uczniami?
Nie twierdzę, że mamy demonstracyjnie całą podstawę wyrzucić. Ona zawiera bardzo fajne treści ogólne, a też moją rolą jako nauczycielki nie są niezobowiązujące pogaduszki z uczniami przy kawie. Nauczyciel jest odpowiedzialny za to, żeby uczeń coś z tego kontaktu wyniósł. Podstawa, prawidłowo ujęta i traktowana, może być źródłem świetnych pomysłów, o czym z dziećmi rozmawiać, debatować, czym zajmować się na lekcjach, w jakim zakresie robić eksperymenty. Dobrze byłoby, gdyby nauczyciele przyjęli, że to podstawa programowa ma służyć nam, a nie my podstawie programowej. Prowadźmy więcej zajęć metodą dialogu, bo to jest forma, której uczniom bardzo potrzeba, zwłaszcza w sytuacji nieustającego kryzysu pandemii. No i zrezygnujmy z oceniania.

To jak klasyfikować?
W dawnych czasach, gdy nie było jeszcze egzaminów zewnętrznych, nauczyciele nie stawiali tak wielu ocen cząstkowych. Przyglądali się uczniom cały rok i na tej podstawie wystawiali stopnie na semestr.

Ale w takim wariancie nie ma podkładki dla rodziców – uzasadnienia, dlaczego Jaś dostał trójkę, a Wojtek piątkę na koniec roku.
Tak, tu wchodzimy w obszar innego szerszego problemu – braku dialogu między nauczycielami a rodzicami. Ale od strony technicznej rezygnacja z cyfrowych ocen naprawdę trudna nie jest. Wystarczy jedno spotkanie rady pedagogicznej, aby uzgodnić narzędzia, prostą metryczkę do informacji zwrotnej dla uczniów. W mojej szkole wygląda to tak: jest tabelka „Obowiązkowość”, „Postęp”, „Informacja o mocnych i słabych stronach pracy”, „Informacja, jak można poprawić pracę”. Wystarczy przygotować jedno–dwa zdania w każdej rubryce. Wystawienie oceny zwrotnej zajmuje nauczycielowi dwie minuty, a dla ucznia jest wielokrotnie bardziej użyteczne niż standardowe stopnie. Pandemia nakazuje nam humanizację wzajemnych relacji.

A co z egzaminami zewnętrznymi? Zrezygnować z nich z uwagi na warunki? Odpuścić przygotowania?
Zawsze uważałam, że egzaminy zewnętrzne, w szczególności ósmoklasisty, powinny zdawać te osoby, które chcą np. dzięki oczekiwanym wynikom dostać się do określonych szkół średnich. Obowiązkowość egzaminów obnaża obecną sytuację, w której egzamin nie jest dla ucznia, lecz dla systemu. A uczeń jest tego systemu rekwizytem. Inna sprawa, że gdyby nasi rządzący byli zainteresowani – a niestety nie są – można by w dwa tygodnie z pomocą ekspertów zredukować podstawę programową do treści ogólnych. A następnie przeredagować arkusze egzaminacyjne tak, by badały umiejętność myślenia w ramach określonej dyscypliny, a nie pamięć szczegółowych danych. Na fińskich egzaminach stawia się pytania typu: „Na przykładzie dowolnego regionu wykaż związek między bogactwami naturalnymi a zamożnością mieszkańców”. Jest koniec listopada. Gdyby nastąpił masywny i dobrze zorganizowany wysiłek resortu, do końca stycznia mogłyby się pojawić nowe, zrewidowane podstawy programowe, a do końca lutego nowe arkusze.

Szkoła. Wszystko zależy od wartości

Nie zdążyłyby przejść standaryzacji i innych procedur metodologicznych. No i pojawiłyby się zarzuty, że to zmiana reguł w trakcie gry.
Reguły w trakcie gry zmienił nam wirus, to już nastąpiło. Możemy udawać, że nic się nie stało, ale zakładnikami takiej sytuacji są dzieci i młodzież, w drugiej kolejności nauczyciele, a w trzeciej rodzice. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w pierwszym roku takie zmodyfikowane arkusze testowe nie byłyby w odpowiedniej mierze „przebadane”, poddane pilotażowi. Ale nie jest powiedziane, że nie byłyby wartościowe. No i obejmowałyby wszystkich tegorocznych egzaminowanych i nie stanowiłyby problemu dla absolwentów z poprzednich lat, bo nie sprawdzałyby konkretnej wiedzy, tylko myślenie problemowe, nie ujmowałyby bagażu szczegółowych treści. Dlatego stoję na stanowisku, że w obecnych okolicznościach należałoby zmienić testy, godząc się na mniej szczegółowy niż zwykle proces standaryzacji i pilotażu. Wszystko zależy od tego, jakie wartości uznajemy za priorytety.

Czy obecna sytuacja nauki w warunkach przedłużającego się kryzysu może trwale zmienić pokolenie dzisiejszych uczniów?
Myślę, że tak, choć jednocześnie mogą to być na tyle rozmaite i rozproszone zmiany, że nie będą łatwo uchwytne, istotne statystycznie. Tym trudniej przewidywać ich trwałość. By odpowiedzialnie rozstrzygnąć podobne kwestie, musi upłynąć co najmniej kilka lat. Myślę jednak, że warto, aby uczelnie nastawiły się na to, że przynajmniej przez rok–dwa będą do nich trafiać absolwenci, którymi trzeba szczególnie się zaopiekować. Dać możliwość nadrobienia zaległości psychologiczno-relacyjnych, wspólnej pracy, rozmowy. W warunkach szkół wyższych jest to organizacyjnie prostsze niż w podstawówkach, liceach czy technikach.

Część uczelni już w tym roku organizowała zajęcia wyrównawcze, ale akademickie, z obszaru tematu studiów.
To dobry ruch. Jednak nauczyciele akademiccy powinni zauważyć, że młodzi ludzie, którzy do nich przychodzą, mogą mieć braki także w zakresie rozwoju psychospołecznego. A dydaktycy na każdym szczeblu muszą pamiętać, że w edukacji nie można odłączyć sfery intelektualnej od emocjonalnej i społecznej. Jeśli chcemy, żeby dzieci i młodzież skutecznie nabywały wiedzę i umiejętności, musimy dołożyć wysiłku, żeby miały zapewnione warunki do wzrostu w pozostałych dwóch sferach.

Zofia Grudzińska – nauczycielka języka angielskiego, psycholożka, autorka licznych artykułów na temat edukacji. Współzałożycielka i koordynatorka Ruchu Społecznego Obywatele dla Edukacji oraz wiceprezeska Fundacji Przestrzeń dla Edukacji. Tegoroczna laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego przyznawanej przez Edukacyjną Fundację Czerneckiego.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Co z uznaniem ukraińskiej Cerkwi? Pytamy metropolitę Sawę. „Teraz trwa wojna”

Rozmowa z metropolitą Sawą, zwierzchnikiem Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, związanego z patriarchatem moskiewskim, o tym, dlaczego polscy prawosławni nie uznają niezależności Cerkwi w Ukrainie.

Katarzyna Kaczorowska
14.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną