Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Kontrole po śmierci Agnieszki. Ale Polki wciąż „się trzęsą, boją i płaczą”

Sala na oddziale porodowym Sala na oddziale porodowym Roman Bosiacki / Agencja Gazeta
Zachowajmy umiar, bo mam wrażenie, że podążamy w szaleńczym kierunku z przedwczesnymi ocenami na temat tego, kto tym razem zawinił – mówi dr Maciej Socha ze Szpitala Św. Wojciecha w Gdańsku. Żaden raport medyczny nie przywróci jednak zaufania między pacjentkami a ginekologami.

W sprawie śmierci Agnieszki z Częstochowy postępowanie wszczął już Rzecznik Praw Pacjenta, lokalna prokuratura – w sprawie narażania na bezpośrednie ryzyko utraty zdrowia i życia, a także nieumyślnego spowodowania śmierci. Krajowy konsultant ds. położnictwa i ginekologii zapowiedział zaś kontrolę w trzech częstochowskich szpitalach, w których przebywała Agnieszka: Miejskim Szpitalu Zespolonym, Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym i szpitalu w Blachowni. Głosu w sprawie nie zabrał ani minister zdrowia, ani choćby Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników.

„Bardzo potrzebujemy sprawiedliwości i będziemy jej szukać” – mówiła w środę 26 stycznia, w opublikowanym na Facebooku nagraniu, Wioletta Paciepnik, siostra bliźniaczka zmarłej. I dodała: „Do szpitala idzie się po to, żeby dostać pomoc, a nie żeby umrzeć. Jak jest się w ciąży, to powinno się mieć jeszcze lepszą opiekę”. Pod opublikowanym dzień wcześniej oświadczeniem podpisała się cała rodzina zmarłej: jej rodzice, siostra, mąż, przyjaciele. Dając sprawie swoje imiona, nazwiska, twarze.

Zarzut pierwszy: lekarze czekali za długo

Dyrekcja szpitala, w którym Agnieszka zmarła, podkreśla, że kobietę przyjęto do placówki w Blachowni w stanie krytycznym: „Nasi lekarze podjęli wszelkie niezbędne działania diagnostyczne i terapeutyczne, ale niestety stan Pacjentki uniemożliwił uratowanie Jej życia. Pacjentka zmarła po godz. 14:00 w dniu 25.01.2022 r., o czym poinformowaliśmy Jej rodzinę”.

Kluczowy był jednak miesiąc (od 21 grudnia do 24 stycznia), kiedy Agnieszka leczyła się w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Częstochowie. Oświadczenie dyrekcji zaczyna się od stwierdzenia, że „po tym jak nastąpił zgon pierwszego dziecka (w dniu 23 grudnia 2021 r.), przyjęte zostało stanowisko wyczekujące z uwagi na to, że była szansa, aby uratować drugie dziecko”. Co do słuszności takiego postępowania ginekolodzy nie mają wątpliwości. – Ja też bym tej ciąży nie zakończył. Jeśli ludziom się wydaje, że obumarcie jednego z płodów spowoduje, że będziemy terminowali drugi, to jest to aberracja normalności w drugą stronę komentuje dr Maciej Socha, kierownik Oddziału Położniczo-Ginekologicznego Szpitala Św. Wojciecha w Gdańsku oraz Kierownik Katedry Perinatologii, Ginekologii i Ginekologii Onkologicznej UMK CM w Bydgoszczy. – Postępowanie, które opisał szpital, do momentu zakończenia ciąży – potem sytuacja przeniosła się na oddział neurologiczny – było zgodne z aktualną wiedzą medyczną – dodaje dr Anna Parzyńska ze Szpitala Bielańskiego w Warszawie.

Jak wynika z amerykańskich statystyk, między 5. a 10. tygodniem ciąży w połowie przypadków jeden z płodów ulega „samoistnej embrioredukcji”. A według reguły Hellina jedna na 80 ciąż jest bliźniacza. To często. Kiedy jeden z płodów obumiera na wczesnym etapie ciąży – Agnieszka była w pierwszym trymestrze, co podkreśla jej rodzina – nie jest usuwany. – Różne rzeczy się z nim dzieją, staje się tzw. płodem papierowym czy sprasowanym. Taka sytuacja w większości przypadków jest irrelewantna dla zdrowia kobiety i dalszego przebiegu ciąży – mówi dr Socha.

Ale im starsza ciąża, tym większe prawdopodobieństwo powikłań. Czasem uwalniają się substancje (tromboplastyny), które mogą zaburzać krzepnięcie krwi. I to może być niebezpieczne. Poza tym im bardziej zaawansowana ciąża, tym większe znaczenie ma to, czy jest jednojajowa, czy dwujajowa: drugi z płodów może obumrzeć po pierwszym, jeśli mają wspólne krążenie i przekażą sobie tromboplastyny. Dr Socha: – Aktualnie prowadzę pacjentkę w 35. tygodniu ciąży z jednym obumarłym płodem i zastanawiamy się, co robić, żeby nie narazić drugiego płodu na powikłania wcześniactwa.

Zarzut drugi: lekarze zaniedbali stan zapalny

W przypadku Agnieszki z Częstochowy pojawił się zarzut, że za późno przeprowadzono indukcję poronienia, kiedy 29 grudnia zmarł drugi z bliźniaków – żeby to ocenić, musiałbym znać jakieś szczegóły. Generalnie racjonalne jest, że jeżeli indukcja farmakologiczna poronienia jest nieskuteczna, to po 48 godzinach podejmuje się decyzję o mechanicznym opróżnieniu jamy macicy. Poza tym wszyscy wiemy, że ryzyko zgonu wewnątrzmacicznego płodu w przypadku zakażenia covidem jest dwukrotnie większe. Trzeba o tym pamiętać – tłumaczy dr Socha.

I dodaje: – Zachowajmy umiar, bo mam wrażenie, że podążamy w szaleńczym kierunku z przedwczesnymi ocenami na temat tego, kto tym razem zawinił.

Od obumarcia płodów do śmierci pacjentki minęły ponad trzy tygodnie. Nie wiemy, co działo się w tym czasie. Sekcja zwłok ma się odbyć w tym tygodniu.

Rodzina, przytaczając wyniki badań CRP, wskazuje, że przed śmiercią u kobiety rozwinęła się sepsa. Że nie dość starannie monitorowano u niej wykładniki stanu zapalnego. – Nawiązywanie w każdej sytuacji do potencjalnego zagrożenia śmiercią z powodu sepsy tylko dlatego, że CPR w ciąży jest podwyższone, jest nieadekwatne. Milion kobiet w ciąży ma podwyższone CPR z powodu infekcji dróg moczowych, które jesteśmy w stanie wyleczyć antybiotykiem. Nie chcę mówić, że lekarze się nie mylą i nie popełniają błędów, ale sytuacja związana z panią Agnieszką jest według mnie – oceniając ją wstępnie, na podstawie dostępnych informacji – inna – podkreśla dr Parzyńska.

Rok od publikacji wyroku TK ws. aborcji

Po nagłośnieniu sprawy Izabeli z Pszczyny między pacjentkami a lekarzami zostały już tylko resztki zaufania. –Na przykład pacjentka w 8. tygodniu ciąży, brak akcji serca płodu. Pytam, co wybiera: czy indukcję poronienia, czy woli poczekać, aż rozpocznie się samoistne poronienie. A ona odpowiada: indukcja, nie chcę sepsy, nie chcę umrzeć jak Iza z Pszczyny – opowiada dr Socha. – Pacjentki się trzęsą, boją i płaczą, obecna sytuacja w Polsce zaczęła budzić przerażenie. To jest niestety rykoszet tego wszystkiego.

Gdyby nie było sprawy Izabeli, kobiety wierzyłyby bardziej lekarzom. Ale to się wydarzyło, one nie wierzą. Efekt jest taki, że boją się teraz lekarzy, a lekarze boją się ustawy antyaborcyjnej – mówi „Polityce” Krystyna Kacpura, szefowa Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Ustawa aborcyjna po znaczącej korekcie Trybunału Konstytucyjnego będzie prowadzić do kolejnych tragedii oraz medialnych spekulacji na temat kompetencji i intencji lekarzy. – Ja cały czas uważam, że prawo aborcyjne jest złe zarówno dla kobiet, jak i dla lekarzy – podkreśla dr Parzyńska. – Martwi mnie, że to potęguje lęk w pacjentkach. To nie ułatwia nam pracy ani budowania relacji – dodaje.

Część środowiska ginekologicznego i położniczego oficjalnie i nieoficjalnie podkreśla, że w nowej sytuacji prawnej – od wejścia w życie nowego prawa mija dziś dokładnie 12 miesięcy – brakuje głosu środowiska, czyli Polskiego Towarzystwa GiP. Takiego stanowiska, które podsunie rekomendacje i określi, na ile prawo aborcyjne będzie wpływało zarówno na pracę lekarzy, jak i na zdrowie kobiet. A w przypadku tych ostatnich zagrożenie dotyczy całej generacji młodych Polek, które są w ciąży, straciły ciążę, myślały o ciąży. Lub boją się być teraz w ciąży.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Tadeusz Gołębiewski i hotelowa gigantomania

Właściciel największej polskiej sieci hoteli Tadeusz Gołębiewski do tej pory był witany przez władze lokalne z entuzjazmem i nadzieją. Teraz ściąga też kłopoty i podejrzenia. Jego gigantomania ma powody, ale i cenę.

Joanna Solska
23.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną