Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Społeczeństwo

Trochę zdalnie, trochę stacjonarnie. Uczniowie dłużej tak nie dadzą rady

IX Liceum Ogólnokształcące w Szczecinie IX Liceum Ogólnokształcące w Szczecinie Krzysztof Hadrian / Agencja Gazeta
Uczniowie są świadomi, że im się nie chce. Nie chce im się uczyć stacjonarnie, bo jest to nauka znacznie trudniejsza od zdalnej. Ale zdalnie też nie, bo co to za nauka, gdy się leży w łóżku i jednym okiem patrzy w telefon albo laptop.

Od września nauka odbywała się w trybie prawie stacjonarnym. Prawie, gdyż co rusz klasy trafiały na kwarantannę i uczyły się zdalnie. Niektóre szkoły w całości prowadziły od czasu do czasu zdalne nauczanie, mojego liceum – odpukać w niemalowane – jeszcze to nie spotkało. Zawsze jednak jakaś klasa, często więcej niż jedna, była na kwarantannie.

Uczniowie szybko odkryli, że nauczyciele tak organizują pracę, aby zdalnie uczyć treści łatwiejszych i mniej też wymagać, zaś stacjonarnie trudniejszych oraz więcej wymagać. Wysokie oceny łatwiej się uzyskiwało, siedząc przed komputerem w domu, zaś trudniej, odpowiadając przy tablicy w szkole. Nic więc dziwnego, że każdy chciał jak najczęściej uczyć się zdalnie. To się po prostu bardziej opłacało.

Nauka zdalna od czasu do czasu

Od kwarantanny zaczął się też powrót do nauki po feriach świątecznych. Niektóre licea, które organizowały studniówkę 5 lub 7 stycznia, dowiedziały się, że na balu były osoby zakażone koronawirusem, zatem wszyscy niezaszczepieni przechodzą w tryb nauki zdalnej. Nie zmartwiło to klas maturalnych, raczej ucieszyło, gdyż po powrocie czekały ich liczne sprawdziany. Teraz albo się nie odbędą, albo będą znacznie łatwiejsze – co jest normalne, gdy sprawdzian odbywa się zdalnie.

Niestety moje liceum miało pecha – mimo że studniówka odbyła się w piątek 7 stycznia, do szkoły trzeba było przyjść w najbliższy poniedziałek. Przyjść i od razu wziąć udział w sprawdzianach, które – co jest typowe w nauczaniu stacjonarnym – będą trudne lub bardzo trudne. Wielka szkoda, że nikt nie zachorował. Uczniowie byli pewni kwarantanny, dlatego niespecjalnie przykładali się do nauki. Na sprawdzian zdalny powinno wystarczyć, jednak stacjonarnie na pewno okaże się za mało. No nic, trzeba przetrwać ten tydzień, a może później ktoś zachoruje i dyrekcja nie będzie miała wyjścia. Nauka zdalna od czasu do czasu to idealne wyjście.

Uczniowie są chorzy. Albo im się nie chce

Licealiści tak zasmakowali w nauce zdalnej, że wymuszają na szkole, aby – czy jest to konieczne, czy nie – co jakiś czas lekcje odbywały się zdalnie. Jeśli nie dla całej klasy, to przynajmniej dla uczniów, którzy z różnych powodów nie mogą przyjść do szkoły. Nie mogą, bo są chorzy, oraz nie mogą, bo im się nie chce. Jedni rodzice otwarcie informują, że dziecko nie jest w stanie przyjść rano do szkoły, dlatego prosi o możliwość uczestniczenia w dwóch–trzech pierwszych lekcjach zdalnie. Najwcześniej dotrze do szkoły na godz. 11, a najlepiej 12.

„Niech to pana nie dziwi – mówi matka – córka ma przestawiony cykl. Wczoraj tyle się uczyła, że poszła spać o 5, gdy ja już wstawałam do pracy. Z laptopem w łóżku da radę od 9 brać udział w lekcjach, ale do szkoły tak wcześnie nie przyjdzie, bo musiałaby wstać o 7. Mieszkamy daleko od szkoły”. Nie oceniam, gdyż sam też najchętniej prowadziłbym pierwsze lekcje z domu, a do szkoły przychodziłbym dopiero po długiej przerwie. Dyrekcja jednak się nie zgadza.

Dobrze, że w ogóle chcą się uczyć

Zgadza się natomiast, aby uczniowie tak się uczyli. Chcą zostać w domu i na odległość brać udział w zajęciach, niech tak robią. Okazuje się, że nie mamy prawa dociekać, jaka jest przyczyna tego, że dziecka nie będzie w szkole od rana, lecz dopiero od południa. Może to tylko fanaberia, a może powody są bardzo poważne. Dopytując, narazilibyśmy się na oskarżenie, że naruszamy prywatność dziecka. Niech dzieciaki robią, co chcą, naszą rolą jest pomóc im, aby korzystały z lekcji. Dobrze, że w ogóle chcą się uczyć. Gdyby siedziały w domu bez kontaktu z nami, byłby jeszcze większy problem. Trzeba by potem pracować z nimi indywidualnie, aby nadrobiły braki. A tak uczą się przynajmniej zdalnie.

Nauczyciele jednak narzekają. Teraz każdą lekcję trzeba tak prowadzić, aby dotrzeć zarówno do tych, którzy siedzą w sali, jak i do tych, którzy zdecydowali się zostać w domu. Jak tak dalej pójdzie, do szkoły będzie przychodzić coraz mniej uczniów, bo każdy widzi, że nauka zdalna jest łatwiejsza i przyjemniejsza. Nauczyciel skupia się na tych, z którymi ma kontakt bezpośredni, natomiast uczącym się zdalnie odpuszcza. Od czasu do czasu zwróci się do nich bezpośrednio i o coś zapyta, przeważnie jednak pochyla się nad uczniami siedzącymi w ławkach. To do nich podchodzi i ocenia, czy dobrze pracują. Im mniej uczniów siedzi w sali, a więcej w domu, tym kontrola nauczyciela nad uczącymi się stacjonarnie jest większa.

Czytaj też: Niezaszczepieni rządzą szkołą

Nauczycielu, nie bądź taki podejrzliwy

Coraz więcej uczniów narzeka, że brzuch ich od tego boli. Podobno żadne lekarstwa nie pomagają, natomiast ból przechodzi jak ręką odjął, gdy zostanie się w domu. Niedługo tylko najwięksi desperaci albo ci, co mają trudnych, niewyrozumiałych rodziców, będą chodzili do szkoły, reszta przejdzie w tryb zdalny. Prawie wszyscy rodzice są jednak wyrozumiali. Codziennie proszą, aby usprawiedliwić nieobecność dziecka na pierwszych lekcjach oraz zwolnić z ostatnich. Ponieważ nauczyciele proszą o podanie przyczyny, a za przyczynę nie chcą uznać „ważnych powodów rodzinnych”, dyrekcja informuje, iż nie mamy prawa dociekać. Wymuszanie na rodzicach, aby ujawnili, dlaczego dziecko nie może być w szkole, narusza prywatność człowieka. Poza tym nie bądźmy tacy podejrzliwi.

Rodzicom tak się spodobał kontakt zdalny, że zwrócili się z prośbą do dyrekcji, aby umożliwiła im wybór, w jakiej formie chcą wziąć udział w zebraniu z wychowawcą. Kto chce, niech przyjdzie do szkoły, a kto nie chce, niech skontaktuje się zdalnie. Dyrekcja się zgodziła, zatem zebranie z rodzicami wygląda jak lekcja: połowa siedzi w sali, a druga połowa uczestniczy na odległość. Wychowawcy są wprawieni w takim trybie pracy, w końcu wiele lekcji przeprowadzili równocześnie zdalnie i stacjonarnie, zatem jest im wszystko jedno.

Jedyną wadą jest to, że zebranie trwa dłużej. Najpierw bowiem rozmawia się ze wszystkimi o sprawach klasy, potem indywidualnie (pierwszeństwo mają ci, co przyszli do szkoły). Trwa to o wiele dłużej, gdyż rodzice kontaktujący się zdalnie czasu nie liczą. Nauczyciele zgłaszają więc wniosek, że rodzice mogą mieć wybór – zdalnie czy stacjonarnie – jednak zebrania niech trwają tyle samo, czyli godzinę. Minuta na indywidualną rozmowę i do widzenia.

Chodźmy na kwarantannę, oceny się poprawią

Omawiam z klasą wyniki nauczania oraz frekwencję za pierwszy semestr. Jest dobrze, ale inne klasy okazały się lepsze. Uczniowie zwracają uwagę, że tylko raz byli na kwarantannie, a te niby najlepsze klasy kilka razy korzystały z tego przywileju. Jak pan chce, abyśmy podnieśli wyniki, musimy częściej uczyć się zdalnie. To da się zrobić. Wystarczy, że ktoś zachoruje na covid, a natychmiast idziemy na kwarantannę. Dyrekcja nie ma prawa pytać, czy jesteśmy zaszczepieni, czy nie, bo oznaczałoby to, że wymusza na nas przyjęcie szczepionki. Jest covid w klasie, to wszyscy zostajemy w domu i uczymy się zdalnie. Im częściej, tym będziemy mieli lepsze oceny. Inne klasy już dawno na to wpadły.

W innej klasie trwa dyskusja, co zrobić, aby sprawdzian się nie odbył. Okazuje się, że nauczycielka od dwóch miesięcy próbuje go przeprowadzić stacjonarnie, a klasa uparła się, żeby odbył się zdalnie. Uczniowie chcą zdalnie, aby wyniki były wyższe. Niestety nauczycielka albo tego nie rozumie, albo zależy jej, aby wyniki były niższe. Dlatego poluje na klasę, żeby zrobić klasówkę w szkole.
Na szczęście szkolne prawo zezwala tylko na trzy sprawdziany w tygodniu. Uczniowie pilnują, aby odbywały się te z przedmiotów łatwiejszych, a na ten najtrudniejszy zawsze zabrakło miejsca. Musi odbyć się zdalnie, inaczej byłyby same jedynki. Kiedy mówię uczniom, że przydałoby się zrobić kartkówkę z filozofii, odpowiadają, że bardzo chętnie, ale „niech profesor szybko wpisze ją do dziennika jako sprawdzian. Bo prawdę mówiąc, kartkówka to też sprawdzian, tylko nieco mniejszy”.

Czytaj też: Kontakt z chorym to kwestia interpretacji

Uczniowie dłużej nie dadzą rady

Zachowanie uczniów zaczęło niepokoić pedagoga szkolnego, dlatego zaproponował klasom pomoc w formie warsztatów. Niech wybiorą sobie, w których chcą wziąć udział. Czy w warsztatach z komunikacji między uczniami a nauczycielami (prawie nikt nie chce), czy z panowania nad stresem (kilka głosów za), czy z autoprezentacji (mało kogo to interesuje), czy z motywacji do nauki (ta propozycja zdecydowanie zwycięża).

Uczniowie są świadomi, że im się nie chce. Nie chce im się uczyć stacjonarnie, bo jest to nauka znacznie trudniejsza od zdalnej. Ale zdalnie też im się nie chce uczyć, bo co to za nauka, gdy się leży w łóżku i jednym okiem patrzy w telefon albo laptop. To udawanie, każdy ma tego świadomość. Na krótką metę się przyda, ale przecież nie przez całe liceum. Dlatego uczniowie proszą o warsztaty z motywacji. Pomóżcie nam – proszą – bo kompletnie nic nam się nie chce. Dłużej tak nie damy rady.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną