Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

„Skoro mnie napadli w środku wsi, to co muszą robić z uchodźcami w lesie?”

Jakub Sypiański, tłumacz i aktywista Grupy Granica Jakub Sypiański, tłumacz i aktywista Grupy Granica Anna S. Kowalska / Polityka
W parze z „polskim mundurem” powinien iść także „polski honor”, żołnierz musi być godnym reprezentantem państwa i przestrzegać jego praw, a na pewno nie powinien atakować bezbronnych osób – mówi Jakub Sypiański, napadnięty przez WOT aktywista Grupy Granica.

MATEUSZ WITCZAK: W nocy z czwartku na piątek „terytorialsi” zatrzymali twój samochód w pobliżu Michałowa. W oświadczeniu Grupy Granica czytam, że zostałeś „napadnięty przez uzbrojonych WOT-owców”, ich rzecznik twierdzi jednak, że zachowywałeś się podejrzanie, a dostrzeżony uciekłeś w kierunku lasu.
JAKUB SYPIAŃSKI: Ani w Michałowie, ani pod Michałowem nie ma lasu.

Kolejny zarzut: ponoć próbowałeś przejechać funkcjonariuszy.
Stałem na skrzyżowaniu. Po prawej miałem nieoznakowany samochód, w którym świeciła się mała niebieska latarka. Nie wiedziałem, dlaczego nie korzysta z pierwszeństwa przejazdu, uznałem, że pewnie przegapiłem znak, a kierowca chce mnie przepuścić. Po pół minuty ruszyłem – normalnym tempem, bez pisku opon. Gdy samochód zaczął jechać obok, zrozumiałem, że mam się zatrzymać. Nagle wysiadło z niego kilku ludzi, którzy dali mi znak, żeby otworzyć okno. Gdy tylko je uchyliłem, zaczęli siłą mnie wyciągać. Mocno mną szarpali, ale uratowały mnie pasy bezpieczeństwa.

Wtedy – znów: zdaniem rzecznika WOT – zacząłeś kopać funkcjonariuszy.
Absolutnie nie przyszłoby mi do głowy, by kopać ludzi uzbrojonych w karabiny! Byłem sparaliżowany strachem. „Terytorialsi” wydawali się nabuzowani: rzucali „k***ami”, kazali mi „wy*****alać” z auta, krzyczeli, że jestem przemytnikiem albo kurierem, że pewnie coś brałem... Byłem przekonany, że zaraz mnie „zglebią” na tym asfalcie! Co gorsza, nie mogłem włączyć nagrywania w telefonie. Bałem się, że nie zostanie po tej ich „akcji” żaden ślad. Tylko raz bałem się równie mocno. W 2012 r. też byłem ciągnięty przez agresywnych mężczyzn w nieoznakowanych mundurach, chcieli mnie pobić. Ale wtedy to był Hezbollah, a nie polskie wojsko.

W wydanym po interwencji oświadczeniu czytam, że Wojska Obrony Terytorialnej „nie dadzą się zastraszyć”. Stanowisz dla nich zagrożenie?
Ważę 65 kg, mam 179 cm wzrostu. Spójrz na mnie: czy jestem w stanie zagrozić grupie uzbrojonych osób? Jeśli czują się przeze mnie „zastraszani”, to chyba mamy problem z odwagą w jednostkach.

Radca prawny osób uwięzionych na granicy: Państwo jest tam opresorem

Podali ci powód zatrzymania?
Nie. Wezwali natomiast straż graniczną, która wylegitymowała mnie w regulaminowy sposób, choć bardzo drobiazgowo, sprawdzając nawet dowód rejestracyjny i ubezpieczenie. W międzyczasie udało mi się dodzwonić do znajomych, którzy przyjechali z kamerami i oświetleniem… ale wtedy „terytorialsi” schowali się do samochodu i udawali, że nie istnieją. Do rana nie wiedziałem zresztą, czy nieoznakowane auto z „Polską walczącą” na drzwiach, w którym siedzą ludzie w wojskowych mundurach, to rzeczywiście jednostka WOT. Przecież równie dobrze mogły to być faszystowskie bojówki, które od jakiegoś czasu krążą po Podlasiu, grożąc aktywistom i ludności lokalnej.

Czytaj także: Kobiety idą do terytorialsów

Twoje brutalne zatrzymanie to odosobniony incydent czy aktywistyczna codzienność?
Niekiedy nasze kontakty ze służbami przebiegają neutralnie, bywa, że współpracujemy: jako tłumacz z arabskiego tłumaczyłem przecież również dla straży granicznej. Mamy jednak do czynienia z klimatem rosnącego zastraszania aktywistów i aktywistek. Jestem już przyzwyczajony do zupełnego nieprzygotowania legitymujących nas osób. Coraz częściej zdarzają się sytuacje nieprzyjemne – na ulicy w Hajnówce usłyszałem, że mam przestać pomagać „ciapatym”, dostałem też telefon z pogróżkami z brytyjskiego numeru. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że zostanę zaatakowany, jadąc przez wieś!

Na pewno WOT, policja, wojsko i nacjonalistyczne bojówki nie mają wiele sympatii do nas, ale jeszcze mniej mają jej do uchodźców. Po ataku dużo myślałem o tym, że skoro mnie, białemu mężczyźnie, daleko od strefy stanu wyjątkowego może przydarzyć się coś takiego, to co się dzieje, gdy ci sami funkcjonariusze spotykają uchodźców w lesie, nie będąc pod niczyją kontrolą? Ja mogę wezwać policję i porozmawiać z dziennikarzami. Uchodźcy nie mają takiej możliwości.

Czytaj także: To strefa śmierci

Czy po całej sytuacji nadal stoisz #MuremZaMundurem?
Wojsko to nie moje klimaty. Ale jest we mnie chłopiec, w którym hasło „polski mundur” jakoś rezonuje. Tyle że do „polskiego munduru” trzeba dorosnąć. W parze z nim powinien iść także „polski honor”, żołnierz musi być godnym reprezentantem państwa, przestrzegać jego praw, a już absolutnie nie powinien atakować bezbronnych osób.

W jaki sposób zabezpieczacie się przed brutalnością służb?
Nie mogę w szczegółach opowiadać o naszym systemie bezpieczeństwa. Natomiast wielu z nas – zwłaszcza wśród społeczności lokalnej – dużo się w ostatnich miesiącach dowiedziało o bezpiecznej komunikacji w internecie i procedurach antyrepresyjnych: wiemy, na co prawo nie pozwala funkcjonariuszom i jak chronić się przed nadużyciami. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy po piątkowej sytuacji przestali jeździć bez „obstawy”, ale myślimy o zainstalowaniu na samochodach kamer, żeby nikt nie mógł później twierdzić, że próbujemy z piskiem opon kogoś przejechać albo że ruszamy w kierunku lasu, którego w Michałowie, powtórzę, nie ma.

Jak udaje wam się dotrzeć do potrzebujących?
Przez media społecznościowe. Ludzie, którzy szukają schronienia w Europie, wiedzą, że mogą zgłosić do Grupy Granica, że są w ciężkim stanie i potrzebują naszej pomocy. Potrafimy szybko się zorganizować: przyjechać na miejsce z herbatą, jedzeniem, suchymi ubraniami i lekarstwami.

Czytaj także: Golgota uchodźców

Wiele takich kontaktów nagle się urywa?
Bardzo wiele. Często przyjeżdżamy na miejsce i osób już nie ma. Czasem znów do nas piszą, dzień lub dwa później, ale bywa, że nie wiemy, co się z nimi później dzieje. Powerbanki nigdy nie były tak ważne w żadnym kryzysie humanitarnym.

Czy docierając do uchodźców, możecie liczyć na pomoc społeczności lokalnej?
Największa część pomocy spoczywa właśnie na jej barkach. My przyjeżdżamy z zewnątrz: mamy doświadczenie, mamy kompetencje językowe, ale to mieszkańcy strefy stanu wyjątkowego stoją dziś na pierwszej linii frontu. Z prostej przyczyny: mogą wjechać tam, gdzie my nie mamy prawa się dostać.

To oni ponoszą też największe koszty i stają przed najpoważniejszymi dylematami. Aktywiści mogą odjechać, ale mieszkańcy, decydując się na pomaganie osobom uciekającym przed wojną, narażają się na pogróżki na ulicy. Ostatnio idąc przez wieś, jeden z nich tłumaczył mi, który dom jest „za” uchodźcami, a który przeciw. Na którego z sąsiadów trzeba uważać, bo może donieść.

Medycy na granicy: Uratowaliśmy co najmniej kilka żyć. I tylko to się liczy

Kim są osoby, które spotykasz w polskich lasach?
To ludzie uciekający przez Białoruś przed konfliktami, jakie czyhają na Bliskim Wschodzie – Syryjczycy, którzy nie chcą żyć w państwie wstrząsanym wojną domową, albo Kurdowie, którzy obawiają się zemsty Państwa Islamskiego. Często są przedstawicielami mniejszości religijnych, to jezydzi lub chrześcijanie. Wspólny mianownik jest jeden: nie spodziewali się, że będą zagrożeni także tutaj, w Polsce. I że będą musieli udowadniać w Europie swoje człowieczeństwo. Bardzo często pytają: dlaczego żołnierze nam to robią, przecież jesteśmy ludźmi...

Czytaj także: Roczne dziecko zmarło na granicy. Nie ma nikogo bardziej bezbronnego

Niedawny raport Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka alarmuje, że Polska traktuje uchodźców w sposób niehumanitarny. Jak powinniśmy modelowo zareagować na kryzys na naszej granicy?
Przede wszystkim przestrzegać konwencji genewskiej i procedur azylowych, które wypracowaliśmy w demokratycznej Polsce. Każdy, kto ucieka przed zagrożeniem, ma prawo zgłosić wniosek azylowy na przejściu granicznym lub po przekroczeniu tzw. zielonej granicy nielegalnie. Najskuteczniejszym rozwiązaniem byłoby przyjęcie ludzi, którzy koczują dziś w lasach, na czas rozpatrywania tych wniosków. W ten sposób zdjęlibyśmy z pasa pogranicznego ciężar opierania się codziennym próbom przejścia, które wymagają ze strony państwa polskiego dużo więcej energii niż zapewnienie takim ludziom dachu nad głową, ciepła i jedzenia. Powiem więcej: usprawniłoby to weryfikację tego, kto przekracza granicę. W tym momencie nie jesteśmy przecież w stanie zidentyfikować tych osób.

Czytaj także: Pogrzeb uchodźcy. Kim są zmarli na granicy z Białorusią

Czy jednak jesteśmy gotowi na przyjęcie dziesiątek tysięcy ludzi? Niedawno w Wędrzynie doszło do buntu w tymczasowym ośrodku dla cudzoziemców… I nic dziwnego, bo Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich od lat alarmuje, że takie miejsca przypominają zakłady karne, a rozpatrywanie wniosków o azyl przedłuża się nawet do kilku lat.
Oczywiście potrzeba reform: nie musimy wszystkich trzymać w ośrodkach zamkniętych, organizacje broniące praw człowieka od lat postulują stosowanie alternatywnych środków detencji. Wiele osób w Polsce chciałoby udostępnić mieszkania, na stole leży też opcja przenoszenia ludzi do ośrodków otwartych. Ale elementem antyuchodźczej polityki rządu jest zamykanie oczu na te możliwości.

Przypomnę też, że jako Polska przyjęliśmy niemal 100 tys. Czeczenów. Wówczas Mariusz Kamiński, który jest teraz twarzą agresji państwa polskiego wobec uchodźców, był rzecznikiem godnego, humanitarnego podejścia. Wtedy państwo podołało. Dziś nie potrafi. Albo nie chce.

Czytaj także: Współczucie nie może mieć granic. Niezwykły film na rzecz uchodźców

Jakub Sypiański – tłumacz Grupy Granica z języków arabskiego, tureckiego i francuskiego, doktorant historii Bliskiego Wschodu na Sorbonie.

Grupa Granica – ruch społeczny sprzeciwiający się odpowiedzi rządzących na wydarzenia, jakie mają miejsce na polsko-białoruskim pograniczu. Pomagamy migrantkom i migrantom przymusowym, którzy znaleźli się na terytorium Polski, oraz monitorujemy przypadki łamania praw człowieka. Ruch tworzą aktywiści i aktywistki z całej Polski, w tym mieszkanki i mieszkańcy terenów przygranicznych, oraz stale powiększająca się grupa organizacji społecznych. 1 grudnia 2021 r. Grupa Granica opublikowała raport ze swojej działalności na pograniczu polsko-białoruskim.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną